11.8 C
Warszawa
niedziela, 2 października 2022

PiS w pułapce Laffera

Koniecznie przeczytaj

Kosztowna naiwność

Podnosząc podatki na alkohol i papierosy rząd PiS zwiększy dochody szarej strefy, a nie budżetu.

Ponad 17 lat temu (1 października 2002 r.) lewicowy rząd Leszka Millera obniżył akcyzę na alkohol o ok. 30 proc. W efekcie podatek akcyzowy wynosił 4400 zł za 1 hektolitr alkoholu (zamiast 6278 zł). W pierwszym roku po tak znaczącej obniżce wpływy do budżetu… wzrosły o 220 mln zł. W kolejnym o kolejne pół miliarda złotych. Postkomunista Miller okazał się pragmatykiem. Ktoś wytłumaczył mu, że wysokie opodatkowanie alkoholu nie tyle wspiera budżet państwa, ile szarą strefę, czyli wszelkiej maści przemytników i nielegalnych producentów. Gdy na początku 2014 r. rząd Platformy Obywatelskiej podniósł akcyzę na alkohol o 15 proc. do 5704 zł, to budżet państwa, zamiast zarobić, tylko w pierwszym roku działania ustawy stracił ok. pół miliarda złotych. To zjawisko nosi nazwę „krzywej Laffera” lub „prawa Laffera”. Pochodzi od nazwiska twórcy Artura Laffera (w tym roku skończył 79 lat), który będąc doradcą do spraw podatków prezydenta Ronalda Reagana pokazał matematyczne dowody, że podwyżki podatków generują wzrost dochodów tylko do pewnego momentu, bo jak są za wysokie, to ludzie zaczynają łamać prawo i nie chcą płacić. Właśnie rząd PiS, uchwalając podwyżki akcyzy, zwiększył tylko nieskuteczność ściągania podatków. Oczywiście ci, którzy poparli takie rozwiązanie, będą twierdzić, że to dobrze dla zdrowia Polaków, że mniej piją. Nie będą dostrzegać rosnącej szarej strefy alkoholu w Polsce.

Kosztowna naiwność
„W 2002 roku mój rząd obniżył akcyzę na alkohol o 30 proc. w sytuacji, w której wpływy z niej malały każdego roku. Po obniżce zaczęły rosnąć. W pierwszym roku o prawie 500 mln zł. Było to związane z radykalnym zmniejszeniem szarej strefy. Dedykuję ten przykład premierowi Morawieckiemu” – kpił w Internecie były premier Leszek Miller, obecnie na politycznej emeryturze w Europarlamencie. Czy to możliwe, aby wykształcony i obyty w świecie Mateusz Morawiecki nie robił analiz, do czego mogą prowadzić zbyt wysokie podwyżki podatków? „To przecież my wszyscy ponosimy koszt leczenia osób uzależnionych, koszt rozbitych rodzin, spraw rozwodowych, wypadków samochodowych. Nie chodzi nam o dodatkowe wpływy dla budżetu – bo dochody z akcyzy na używki i tak zmieniają się w nicość” – odpowiedział Mateusz Morawiecki. Czyli drogi alkohol i papierosy w rozumieniu rządu mają przekonać Polaków do porzucenia niezdrowego stylu życia. To, niestety, myślenie życzeniowe. Faktycznie bowiem konsumenci alkoholu wybiorą tańszą alternatywę – z przemytu lub nielegalnej produkcji. Już po ostatniej podwyżce akcyzy przez rząd PO w 2014 r. Polska została ogłoszona w raporcie OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) z 2015 r. dotyczącym nielegalnego handlu alkoholem jednym z globalnych liderów, obok Meksyku, Indii i Łotwy. Zwrócono też uwagę nie tylko na negatywne skutki społeczne istnienia grup przestępczych, które mają regularne wysokie dochody dzięki wysokim podatkom na alkohol, ale także na fakt, iż ów nielegalny alkohol sieje śmierć i wywołuje ogromne szkody wśród jego konsumentów. Jak to działa w praktyce, pokazał już pierwszy rok wyższych stawek obowiązujących za rządu PO w 2014 r. Wówczas nagle skoczyła – aż trzy razy – liczba sprowadzonego do Polski skażonego spirytusu. A z Węgier nagle zaczęło wjeżdżać do Polski 10 razy więcej tego produktu.

500+ dla przedsiębiorców!
„Nie należy przesadzać z demokracją. Nie chciałbym podróżować statkiem, którego kurs byłby określany głosowaniem załogi, przy czym kucharz i chłopiec okrętowy mieliby takie samo prawo głosu jak kapitan i sternik” – przestrzegał amerykański pisarz William Faulkner, noblista z 1949 r., autor znany głównie z powieści „Wściekłość i wrzask”. Państwem jest znacznie trudniej sterować niż statkiem, więc niestety wybór dyletantów do władzy ma zawsze przykre konsekwencje. Obecna władza zdaje się nie wiedzieć, co zrobić z gospodarką. Faktycznie rządzący Polską szef PiS Jarosław Kaczyński chciałby utrzymać obecny wzrost gospodarczy (4–5 proc.), nie ma jednak pojęcia, jak to zrobić. Pierwszy rząd PiS z lat 2005–2007 załapał się na koniunkturę, m.in. spowodowaną ogromną obniżką podatku dla przedsiębiorców (z 27 proc. do 19 proc.) przez SLD. Mało kto jednak pamięta, że kryzys lat 2008– 2009 przeszliśmy względnie „suchą nogą”, bo PiS na koniec koniunktury znacznie obniżył podatki. Jarosław Kaczyński, tłumacząc podnoszenie administracyjne płacy minimalnej (a więc kosztów pracy) twierdzi, że trzeba odejść od gospodarki opartej na niskich płacach pracowników. Nie zdaje sobie sprawy, że alternatywny na razie nie ma. Jeżeli podniesie się płacę minimalną do absurdalnie wysokiego poziomu i zlikwiduje się możliwości elastycznego zatrudniania ludzi, to skutkiem tego będzie drastyczny spadek gospodarki. Od lat hitem polskiego eksportu są jabłka i meble, czyli towary, na których trudno wypracować dużą nadwyżkę. Także innowacji nie da się odgórnie wprowadzić zarządzeniem administracyjnym. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. PiS ma program represyjny wobec przedsiębiorców, których podejrzewa o unikanie płacenia podatków. Kontrole się nasiliły (jak mówił znajomy kontroler skarbowy: nie wysiadają w ogóle z samochodu, nic tylko jeżdżą sprawdzać), rejestracje nowych firm trwają obecnie tygodnie. Wszystko oczywiście po to, aby zwalczyć nadużycia. Brakuje jednak programu pozytywnego, takiego 500+ dla przedsiębiorców, bo to od nich zależy dziś, ile będzie trwało w Polsce spowolnienie gospodarcze.

Zmarnowana szansa?
Kwestia obniżek podatków będzie pochodną tego, jak będzie wyglądała kondycja polskiej gospodarki. Widać dziś wyraźnie, że PiS boi się ryzyka nieodwołalnie związanego z taką decyzją. Szukanie zwiększenia dochodów do budżetu poprzez podnoszenie podatków lub parapodatków (np. składek ZUS) można porównać do kapitana statku, który po tym, jak zobaczył na horyzoncie górę lodową, zamiast próbować zmieniać kurs każe pasażerom budować łodzie ratunkowe. W 2005 r. PiS miał za ministra finansów prof. Zytę Gilowską o dosyć liberalnych poglądach i koalicjanta w postaci Ligi Polskich Rodzin, wspierającego wolnorynkowe działania takie jak obniżka składki rentowej czy właśnie waloryzacja progów podatków, czy obniżka podatków dla najlepiej zarabiających. Dziś brakuje PiS właśnie przysłowiowego „kopa” i zagrania va banque. Wiary, w wielokrotnie sprawdzaną w praktyce teorię, że obniżki podatków (do rozsądnych granic) powodują wzrost wpływów do budżetu, tak bezpośrednio, jak i pośrednio – z uwagi na rozpędzającą się gospodarkę. Prawda jest taka, że kończy się 2019 r. i PiS jedynie podnosi, a nie obniża podatki. O nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym mówi nie tylko szef rządu, ale także sam „naczelnik” Jarosław Kaczyński. Możemy tylko żałować, że nikt w PiS nie zechce zaryzykować i walczyć ze spowolnieniem gospodarczym przez obniżkę, a nie podwyżkę podatków.

Autor

Poprzedni artykułAmerykanie nie chcą płacić!
Następny artykułKozi róg PiS-u

Najnowsze