0.2 C
Warszawa
niedziela, 27 listopada 2022
Advertisement

Czy Facebookowi grozi podział?

Koniecznie przeczytaj

Niesłabnąca potęga Facebooka sprawia, że coraz częściej pojawiają się głosy wzywające do tego, aby podzielić go na kilka części.

Na początku maja „New York Times” opublikował artykuł współzałożyciela Facebooka, Chrisa Hughesa, który zapewniając o niesłabnącej sympatii do swojego kolegi z czasów studenckich, wezwał do odebrania mu przynajmniej części władzy nad informatycznym imperium. Zdaniem Hughesa Mark Zuckerberg wprawdzie wciąż bardzo przypomina osobę z dawnych, pionierskich lat Facebooka, lecz w ostatnim czasie zanadto uległ pokusie zdominowania całego rynku i pokonania wszelkiej konkurencji.

Zwykła zazdrość?
Postawę Hughesa można tłumaczyć na wiele sposobów. Od 10 lat nie pracuje już w Facebooku i zapewne mogły się w nim pojawić uczucia zazdrości związane z nieuczestniczeniem w bujnym rozwoju firmy. Świat zna dzisiaj tylko Marka Zuckerberga, a nie jego kolegę, co siłą rzeczy musi budzić jego niezadowolenie. Wiele wyjaśnia także to, że autor artykułu zamieszczonego w „New York Timesie” ma dość socjalistyczne poglądy i działa m.in. na rzecz wprowadzenia bezwarunkowego dochodu podstawowego. Hughes przekonuje, że Facebook i jego „dzieci”, czyli aplikacje What’s App i Instagram tak bardzo zdominowały naszą przestrzeń życiową, że nie sposób od nich uciec. Z tego powodu zasugerował wprost, aby przypadkiem amerykańskiego giganta mediów społecznościowych pilnie zajęły się sądy badające obecność monopoli. Firma Zuckerberga nie działa wprawdzie w oparciu o żaden szczególny przywilej prawny, lecz poziom jej dokapitalizowania poprzez giełdę, czyni z niej faktycznego hegemona w swojej dziedzinie.

Skandal u zarania
Mało kto dziś pamięta o tym, że pomysł na założenie Facebooka powstał w głowach zupełnie kogoś innego. W 2003 roku trzej naukowcy z Uniwersytetu Harvarda Cameron Winklevoss, Tyler Winlevoss i Divya Narendra opracowali projekt portalu społecznościowego dla studentów i absolwentów rodzimej uczelni, który miał nosić nazwę Harvard Connections. Ich pomysł miał wcielić w życie pewien informatyk, który jednak rozmyślił się, polecając w zamian Marka Zuckerberga. Trzej naukowcy spotkali się z nim, aby omówić projekt, lecz słynny dziś miliarder miał ich zwodzić tak długo, aż wreszcie odmówił dalszej współpracy. Wkrótce potem powstał Facebook, który zdaniem Winlevossów i Narendry jest wciąż oparty w wielu aspektach na kluczowych pomysłach ich wcześniejszego projektu. Mark Zuckerberg miał później z tego tytułu wiele kłopotów, lecz wytoczony mu proces nie zaszkodził Facebookowi w żaden istotny sposób.

Gigantem zarządzanym przez Zuckerberga nie wstrząsnęła też w żaden dramatyczny sposób afera Cambridge Analytics, w ramach której Facebook w sposób całkowicie bezprawny przekazywał dane na temat nawet 50 mln osób oraz manipulował przekazywanymi im informacjami. Afera ta została użyta do uderzenia w Donalda Trumpa, którego sztab miał silnie korzystać na kontaktach z Facebookiem. Choć przejściowo w jej wyniku Facebook stracił w 2018 roku na wartości nawet 60 mld dolarów, obecnie gigant mediów społecznościowych znów ma się naprawdę dobrze. Afery Harvard Connections i Cambridge Analytics mówią bardzo wiele o naturze Marka Zuckerberga oraz jego firmy. Dążąc do sukcesu komercyjnego, nie stroni od stosowania wątpliwych etycznie środków, ryzykując przy tym tak podstawowe kwestie, jak wiarygodność, uczciwość i reputacja firmy wśród odbiorców. W mediach społecznościowych użytkownicy zamieszczają ogromne ilości wrażliwych i osobistych danych, lecz pomimo jasnych sygnałów, że Facebook nie potrafi zapewnić należytej ochrony, jego popularność wciąż nie ucierpiała. Pomimo szumnych zapowiedzi, że portal założony przez Zuckerberga wciąż traci na popularności u młodych ludzi, a na rynku przybywa stale konkurencji, internauci na całym świecie wciąż nie odwrócili się od Facebooka. Wręcz przeciwnie, można nawet powiedzieć, że jego pozycja nie była jeszcze mocniejsza. Jaka jest przyczyna tak wielkiej popularności portalu?

Ulubieniec inwestorów i władzy
Jedną z możliwych odpowiedzi jest niesłabnąca pozycja spółki na giełdzie. Razem z Apple, Amazonem, Netflixem i Google Facebook jest zaliczany do jednego z najbardziej atrakcyjnych dla inwestorów na całym świecie „koszyków”, który od lat przynosi niemałe profity (FAANG). Każda osoba, która w 2012 roku, w dniu wejścia na giełdę Fecebooka, kupiła za 10 dolarów jego akcje, mogłaby je dziś sprzedać za dużo ponad 40 dolarów. Facebook jest więc swego rodzaju „dobrem wspólnym”, o pomyślność którego dbają tysiące osób, które zainwestowały w jego przyszłość i czerpią z tego tytułu ogromne korzyści. Facebook i jego walka z poglądami odbiegającymi od kanonów poprawności politycznej czyni go także przedmiotem szczególnej troski lewicowego establishmentu. Firmy, które tak jak Facebook zostałyby przyłapane na handlu wrażliwymi danymi, musiałyby się liczyć nawet z zaprzestaniem działalności, lecz amerykańskie władze bardzo dbają o swojego informatycznego prymusa i nie pozwalają, aby został zatopiony. Szczególnie, że w kontekście globalnych zmagań o dominację z Chinami i innymi potęgami Facebook jest dla USA szczególnie ważnym orężem. Pomimo tego niewykluczone jest, że cała presja związana z Facebookiem skupi się na samym Marku Zuckerbergu, który kontroluje obecnie ok. 60 proc. akcji dających prawo głosu. W ubiegłym roku Amerykanin przesunął się na trzecie miejsce w rankingu najbogatszych ludzi na świecie i nie przeszkodziła mu w tym nawet ubiegłoroczna afera Cambridge Analytics. Jeśli w najbliższym czasie nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, Zuckerberg ma szansę stać się pod względem posiadanego majątku drugą osobą po Jeffie Bezosie.

Polowanie na magnata
Gdyby tak się stało, szef Facebooka odnotowałby awans kosztem założyciela Microsoftu Billa Gatesa. Byłoby to ze wszech miar symboliczne wydarzenie, gdyż w takim wypadku Zuckebrerg zastąpiłby go w roli najbardziej nielubianego i jednocześnie wpływowego krezusa na świecie. Choć najbogatszym człowiekiem pozostaje wciąż Bezos, największy wpływ na ludzkość spośród wszystkim multimiliarderów posiada bez wątpienia założyciel Facebooka. Media społecznościowe dają władzę nad ludzkimi poglądami i wyborami na wielu płaszczyznach. Choć Zuckerberg stawia wciąż na image genialnego studenta chodzącego w adidasach, tak naprawdę już dawno stał się wytrawnym polityczno-biznesowym graczem świadomym swojej roli. Siłą rzeczy jego pozycja i majątek będą więc budziła coraz większe kontrowersje, a wystąpienie Chrisa Hughesa w „New York Timesie” pokazuje, że osoby zazdroszczące mu pozycji, nie ustają w staraniach, aby odebrać mu przynajmniej część władzy. Dostrzegając nadchodzące zagrożenie, Mark Zuckerberg już kilka tygodni temu ogłosił, że rozważa podział Facebooka na dwie części: publiczną i bardziej prywatną, poddaną większym zabezpieczeniom dostępu. Pierwsza z nich miałaby przypominać „targowisko”, a druga „prywatny pokój”. Niewykluczone jednak, że nawet jeśli Facebookowi udałoby się dokonać wewnętrznej „reformy”, to i tak wcześniej czy później czeka go pokazowy proces z oskarżeniami o monopolistyczne praktyki. Na coś takiego czeka wiele osób.

Autor

Poprzedni artykułLekarstwo na trolle Kremla
Następny artykułDemokracja hakowa

Najnowsze