13.9 C
Warszawa
środa, 23 września 2020

Niemcy – imigracyjna porażka

Koniecznie przeczytaj

Co z tą dzietnością?

Liczba Polaków skurczy się

Zwinność i troska o ludzi

W Unum robimy to, co do nas należy

Bezpieczne płatności

Biznes Raport Gazety Finansowej 38/2020

Złota Setka

Biznes Raport Gazety Finansowej 38/2020

Pięć lat po kryzysie imigracyjnym Niemcy przyznają się do integracyjnej porażki. Słynne zaproszenie Angeli Merkel: „Poradzimy sobie” dziś zastąpiło hasło: „Tylko dla Niemców”. Problemy, które stwarzają imigranci, przekreślają nadzieję na ich integrację, a przede wszystkim na pozyskanie taniej siły roboczej.

W 2015 r. milion imigrantów z Północnej Afryki oraz Bliskiego i Środkowego Wschodu przekroczyło niemiecką granicę. Przybyli na zaproszenie niemieckich władz wyrażone kultowymi dziś słowami Angeli Merkel: „Wir schaffen das” – „Poradzimy sobie”.

Z okazji piątej rocznicy kryzysu imigracyjnego wywołanego zresztą przez Niemcy w całej Unii Europejskiej, media podjęły się próby bilansu. To nic innego, jak rozliczenie kanclerz z gościnności. Pamiętać należy, że za tzw. wartościami, czyli humanizmem Merkel stały poważne kalkulacje ekonomiczne. Niemiecka gospodarka, choć największa w Europie, przeżywa od kilku lat strukturalny kryzys. Mówiąc wprost, Niemcy spóźniły się z rewolucją technologiczną. Opóźnienie już boleśnie uderza w wybitnie eksportowy profil produkcji. Na przykład przemysł motoryzacyjny w porę nie przestawił się na wytwarzanie samochodów z napędem elektrycznym. Ponadto zielony program neutralnej ekologicznie gospodarki wymaga alternatywnych technologii energetycznych, a więc innowacyjnych metod produkcji.

Tymczasem rewolucja know-how mająca skierować niemiecką gospodarkę na cyfrowe tory 4.0, buksuje od dekady. Jedną z wielu przyczyn opóźnień był i jest brak wykwalifikowanej siły roboczej. Jeśli chodzi o wysoko kwalifikowanych specjalistów plan sterników niemieckiego biznesu, realizowany przez rządzącą koalicję CDU/ CSU/SPD był prosty. Ściągnąć do kraju jak najwięcej dobrze wykształconych cudzoziemców. Jako obszar drenażu mózgów Berlin wytypował Europę Środkową i tak silnie powiązaną z rynkiem naszych zachodnich sąsiadów.

Jeśli spojrzeć na ekonomiczne statystyki, obroty gospodarcze pomiędzy państwami Grupy Wyszehradzkiej, a więc także Polską i Niemcami są wyższe niż saldo handlowe Berlina z Waszyngtonem o Moskwie nie wspominając. Dlatego Grupę V-4 oraz państwa bałtyckie niemiecki biznes uznał za naturalny rezerwat młodych, dobrze wyedukowanych specjalistów z zakresu przemysłu, handlu, usług, a przede wszystkim innowatorów. Potrzeby są przecież ogromne, bo gospodarka za Odrą potrzebuje ok. 500 tys. osób legitymujących się dyplomem wyższych uczelni lub technicznych szkół średnich. Jednak wynalazki lub inne owoce pracy polskich, czeskich lub litewskich innowatorów ktoś musi wyprodukować. Inaczej eksport straci obroty, a marka niemieckiej solidności przestanie się sprzedawać.

Lukę siły roboczej mieli wypełnić imigranci z Afryki i Azji, którzy staną przy liniach technologicznych koncernów samochodowych i elektromaszynowych. I nie tylko, imigranci przysposobieni do prostszych zawodów to patent na starzejące się w oczach społeczeństwo. Ponadto stawki dla imigrantów są niższe, natomiast prawo pracy jest bardzo elastyczne w relacjach pracodawców z pracownikami nie posiadającymi obywatelstwa, a jedynie status tolerowanego pobytu.

Polityczna katastrofa

Powiedzieć, że gościnność Merkel wywołała perturbacje na scenie politycznej Niemiec to nie powiedzieć nic. Lepszym określeniem jest przemeblowanie. Trudno się dziwić, skoro w 2019 r. łączna liczba imigrantów przekroczyła 11 mln.

Nic dziwnego, że obecnie największą siłą opozycyjną w Bundestagu jest partia Alternatywa dla Niemiec, która od wyborów parlamentarnych w 2017 r. stale poprawia swoje notowania, zdobywając wciąż nowych sympatyków, natomiast socjaldemokracja (SPD) właśnie dogorywa, a CDU/ CSU grozi wewnętrzny kryzys, jeśli nie rozłam.

Nie możemy także zapominać, że polityczne skutki kryzysu imigracyjnego nałożyły się na niezasypane podziały pomiędzy Zachodnimi i Wschodnimi Niemcami. Od pamiętnej Wiosny Narodów, która za sprawą zrywu Solidarności, umożliwiła zjednoczenie dwóch państw niemieckich, upłynęło 30 lat. To paradoks, ale dziś poczucie dyskryminacji obywateli byłej NRD nie tylko nie zmalało lecz wzrosło.

Odbiciem wewnętrznego antagonizmu lub raczej rozczarowania „Ozi” ze statusu „Niemców drugiej kategorii” jest szalona popularność AdF we wschodnich landach, zaś paliwem pozostaje równie wielka niechęć do afrykańskich i bliskowschodnich imigrantów.

Zresztą, żeby przedstawić obiektywny obraz, niechęć do obcych rośnie w piorunującym tempie również na zachodzie Niemiec, a co najważniejsze zaognia wewnętrzny kryzys w rządzącej koalicji.

Jak wskazują nowe badania socjologiczne, liczba przeciwników dalszego napływu imigrantów spoza Europy wzrosła z 15 proc. Niemców pięć lat temu do 40 proc. obecnie i krzywa ciągle idzie w górę. Angela Merkel mówi, że nie żałuje gestu gościnności, za to jej minister spraw wewnętrznych już tak. Były premier Bawarii z ramienia CSU Horst Seehofer należy do największych krytyków decyzji otworzenia granic. Jest zwolennikiem surowych regulacji ograniczających otwarcia Niemiec.

Nawet socjaldemokratyczny współkoalicjant Thomas de Maiziere powiedział mediom: „Były chwile, gdy sytuacja wychodziła spod kontroli”. Według opozycyjnej koalicji Sojusz90/Zieloni natomiast: „Niemcy nie były przygotowane na wielką falę imigracji”. Opinię Zielonych podzielają postkomuniści. Deputowany Bundestagu Lars Castellucci w wywiadzie dla Deutsche Welle stwierdził: „Merkel nie miała żadnego planu działania. Gdyby takowy posiadała, może dałoby się uniknąć obecnych podziałów społecznych i konfliktów politycznych”.

W ogniu krytyki opozycji, a tym bardziej własnej koalicji nawet kanclerz przyznaje dyplomatycznie: „Wydarzenia 2015 r. nie powinny się powtórzyć”. Jakie są zatem przyczyny rozczarowania gościnnością, czyli z jakimi problemami stwarzanymi przez imigrantów nie mogą sobie poradzić Niemcy?

Niechęć czy kulturowa bariera?

Jak się okazuje, imigranci nie palą się do pracy, co stawia pod znakiem zapytania sensowność pragmatycznej gościnności Niemiec. Wyniki badań mówią same za siebie. Po pięciu latach pracę znalazła tylko połowa przybyszów. Przypomnijmy skalę problemu: w 2015 r. granicę przekroczył milion imigrantów, w 2016 r. 750 tys. zaś rok później 600 tys.

Nie to, żeby nie chcieli zarabiać pieniędzy, ale uczyć się już nie chcą, mimo że praktykant fryzjerski otrzymuje stypendium w wysokości 700 euro miesięcznie. Oczywiście jedną z przeszkód jest bariera językowa, ponieważ pracodawcy nie chcą zatrudniać, ani tym bardziej szkolić niekomunikatywnych pracowników. Tym niemniej pięć lat zazwyczaj wystarcza, żeby poznać mowę kraju pobytu. Przeszkadza również nieuregulowany status prawny cudzoziemców. „Chętnie zatrudnię i wyszkolę imigrantów, bo brakuje mi rąk do pracy”, powiedział jeden z berlińskich rzemieślników. Dodał jednak, że tego nie zrobi, ponieważ jego inwestycję może w każdej chwili deportować resort spraw wewnętrznych.

Za kwestiami formalnymi kryje się jednak kluczowy problem. Jest nim kulturowe wyobcowanie decydujące w integracyjnej porażce. Imigranci żyją w etnicznych i islamskich gettach. Kultywując swoje obyczaje, nie chcą wtapiać się w niemieckie społeczeństwo, nie przyjmują zatem europejskich norm, choć doskonale je znają, a co więcej są do tego zachęcani przez służby socjalne. Najdobitniej świadczą o tym wskaźniki przestępczości, choć jak twierdzi ekspert do spraw przestępczości wśród cudzoziemców Christian Pfeiffer: „Kryminalna energia jest różna dla poszczególnych grup etnicznych”.

Jednak statystki wskazują, że najwięcej czynów niezgodnych z prawem popełniają imigranci z co najmniej półrocznym stażem pobytu, znają więc doskonale normy obyczajowe, a tym bardziej obowiązujące zakazy i nakazy. Tłumaczenie, że wśród imigrantów przeważają samotni młodzi mężczyźni, nie jest usprawiedliwieniem dla przestępczości na tle seksualnym. Tymczasem przybysze są sprawcami 58 proc. napadów seksualnych na Niemki.

Zresztą według mediów statystyki przestępczości afrykańskich i bliskowschodnich imigrantów są zaniżone. Oni sami nie składają na siebie doniesień. Ponadto ogromna liczba czynów karalnych, szczególnie rodzinnych, a więc dotyczących kobiet i nieletnich, skrywają przysłowiowe cztery ściany imigranckich dzielnic. Największym zagrożeniem są jednak etniczne gangi. Na przykład w Dolnej Saksonii Algierczycy, Tunezyjczycy i Marokańczycy stanowią 0,9 proc. wszystkich imigrantów, a mafie grupujące przestępców wymienionych narodowości popełniają 17,1 proc. wszystkich przestępstw na terenie landu. Dlatego opinia o imigrantach stale się pogarsza. Dla osoby o afrykańskim, arabskim lub afgańskim nazwisku wynajęcie mieszkania graniczy z cudem, większość ogłoszeń zawiera uwagę: tylko dla Niemców lub wynajmujący przerywa po prostu rozmowę telefoniczną.

Zamiast zakończenia zacytuję deputowaną Sojuszu 90/Zieloni: „Integracja jest długotrwałym procesem. Tylko rozsądek, umiar, a przede wszystkim przygotowanie mogą przekształcić imigrację w szansę dla Niemiec”.

Najnowsze

Totalitaryzm liberalnych mediów

Co łączy WHO, mniejszości seksualne, BLM i Joe Bidena?

Oszustwo prawie doskonałe

Dojenie frajerów

Angela Merkel w gazowej pułapce Kremla

Zamach na Aleksieja Nawalnego ujawnił geopolityczną pułapkę Moskwy

Morze Śródziemne

Zapach gazu czy prochu?

Wirus depopulacji miast

Wielkie miasta sprzyjają bezprawiu