19.3 C
Warszawa
sobota, 2 lipca 2022

Prześwietlanie Putina

Koniecznie przeczytaj

Jak rosyjskie władze i służby padły ofiarami hakerów

Hakerzy włamali się do skrzynki Władisława Surkowa, doradcy wizerunkowego prezydenta Władimira Putina. Włamano się również na serwery SyTech, firmy ludzi dawnego KGB, największego podwykonawcy Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Wśród wykradzionych danych znalazły się m.in. informacje o tym, jak Rosja prowadzi swoją politykę zagraniczną, kreuje informacje, konferencje prasowe, a także nad czym pracują rosyjskie służby specjalne w zakresie cyberprzestępczości. Jak hakerom udało się przeprowadzić ataki i co wynika z wykradzionych danych?

Putin i przyjaciele
Władisław Surkow jest doradcą i specem o propagandy prezydenta Rosji. Dodatkowo ma zarządzać działaniami separatystów w Donbasie, koordynować działania hybrydowe. Ponadto to właśnie Surkow odpowiada za wszystkie polityczne komunikaty Kremla. Kto stoi za włamaniem na jego skrzynkę pocztową? Według popularnej tezy, którą potwierdziła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Alia Szandra z Euromaidanpress, autorka raportu o włamaniu, to robota ukraińskich hakerów z grupy Cyber Alliance. Nie wykluczone jednak, że mieli oni wsparcie kogoś większego lub że stali się oni tylko oficjalną „twarzą” ataku. – Cyber Alliance traktuje to jako swoją walkę z Rosją. Przeciek został opublikowany na stronie InformNapalm. To portal kolektywu wolontariuszy, którzy analizują dostępne przecieki i media społecznościowe, prowadzą pracę „wywiadowczą” na temat rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie. Wiadomość o przecieku poszła w świat, ale do tej pory nikt go dobrze nie przestudiował. (…) Rozmiar przecieku to jest kilka tysięcy maili. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł stworzyć tyle fałszywek. Także wielu korespondentów Surkowa potwierdziło autentyczność swoich maili do niego – przekonywała Szandra. Do przejęcia skrzynki poczty elektronicznej Surkowa doszło w październiku 2016 roku. Stało się to w czasie, gdy z jednej strony Rosja ingerowała w wybory w Stanach Zjednoczonych, z drugiej trwał konflikt na wschodniej Ukrainie.

Instrukcje i wynagrodzenia
Autorzy raportu zauważyli, że do skrzynki oprócz Surkowa mógł mieć dostęp również jego asystent, Inal Ardzinba. Co istotne, do doradcy Putina spływały też analizy strategiczne. Jedna z nich była autorstwa Michaiła Markiełowa, deputowanego do Dumy. Markiełow sporządził instrukcję, jak doprowadzić do separatyzmu w Charkowie.
– Surkow dostaje oficjalne sondaże, informacje o lokalnych współpracownikach, o tym, gdzie Rosja może jeszcze zasiać chaos i namieszać. W mailach jego asystenta Ardzinby widzimy, jak dużo jest koordynatorów zwanych „kuratorami” projektów, różnych finansowanych antyukraińskich akcji. Ardzinba potrafił prowadzić równocześnie kilka projektów w ciągu jednego dnia o tej samej godzinie. Surkow, wraz z innymi Rosjanami, był sponsorem projektów zarządzanych przez lokalnych koordynatorów, które były częścią wojny hybrydowej – przekonuje członkini Euromaidanpress.

Szandra zaznaczyła jednak, że nie wszyscy „agenci” działają z pobudek finansowych. Część swoje działania motywuje pobudkami ideologicznymi. Wynagrodzenie za współpracę Kreml wypłaca np. w postaci grantów dla organizacji pozarządowych. Wśród takich „agentów” autorzy raportu wskazują m.in. Pawło Brojde, speca od wizerunku, dawniej wykonującego prace dla Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego. Ciekawie wyglądają kwoty, jakie podają autorzy raportu. Np. za protest w Charkowie uczestnicy dostali 1,5 tys. dolarów, policjanci 500. Organizatorzy happeningu dostali tysiąc dolarów, a dziennikarze od 500 do tysiąca dolarów. Łączny koszt kampanii w Charkowie wyniósł 120 tys. dolarów. Akcja protestacyjna, do której zaangażowano 100 osób – 5 tys. dolarów. Jeśli chodzi o pochodzenie pieniędzy dla agentury, to autorom raportu udało się ustalić, że w jednym przypadku (akcja na Donbasie) użyto rosyjskich państwowych pieniędzy – wynagrodzenia miały być wypłacane przez rosyjski bank na terytorium Federacji Rosyjskiej. Raporty od agentów dla Surkowa, oprócz opisów, zawierać miały m.in. zdjęcia, odnośniki do publikacji prasowych czy filmów w portalach społecznościowych. Co istotne ujawniono, że Kreml płacił nie tylko uczestnikom manifestacji czy trollom. Odkryto przypadki, gdzie wynagrodzenie otrzymał komentator w programie typu talk-show, a nawet polityk za inicjowanie projektów legislacyjnych korzystnych dla Rosji. Znaleziono też przykład historyka, który zaproponował przygotowanie panelu-kongresu, na którym naukowo usprawiedliwiono by przyłączenie Ukrainy do Rosji. Cena: 32–38 tys. dolarów. Z kolei koszt stworzenia prorosyjskiej formacji, która miała wprowadzić swoich kandydatów w 20 okręgach wyceniono na niecałe 184 tys. dolarów.

– Jedna rzecz zwróciła moją uwagę – mikrozarządzanie. Każda sprawa jest kontrolowana. Dostają zdjęcia krzeseł, które mają zostać użyte na konferencji prasowej, projekty logo, formularzy na referendum. Surkow studiował trochę w szkole teatralnej i te detale pokazują, jakim jest reżyserem rzeczywistości. Tworzy sceny teatralne z opłaconymi aktorami. Sam wybiera do nich krzesła i pisze scenariusze – zauważyła Szandra w rozmowie z polskimi dziennikarzami. Co ciekawe, doradca Putina przekonywał, że nie warto inwestować w lokalną prasę, a tworzyć własne media od zera. Szacuje się, że np. stworzenie poczytnego (top 5) portalu na Ukrainie to koszt rzędu 5 mln dolarów. Mniejsze projekty medialne wyceniane są na ok. 600 tys. dolarów.

Skok na FSB
Równie upokarzającym dla Moskwy był lipcowy atak na Federalną Służbę Bezpieczeństwa. Hakerzy z grupy o nazwie 0v1ru$ dostali się do systemów głównego informatycznego kontrahenta FSB, moskiewskiej firmy SyTech. Łupem hakerów padło aż 7,5 terabajta danych o tajnych projektach związanych m.in. z operacjami internetowymi. Ukradzione dane zostały następnie przekazane większej grupie Digital Revolution, która już wcześniej atakowała FSB oraz mediom. Wśród ujawnionych projektów FSB były m.in. „Nautilus” i „Nautilus-S”. Te dwa projekty dotyczyły prób wyciągania danych o użytkownikach portali społecznościowych oraz identyfikacji osób, które próbowały uzyskać anonimowy dostęp do Internetu za pośrednictwem przeglądarek Tor. Jak ustalił magazyn „Forbes” „Nautilus-S” to projekt, który prawdopodobnie był prowadzony od 2012 roku przez Instytut Badawczy FSB Kvant. Innymi projektami FSB były np. „Mentor” (dot. zbierania danych o rosyjskich przedsiębiorstwach), „Hope” i „Tax-3” (te dwa ostatnie odnoszą się do inicjatywy oddzielenia rosyjskiego Internetu od sieci ogólnoświatowej).

Rajd wujka Sama
Atak na doradcę Putina i kluczowego kontrahenta FSB to jednak nie jedyne spektakularne wydarzenia ostatnich miesięcy. Równie spore zamieszanie wywołało włamanie, jakiego dzień przed wyborami do amerykańskiego Senatu dokonali hakerzy z U.S. Cyber Command. Tym z kolei udało się odciąć od sieci rosyjską „agencję informacyjną” Internet Research Agency. W rzeczywistości IRA to rosyjska fabryka trolli i fake newsów. Amerykanie doprowadzili do tego, że Rosjanie zaczęli otrzymywać maile, SMS-y i inne bezpośrednie komunikaty, w których informowali, że znają tożsamość danego trolla. Jak relacjonował portal Niebezpiecznik.pl chaos w IRA był tak wielki, że Rosjanie zabronili korzystania swoim pracownikom z amerykańskich telefonów Apple.

Autor

Poprzedni artykułNadziana liga angielska
Następny artykułRynek Call Center

Najnowsze