0.3 C
Warszawa
poniedziałek, 5 grudnia 2022
Advertisement

Będzie brexit

Koniecznie przeczytaj

Miażdżące zwycięstwo Partii Konserwatywnej w Wielkiej Brytanii

Brytyjski premier Boris Johnson (w czerwcu skończy 56 lat) odniósł życiowy sukces. Wygrał zdecydowanie wybory parlamentarne, opierając swoją kampanię wyborczą na tym, że za wszelką cenę przeprowadzi brexit, czyli opuszczenie przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej. Jego przeciwnicy: socjalistyczna Partia Pracy i liberałowie (równie lewicujące ugrupowanie) skłaniali się do powtórnego referendum. W Wielkiej Brytanii obowiązuje większościowa ordynacja wyborcza. To znaczy, że najsilniejszy kandydat w danym okręgu bierze wszystko, ten, który zajmie drugie miejsce już się nie liczy, niezależnie od wyniku, jaki osiągnął. Opozycja liczyła, że taktyczne sojusze w wielu okręgach pozwolą jej pokonać konserwatystów. Okazało się to mirażem. Konserwatystom pomogła też Partia Brexitu, która wycofała swoich kandydatów z okręgów, w których mogli szkodzić konserwatystom. Na takie działanie liberałowie nie zdecydowali się, aby pomóc Partii Pracy. Brytyjczycy zdecydowanie popierając Johnsona, po raz drugi w ostatnich czterech latach wypowiedzieli się za opuszczeniem UE przez Wielką Brytanię. Tak więc teraz brexit stanie się faktem.

Ulubieniec prowincji
Johnson zdobył 362 mandaty aby rządzić, potrzebował ich „zaledwie” 326. To najlepszy wynik torysów od czasu zwycięstwa Margaret Thatcher w 1987 r. To także najgorszy wynik socjalistów z Partii Pracy od… 1935 r. Pod naporem konserwatystów padły takie bastiony partii pracy jak Darlington, Sedgefield czy Workington. Z kolei w takich okręgach jak Bishop Auckland czy Blyth Valley konserwatyści odnieśli pierwsze wygrane w historii brytyjskich wyborów. Socjaliści dostali od wyborców rachunek za to, że blokując wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie byli w stanie zaproponować konstruktywnego rozwiązania. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn (mający poglądy radykalnie lewicowe, ocierające się o komunizm) padł ofiarą własnej retoryki. Z jednej strony przez lata przekonywał, że UE to bastion kapitalizmu i chciał jej osłabienia. Z drugiej strony zaczął forsować pomysł przeprowadzania kolejnego referendum, które miało doprowadzić do pozostania Wielkiej Brytanii we Wspólnocie. Wyborcy podobnej hipokryzji nie byli w stanie wybaczyć. Johnson sprowadził głosowanie do kolejnego referendum „za” czy „przeciwko” brexitowi: hasłem przewodnim było „doprowadźmy brexit do końca”. Po tych wynikach jest jasne, że 31 stycznia 2020 r. Wielka Brytania najpewniej opuści już UE.

Johnson odniósł wielki sukces nad brytyjskimi elitami. Odsądzony od czci i wiary przez media brytyjskiego tzw. głównego nurtu, skazany był przez nie na klęskę. Zaklinanie rzeczywistości nie na wiele jednak pomogło. Johnson za radą swoich specjalistów od marketingu politycznego swój przekaz skierował do prostych ludzi z prowincji. Mówił do nich, a nie do wykształconych elit. Jego teksty takie, że woli skończyć martwy w rowie, niż opóźnić brexit stały się kultowe i trafiły na kubki i koszulki. Tymczasem brytyjskie elity wciąż liczyły na „cud nad urną” i rezygnację z brexitu.

W reakcji na takie wyniki wyborów umocnił się brytyjski funt. Szczególnie cieszy to Polaków, którzy pracują w Wielkiej Brytanii, a pieniądze wydają w Polsce lub wysyłają do rodziny. „Inwazja” Polaków na Wyspy Brytyjskie w 2004 r. po wejściu do UE była spowodowana m.in. wysokim kursem funta, który kosztował wówczas aż 7,4 zł. Dziś dla porównania, już po wzmocnieniu, jego cena to 5,19 zł. Umocnienie funta to też recenzja programu Johnsona, który obok sztandarowego dokończenia brexitu zakłada radykalne zwiększenie wysokości kar więzienia dla osób zaangażowanych w terroryzm. Wydanie dodatkowych ok. 160 mld zł (32 mld funtów) na służbę zdrowia, a także – co nikogo nie powinno dziwić – na zatrzymanie imigracji do Wielkiej Brytanii. Przeciwnicy Johnsona nazywają jego program niespójnym. Wytykają mu, że z jednej strony chce obniżać podatki, z drugiej zwiększać wydatki państwa. To jednak socjalistyczne doktrynerstwo, jest bowiem wiele dowodów, że obniżki podatków, jeżeli te były na wysokim poziomie (a relatywnie takie są w Wielkiej Brytanii), powodują ożywienie gospodarcze, napływ inwestycji, a to z kolei powoduje zwiększenie wpływów do budżetu. Klasycznym przykładem jest tutaj wielka obniżka CIT z 27 proc. do 19 proc. i wprowadzenie takiego samego liniowego podatku dla osób prowadzących działalność gospodarczą w 2003 r. w Polsce. W polityce zagranicznej unię gospodarczą z UE mają według Johnsona zastąpić specjalne umowy handlowe z USA i Indiami.

Szkocja grozi secesją
Radość ze zwycięstwa może Johnsonowi psuć tylko groźba secesji Szkocji. Szkocka Partia Narodowa (SNP) na czele z Nicolą Sturgeon (premier rządu szkockiej autonomii) wygrała w 48 z 59 szkockich okręgów wyborczych, tym samym swój wynik poprawiła o ok. 40 proc. Ponad dwie trzecie Szkotów w referendum opowiedziało się za pozostaniem w UE. Teraz Sturgeon głośno zaczęła mówić o kolejnym referendum w sprawie niepodległości i pozostaniu Szkocji w UE. Poprzednie głosowanie w 2014 r. zakończyło się zwycięstwem tych, którzy chcieli pozostania Szkocji w Zjednoczonym Królestwie. Od razu mówi się, że słynący z twardej polityki Johnson zwyczajnie nie zgodzi się na kolejne referendum w Szkocji, dopóki nie będzie miał pewności, że wygra to głosowanie.

Nie odpuści także Nicola Sturgeon. „Boris Johnson musi zaakceptować rzeczywistość i zgodzić się na drugie referendum w sprawie niepodległości Szkocji” – przekonywała Sturgeon po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów.
„Szkocja bardzo wyraźnie chce innej przyszłości niż ta, która została wybrana przez większość w pozostałej części Zjednoczonego Królestwa i Szkocja chce mieć prawo do decydowania o własnej przyszłości” – dodała. Jej zdaniem fakt, iż szkoccy wyborcy odrzucili Johnsona, Partię Konserwatywną i brexit, jest wystarczającym argumentem za kolejnym głosowaniem. Wynik referendum nie jest jednak sprawą przesądzoną. SPN otrzymał w sumie tylko o 2 pkt procentowe więcej niż partie sprzeciwiające się secesji. Tak więc Johnson ma poważne argumenty, by twierdzić, iż nie ma powodu, aby zgadzać się na kolejne referendum zaledwie po 5 latach od ostatniego. Wiele zależy tutaj od tego, jak zachowa się brytyjska gospodarka po brexicie. Jeżeli wszystko będzie w porządku, a ludziom będzie się dobrze żyć, to kolejnego referendum w sprawie szkockiej niepodległości po prostu nie będzie.

Autor

Poprzedni artykułKobieta u sterów EBC
Następny artykułNowe problemy Volkswagena

Najnowsze