2.1 C
Warszawa
wtorek, 6 grudnia 2022
Advertisement

Hipokryci XXI wieku

Koniecznie przeczytaj

Największe firmy technologiczne, na co dzień głoszące pochwały odpowiedzialnego biznesu i postępowych wartości, korzystają z owoców niewolniczej pracy dzieci.

Pod koniec ubiegłego roku 14 rodzin z Konga pozwało w Waszyngtonie technologicznych gigantów, takich jak Microsoft, Google, Apple, Dell i Tesla. Nie wiadomo, jakie szanse w sądzie ma pozew. Zdaniem powodów jednak te firmy wykorzystują w swoich produktach (lub czerpią w inny sposób zyski) z wydobycia kobaltu w Demokratycznej Republice Konga przez młodocianych pracowników. Przedsiębiorstwa, które na co dzień dużo mówią o poprawności politycznej i społecznej odpowiedzialności biznesu, wyraźnie lekceważą problem niewolniczej pracy dzieci w Kongu. Władze tych spółek mają jednak obecnie spory problem. Nie tyle prawny, ile wizerunkowy. Przypomina to poniekąd słynną sytuację w Związku Sowieckim (z zachowaniem oczywiście proporcji). Ogłosił się on pierwszym państwem robotników i chłopów, a następnie de facto przywrócił przywiązanie chłopa do ziemi i obciążył go niewolniczą pracą w kołchozach. Podobnie bezlitośnie eksploatowano robotników, którzy ginęli przy pracy w wielkich państwowych inwestycjach. Związek Sowiecki zaś głosił na cały świat, że walczy z uciskiem robotników i chłopów przez kapitalistów.

Ślepy biznes
Od lat dużo mówi się o katorżniczej pracy ludzi w Chinach. Co jakiś czas wybucha skandal, gdy pojedynczemu niewolnikowi uda się do jakiegoś produktu włożyć list z prośbą skierowaną do świata, aby ten zainteresował się losem wyzyskiwanych. Do końca nie wiadomo jednak, kto i co produkuje w Chinach, a firmy dość sprawnie przekonują, że problem może i istnieje, ale ich nie dotyczy, bo one (jako odpowiedzialni przedsiębiorcy) pilnują, aby nikt nie korzystał z niewolniczej pracy. W wypadku Konga problem jest gorszy. Łatwo bowiem stwierdzić, kto i z czego korzysta. Kobalt bowiem jest zwyczajnie niezbędnym składnikiem współczesnych smartfonów, gdyż bez niego nie da wyprodukować się baterii litowo-jonowych. Takie baterie niezbędne są także, a jakże, do forsowanych przez ekologów elektrycznych samochodów. Podniecone widokiem elektrycznych aut lewicowe elity nie zdają sobie jednak sprawy, że powodują one nieszczęścia młodych mieszkańców Afryki.

Nic nie widzieliśmy, nic nie słyszeliśmy
Pozwane przez organizację praw człowieka International Rights Advocates (IRA) firmy technologiczne są oskarżone o to, że korzystają z owoców przestępstwa. Zdaniem prawników IRA dzieci muszą w Kongu pracować cały dzień maksymalnie za ok. 2 dolary, czyli ok. 8 złotych. Stawka minimalna wynosi zaś równowartość ok. 3 złotych Nikt nie dba oczywiście o bezpieczeństwo tak tanich pracowników, dlatego prawnicy IRA zarzucają gigantom, że kupując kobalt, finansują w istocie zbrodniczy proceder. Trudno się nie zgodzić z tą argumentacją. To tak, jakby w pierwszej połowie XIX wieku kupować w USA bawełnę zbieraną przez czarnych niewolników na Południu i udawać, że nie wie się, że są przymuszani do pracy. Pozew jest niewygodny dla gigantów. Pełny jest chwytających za serce opisów chorób małych wyrobników, zmiażdżonych kończyn, czy też dzieci pogrzebanych żywcem w tunelach, w których pracowały, których nikt nie ratował, bo się to zwyczajnie nie opłaca.

Na te oskarżenia koncerny, używając słynnego powiedzenia Janusza Korwina-Mikkego, zwyczajnie „rżną głupa”.
„Nigdy świadomie nie prowadziliśmy działań z wykorzystaniem żadnej formy pracy przymusowej, nieuczciwych praktyk rekrutacyjnych lub pracy dzieci” – mówił rzecznik Della. Kluczem jest oczywiście słowo „świadomie”.
„Od 2016 r. publikujemy pełną listę naszych zidentyfikowanych wydobywców kobaltu” – to stanowisko Appla. Tutaj z kolei najważniejsze jest słowo „zidentyfikowanych”, czym sama firma przyznaje, że nie wie skąd pochodzi kobalt, który wykorzystuje. Pochwaliła się przy okazji tym, że w ostatnich latach usunęła z list swoich dostawców 6 nierzetelnych firm, ale nie brzmi to przekonująco.
Jeszcze bardziej „błysnął” Microsoft, prezentując stanowisko, że jak tylko ktoś dostarczy dokumenty stawiające w złym świetle jego dostawców kobaltu, to natychmiast podejmie odpowiednie działania.

Z Konga pochodzi 60 proc. światowego wydobycia kobaltu. Bez tego surowca tak kochane przez lewicowych hipokrytów ekologiczne cuda, zwyczajnie nie mogą powstać. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że niektóre kopalnie, które korzystają z niewolniczej pracy dzieci należą zdaniem brytyjskich mediów, do chińskich firm.
Po nagłośnieniu sprawy w grudniu, światowe agencje zamilkły. Milczą też autorytety. Okazuje się, że gdy w grę wchodzą olbrzymie pieniądze, to „postępowe elity” są bardziej bezwzględne niż „drapieżni kapitaliści”.

Autor

Poprzedni artykułZatoka Perska w przebudowie
Następny artykułŚcigana

Najnowsze