12.5 C
Warszawa
wtorek, 27 września 2022

Atomowa mina

Koniecznie przeczytaj

Korporacja Rosatom kończy budowę białoruskiej elektrowni atomowej

Zastosowane technologie sprawiają, że eksperci nazwali obiekt „rosyjską miną jądrową podłożoną w środku Europy”. Elektrownia znajduje się 30 km od granic Litwy i 250 km od naszej. Bezpieczeństwo 512 mln mieszkańców UE w dużej mierze zależy wyłącznie od kierunku wiatru.

Kilka dni temu w Mińsku gościła delegacja Parlamentu Europejskiego, która oceniała perspektywy współpracy z Białorusią. W trakcie rozmów eurodeputowani podtrzymali stanowisko Komisji Europejskiej, które głosi: że „podpisanie umowy o «priorytetowym partnerstwie » nie będzie możliwe bez osiągnięcia kompromisu dotyczącego elektrowni atomowej w Ostrowcu”. – Dążymy do przełomu w relacjach z Mińskiem, ale rezultat zależy od decyzji Białorusi w sprawie elektrowni – już w grudniu 2019 r. oświadczył komisarz Europejskiej Polityki Sąsiedztwa Johannes Hahn. Postawa eurodeputowanych i brukselskich urzędników wynika z nacisków Litwy, a także Polski i Ukrainy, czyli sąsiadów Białorusi najbardziej narażonych na potencjalnie katastrofalne skutki eksploatacji obiektu w Ostrowcu.

O skali zagrożenia świadczy fakt, że jesienią 2019 r. Wilno urządziło manewry obrony cywilnej poświęcone skutkom ewentualnej katastrofy jądrowej u sąsiada. Program przewidywał ewakuację ludności z rejonów nadgranicznych, ale według szacunków radioaktywne skażenie może objąć całe terytorium Litwy. Dlatego rząd kupił za milion euro cztery miliony tabletek jodu i rozdał wszystkim obywatelom.

Podobnego zdania są fizycy jądrowi z Wielkiej Brytanii, którzy prognozowali skutki awarii w białoruskiej elektrowni. Powtórka scenariusza czarnobylskiego oznacza, że radioaktywnemu skażeniu ulec może 10 mln km kwadratowych Europy. Natychmiast zginie do 150 tys. osób, a ponad milion umrze powolną śmiercią z powodu chorób radiacyjnych i zaburzeń genetycznych, takich jak nowotwory. Szacunek strat gospodarczych zamknie się kwotą 6 bln euro. Z takiego powodu decyzja o powstaniu elektrowni, którą w 2010 r. ogłosił Aleksander Łukaszenko, wywołuje gwałtowny sprzeciw. Podstawą jest Konwencja Espoo, jej sygnatariuszem jest także Białoruś. To międzynarodowe porozumienie o ocenach oddziaływania na środowisko w kontekście transgranicznym. Tłumacząc prościej, zmusza państwa członkowskie do przeprowadzenia symulacji bezpieczeństwa na wczesnym etapie projektowania. Zobowiązuje do konsultacji z sąsiadami i uwzględnienia ich obaw.

Tymczasem Łukaszenko nie tylko nie wsłuchał się w głosy Wilna i Warszawy, ale zaczął inwestycję przed uzyskaniem zgody Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. W 2019 r. Komitet Wykonawczy Espoo uznał, że Białoruś naruszyła tę konwencję. Zdaniem litewskiego eurodeputowanego Petrasa Ausztraviciusa postanowienie uznaje elektrownię za nielegalną. A to podstawa międzynarodowego oczekiwań, by inwestycja została zaniechana. Niestety dziś budowa zbliża się do końca. – Sam werdykt jest zbyt miękki, bo prerogatywy Espoo nie pozwalają zakazać eksploatacji obiektu – uważa białoruska ekolog Irina Suchyj.

Mity Łukaszenki
W listopadzie na YouTube ukazał się dokument, pt. „Ostrowiec śmierci” opublikowany przez opozycyjny kanał Charter97video. Emisję próbowała zablokować łukaszenkowska telewizja ONT ze względu na ujawnienie skandalicznej prawdy o elektrowni. Dokument prezentuje ustalenia ekologicznej organizacji „Antyjądrowa Kampania Białorusi”. Jej działania wspierał profesor Iwan Nikitczanka. Niestety naukowiec zginął w tajemniczym wypadku samochodowym spowodowanym przez ciężarówkę należącą do kancelarii prezydenta Łukaszenki.


Przeczytaj też:

„Robaczywa” Białoruś

Otworzyć się na Białoruś

Białoruś. Smierć w uściskach Kremla


Po pierwsze ekolodzy obalili mit taniej energii z Ostrowca. Będzie trzykrotnie droższa od pochodzącej ze źródeł konwencjonalnych, Białoruś bowiem musi spłacić Rosji kredyt na budowę w wysokości 11 mld dolarów. Ponadto wraz z postępowaniem Espoo runęły plany elektrycznego eksportu. Państwa bałtyckie na czele z Litwą, Polska i Ukraina zapowiedziały, że nie kupią z Ostrowca ani jednego kilowata.

Po drugie, mitem jest bezpieczeństwo rosyjskich reaktorów WWR- 1200. To eksperymentalny projekt wdrażany dopiero do eksploatacji dlatego cierpi na „choroby wieku dziecięcego”. Jedynym użytkownikiem jest elektrownia w Woroneżu. Z tym że pierwszy rozruch zakończył się pożarem generatora energii. Zatem obiekt w Ostrowcu jest eksperymentem koncernu Rosatom. Tylko dlaczego na Białorusi? – pytają zdesperowani mieszkańcy. Jak mówi fizyk Andriej Ożarowski wcześniejsze urządzenia działające na identycznej, wodno-ciśnieniowej zasadzie są bólem głowy rosyjskiej energetyki jądrowej. Tylko w ostatnich latach w tamtejszych elektrowniach doszło do 15 poważnych incydentów wymuszających awaryjne wygłuszanie reaktorów.

Po trzecie fikcją jest mocna obudowa białoruskich reaktorów. W reklamowym folderze Rosatomu czytamy, że konstrukcja wytrzymuje upadek samolotu. Tyle że awionetki o wadze do pięciu ton, co źle wróży w przypadku ataku terrorystycznego z zastosowaniem pasażerskich liniowców. Takich jak podczas zamachów na wieże WTC.

I po czwarte wreszcie, podczas budowy doszło do skandalicznych wypadków stawiających pod znakiem zapytania bezpieczeństwo całej Europy. W 2016 r. podczas montażu pierwszego reaktora, ważące 300 ton urządzenie zerwało się z dźwigu i upadło na betonową podstawę z wysokości 10 metrów. Wykonawca źle obliczył wytrzymałość lin. Rosatom długo próbował ukryć awarię i tylko ogromny nacisk społeczny doprowadził do wymiany uszkodzonego reaktora. Niestety kolejny egzemplarz zderzył się ze słupem trakcyjnym podczas transportu kolejowego z Rosji. Uszkodzeniu uległ system chłodzenia awaryjnego, ale reaktor zamontowano i dziś jest gotowy do rozruchu. Ponadto ekolodzy wykryli korupcyjne schematy inwestycji, które odbiły się na niskiej jakości prac. Mińsk zatrudnił niewykwalifikowaną siłę roboczą. Zastosowano niewłaściwy beton, a pośpiech w wylewaniu doprowadził do powstania tzw. kieszeni, czyli dziur powietrznych. Mówiąc prościej, fundamenty reaktorów są niestabilne.

Finalny pejzaż przed oddaniem Ostrowca do eksploatacji? Od 2016 r. miało miejsce pięć wypadków śmiertelnych na placu budowy. W ubiegłym roku dokonano próbnego rozruchu systemu awaryjnego elektrowni. Jedynym skutkiem był pożar panelu kontrolnego, czyli pulpitu z kluczowymi wskaźnikami alarmowymi. Jeśli doliczyć do tego położenie geograficzne obiektu, groźbę radioaktywnego skażenia rzeki Wilii i wód gruntowych, obawy Białorusinów, Litwinów i Polaków są w pełni uzasadnione.

Po co komu Ostrowiec?
Andriej Ożarowski twierdzi, że Łukaszenko uległ manipulacji lobby jądrowego, które umiejętnie podbiło ambicje dyktatora. – Następny w kolejności powinien być atomowy okręt podwodny – kpi fizyk. Oficjalnie celem Łukaszenki jest zmniejszenie energetycznej zależności od Rosji. Import ropy naftowej i gazu jest coraz droższy, przy czym Kreml uważa surowce energetyczne za doskonały instrument szantażu Mińska. Z punktu widzenia trwałości dyktatorskiej władzy wiecznego prezydenta niezależność w tej dziedzinie jest kluczowa.

Niestety Białoruś nie jest najbogatszym państwem, a kredyty zgodziła się dać tylko Moskwa. Dlatego zdaniem opozycyjnego portalu Biełoruski Partizan, Łukaszenko został naprawdę z niczym. Musi spłacać Putinowi wielomiliardowy kredyt, natomiast zależność od gazu i ropy naftowej zamienia na rosyjskie paliwo jądrowe. Rosatom tak projektuje reaktory, aby wykluczyć paliwową dywersyfikację.

Całości dopełnia rosyjski personel elektrowni, którego zdaniem tragicznie zmarłego prof. Nikitczanki, białoruscy specjaliści nie będą w stanie długo zastąpić. Taka sytuacja paradoksalnie czyni z elektrowni przedmiot targu dyktatora z UE. Przyszłość obiektu może zamienić się na finansowe i polityczne koncesje bogatej Europy. Szczególnie podczas ostrego sporu integracyjnego z Moskwą, którego stawką jest niepodległość Białorusi.

Kto zatem wygrywa na elektrowni? – Elektrownia jądrowa w Ostrowcu to jeden z instrumentów, który w niekonwencjonalny sposób może zostać wykorzystany przeciwko waszemu regionowi – powiedział w Wilnie już w 2016 r. ówczesny wiceprezydent USA. Joe Biden miał na myśli celowe sprowokowanie katastrofy ekologicznej, która pogrąży Skandynawię i znaczną część Europy Środkowej, a więc Polskę w radioaktywnym chaosie. Tego samego zdania jest Andriej Ożarowski, który mówi, że dzięki niebezpiecznemu Ostrowcowi „Putin założył jądrową minę z opóźnionym zapłonem, która geopolitycznie szantażuje Białoruś, jej najbliższych sąsiadów oraz całą UE”. Czy w takich warunkach prozachodni zwrot Mińska jest realny?

 

Autor

Poprzedni artykułPolowanie na giganta
Następny artykułPodatki w czasch zarazy

Najnowsze