12.5 C
Warszawa
wtorek, 27 września 2022

Czas zarabiania

Koniecznie przeczytaj

Kiedy opłaci się wrócić na giełdę?

Warszawski Indeks Giełdowy 20 największych spółek (WIG20) w ostatnich tygodniach stracił ponad 40 proc. i jest obecnie na poziomie najniższym od 2003 r.
Giełdy oczywiście tracą na całym świecie. To wyniki paniki, jaka ogarnęła świat w związku z epidemią koronawirusa. Nie od dziś wiadomo jednak, że po stratach nadchodzą zyski. Najważniejsze – jak uczył Warren Buffet (jeden z najbogatszych ludzi świata, który dorobił się na inwestycjach giełdowych) – aby nie kupować, gdy wszyscy kupują i nie sprzedawać, gdy wszyscy sprzedają, bo to najlepszy sposób, aby stracić duże pieniądze. Nikt oczywiście nie ma recepty, aby zawsze zarabiać (ci, którzy tak twierdzą lub obiecują zyski, są najczęściej oszustami, albo głupcami, których zweryfikuje rynek). Prognozy analityków giełdowych o tym, co zdrożeje, a co stanieje sprawiają, że astrologia zaczyna przypominać poważną naukę. – Wall Street to jedyne miejsce na świecie, do którego ludzie przyjeżdżają rolls royce’ami, aby zasięgać porad u tych, którzy do pracy podróżują metrem – kpi od lat Warren Buffett. Dlaczego zatem on zawsze zarabia i jako jedyny człowiek ma lepsze wyniki, niż uzyskują indeksy giełdowe? Po prostu analizuje, jak zachowywał się rynek, jakie są podstawy paniki i stara się wyciągać wnioski. A także rozkładać logicznie wyniki.

Kryzys, którego się nie pamięta
W latach 2008–2009 r. światową gospodarkę dopadł kryzys. Wszędzie indeksy giełdowe traciły. Niektórzy analitycy przepowiadali nawet, że nadszedł koniec ekonomii, jaką znamy. Ponieważ ówczesny kryzys spowodowany został w dużej części przez największych graczy, którzy niemalże tarzając się w pieniądzach zaczęli udzielać kredytów tym, którzy nigdy nie powinni ich dostać (pod zastaw nieruchomości, na które nie było ich stać), to domagano się ściślejszego nadzoru nad bankami i funduszami inwestycyjnymi. Nic z tych pomysłów nie zostało wdrożone, ale ludzie szybko zapomnieli o panice z lat 2008– 2009. Wszystko dlatego, że indeksy szybko zaczęły się piąć w górę. Amerykański indeks S&P500, na którym notowanych jest 500 największych firm, od dołka w 2009 r. pozwoliło zarobić inwestorom… 306,58 proc. Węgierski indeks giełdowy BUX wzrósł w tym czasie o 227,81 proc. Niemiecki DAX „zaledwie” o 137 proc., wreszcie chiński SHC 51,25 proc. Odpowiedzialny inwestor wybiera rynki najbardziej perspektywiczne i dzieli pieniądze pomiędzy różne indeksy. Nie wpłaca również jednego dnia całej kwoty, ale decydując się na inwestycje rozkłada ją w czasie, aby uniknąć losowych dużych spadków. Inwestowanie na giełdach nie polega bowiem na spekulowaniu, ale na wierze w to, że ludzie będą pracować, bogacić się i będzie coraz lepiej. Dlatego najlepiej jest inwestować w indeksy największych firm (lub branż), jeżeli bowiem rynek pójdzie do góry, to indeksy także.


Przeczytaj też:

Zaraźliwe spadki

Śmierć polskiej giełdy

Rynek kapitałowy


Psychologia rynku
W marcu indeks nowojorskiej giełdy pobił rekord spadku z 1987 r., który przeszedł do historii jako „czarny poniedziałek”. Oprócz efektu strachu przed koronawirusem mamy obecnie jeszcze cyniczną grę dużych graczy. Liczą oni, że mniejszym inwestorom zabraknie pieniędzy i będą musieli uciec z rynku. Wówczas duzi za bezcen będą mogli skupować notowane na giełdzie aktywa. Takie spekulacyjne wahania będą towarzyszyć pandemii koronawirusa, dopóki ludzie się do niej nie przyzwyczają. Gdy 13 marca amerykański prezydent Donald Trump ogłosił stan nadzwyczajny, co otwiera automatycznie strumień funduszy federalnych na walkę z epidemią i jej skutkami (według Trumpa wyniesie ona ok. 50 mld dolarów), to indeksy natychmiast poszybowały w górę: Dow Jones o 9,4 proc., a indeks S&P500 o 8,2 proc. Oczywiście nie uspokoiło to rynku i później przyszły straty. W październiku 1987 r. wiele się w gospodarce złego nie działo. A jednak rynek na całym świecie dokonał zadziwiająco zgodnego zmniejszenia indeksów giełdowych od 20 proc. do 50 proc. Była to „zwykła” korekta przewartościowanych spółek. Ponieważ jednak fundamenty gospodarki były dobre, to o „czarnym poniedziałku” szybko zapomniano (z wyjątkiem tych, którzy stracili dorobki życia). Giełda nowojorska zaczęła odrabiać straty już dzień po (prawie 6 proc.). A najważniejsze giełdy światowe, tak jak i nowojorska, zakończyły rok 1987 r. na plusie.

Uwaga na bańki spekulacyjne
Jeszcze inną formą załamań giełdowych są tak zwane „bańki spekulacyjne”. Z grubsza chodzi o to, że ludzie tracą niemal zbiorowo rozum i zaczynają kupować aktywa, nie patrząc na ich realną wartość. Najstarszym znanym przykładem jest tutaj „gorączka tulipanowa” w Holandii, której krach nastąpił w 1637 r. Wcześniej przez kilkadziesiąt lat ludzie kupowali i sprzedawali cebulki tulipanów (kwiaty te przywieziono do Holandii z Imperium Osmańskiego w połowie XVI w.), a ceny ich ciągle rosły. Na początku lat 20. XVII w., gdy roczny dochód zamożnej osoby wynosił ok. 150 guldenów, cebulki niektórych odmian kosztowały ok. 1 tys. guldenów. Najdroższa cebulka została sprzedana wówczas za 6 tys. guldenów. I pewnego dnia się to skończyło, bo ktoś zrozumiał, że popyt na cebulki jest tak naprawdę sztuczny, a ceny kosmiczne. Bańka pękła. Współczesnym odpowiednikiem „gorączki tulipanowej” była bańka internetowa. W latach 1995–2000 rynek tak oszalał na punkcie firm, które w nazwie miały coś wspólnego z Internetem, że czasem tylko nazwa decydowała o popycie na ich akcje. Korekta była bolesna. Niektóre akcje straciły na wartości kilkadziesiąt razy. Było to łatwe do przewidzenia zjawisko. Wystarczyło tylko nie być chciwym i wyjść z rynku, kiedy bańka pęknie.

Czekając na spokój
Próbując odgadnąć, kiedy należy wrócić na rynek inwestycji, trzeba pamiętać, że społeczne oddziaływanie koronawirusa na rynki finansowe potrwa jeszcze parę miesięcy. Na razie państwa europejskie i USA w większości zamykają granice, a panika być może nie jest jeszcze nawet w zenicie. Dodatkowym czynnikiem, który trzeba wziąć pod uwagę, jest fakt, iż obecna pandemia może być tylko pierwszą falą. Kolejna może nastąpić jesienią. Kiedy jednak rynki przyzwyczają się do koronawirusa, zaczną go po prostu ignorować. Na razie działa on bowiem bardziej jako straszak. Wiadomo, że uderzy w międzynarodowy handel, wiadomo też, iż wcześniej czy później wszystko powróci do normy. Dziś w Chinach, 5 miesięcy po wybuchu epidemii, 95 proc. zakładów normalnie pracuje. Państwo Środka zajmuje się zaś udzielaniem pomocy w wiedzy, sprzęcie i ludziach krajom europejskim. Za 2–3 miesiące Europa i USA zaczną traktować koronawirusa podobnie jak dziś Chińczycy. Wówczas inwestowanie znów znacznie przyciągać ludzi. Koronawirus jako taki nie stanowi zagrożenia dla fundamentów europejskiej i amerykańskiej gospodarki, tylko ludzka panika, a ta w końcu zawsze mija.

Autor

Poprzedni artykułPodatki w czasch zarazy
Następny artykułWolność Tindera

Najnowsze