19.4 C
Warszawa
niedziela, 26 czerwca 2022

Nowe standardy biznesu

Koniecznie przeczytaj

Historycy w przyszłości prawdziwy początek XXI w. sytuować będą od wybuchu pandemii koronawirusa.

Epidemia koronawirusa oznacza przyśpieszenie wielkich zmian w światowej gospodarce. Ekonomiści i socjologowie od lat pisali o nadchodzącej rewolucji. O nowym sposobie pracy. Chociaż minęły już prawie dwie dekady XXI w., to formalnie wciąż jeszcze się on nie zaczął. Dziś badacze dziejów przyjmują, że wiek XX w historii zaczął się od 1914 r. i wybuchu I wojny światowej. Historycy w przyszłości tak samo prawdziwy początek XXI w. sytuować będą właśnie od wybuchu pandemii koronawirusa. Zmiany, szczególnie rewolucyjne, wymagają impulsu. Chociaż od wielu lat zdalna praca była ekonomicznie opłacalna i korzystna, to wciąż w większości miejsc funkcjonował tradycyjny model przychodzenia pracownika do pracy.

Wielka rewolucja cyfrowa
Rządzące elity nie lubią zmian. Niezależnie, czy chodzi o demokracje, czy dyktatury lub autorytarne systemy rządów. Dlatego regulacje i socjalizm wspierane są w państwach przez tych, którzy już mają pieniądze. Są oni zainteresowani bowiem, aby konkurencja nie mogła łatwo powstać i zagrozić ich pozycji. Duże, bogate firmy lub zamożni oligarchowie radzą sobie z biurokracjami i regulacjami bez większych problemów. Brak takich regulacji nie jest też korzystny dla rzesz prawników żyjących nieźle z załatwiania biurokratycznych procedur. Koronawirus, zwany też bardziej fachowo COVID-19, okazał się być katalizatorem zmian w gospodarczym funkcjonowaniu najbogatszych państw świata.

Potęga Google’a, Facebooka, Youtube’a, Amazona była mocno krytykowana. Właśnie te giganty i ich pomniejsi kuzyni, jak serwis z filmami Netflix, to najwięksi zwycięzcy pandemii. Nie tylko nie stracili pieniędzy, ale ugruntowali swoje pozycje. Stali się de facto niezbędnym elementem ludzkiego funkcjonowania. Wszystko to zaczęło przypominać futurystyczne utopie. Takie jak hit kinowy „Player One” z 2018 r. w reżyserii samego Stevena Spielberga. Opowiada on o świecie z 2045 r., w którym większość ludzi w świecie realnym nie może prowadzić przyzwoitej i godnej egzystencji. Swoje marzenia mogą jednak realizować w wirtualnej grze – Oasis, świecie wirtualnym, gdzie graczy ogranicza tylko ich wyobraźnia. To świat wirtualny, który ma rekompensować rożne katastrofy (ekologiczne, ekonomiczne), które spotkał świat tradycyjny.

Taką właśnie wersję „Beta” (czyli próbną) cyfrowego świata zafundowała nam epidemia koronawirusa. Okazało się, że od kilku miesięcy kilka miliardów ludzi pracuje za pośrednictwem Internetu, ogląda filmy na serwisach internetowych, a imprezuje ze znajomymi za pośrednictwem cyfrowych aplikacji. Świat, który w filmie Spielberga miał być przyszłością, nagle błyskawicznie stał się częścią otaczającej nas rzeczywistości.

Strach przed postępem
Gdy przełom XVIII i XIX w. przyniósł wielką rewolucję przemysłową, ludzie panikowali. Dla prostych ludzi powstanie maszyn np. dziewiarskich oznaczało, że tracą możliwość zarobku. Dlatego na początku XIX w. w przodującej wówczas w postępie technologicznym Wielkiej Brytanii doszło do powszechnych zamieszek, których przywódcy chcieli ów postęp technologiczny zatrzymać. Grupie atakującej i niszczącej maszyny dziewiarskie przewodził niejaki Ned Ludd. Dziś współcześnie do luddystów (jak nazywano gangi niszczące maszyny) najbliżej ruchom antyglobalistycznym. Ale ten strach przed postępem dotyczy dziś nie tylko prostych pracowników sprzedających swoją pracę, ale także elit. We współczesnej gospodarce siła Google’a lub Facebooka jest znacznie większa niż słynnych brytyjskich kompanii handlowych, które faktycznie zbudowały wielkie imperium.


Przeczytaj też:

Podatkiem w reklamę

Czy Facebook i Google są za darmo?

GAFA …


Gdy w Internecie pokazywano drony, które przez okna dostarczały ludziom zakupy, był to element żartu. Dziś to poważnie rozważana alternatywa dla rozwoju biznesu. Sklepy bez obsługi, w których klienci płacą bezgotówkowo za nabywane produkty, to już testowana na całym świecie rzeczywistość, a nie futurologia.

W USA od kilku lat rozwój e-handlu doprowadza do bankructw galerie handlowe. Teraz podobny proces rozpoczął się w krajach Europy. Wiele galerii handlowych nie wróci do poprzednich modeli działalności. „Należy zadać pytanie, czy centra handlowe będą jeszcze kiedykolwiek pełnić funkcję miejsc spędzania wolnego czasu i rozrywki. Czy wynajmujący zapewnią warunki, z których byli kiedyś dumni, uznając, że jedynie one gwarantują przeżycie centrom handlowym? Galerie dzisiaj nie spełniają takiej roli” – komentował na początku maja Sławomir Łoboda, wiceprezes zarządu LPP, odzieżowego giganta z Polski. Ta firma jako pierwsza poinformowała, że odstępuje od części umów najmu punktów w galeriach handlowych. Negocjacja czynszów nie sprawi jednak, że galerie odzyskają dawny, beztroski, charakter współczesnych świątyń konsumpcji. Szczególnie, gdy z megafonów wciąż słychać ostrzeżenia o grożącym niebezpieczeństwie. Znacznie bardziej komfortowo robi się zakupy przez Internet.

Pozostaną najwięksi i najsilniejsi
Pandemia postawiła na skraju bankructw wiele drobnych biznesów. Im większy gracz, tym lepiej radził sobie z epidemią. Mógł też (i ten proces wciąż jest przed nami) wykupywać za bezcen tych słabych, którzy nie wytrzymali zamknięcia gospodarek. Można też spodziewać się zajmowania przestrzeni, w której funkcjonowały do tej pory inne firmy.

Czy dla wszystkich wystarczy pracy w nowoczesnej gospodarce? Od kilkunastu lat pojawia się wśród ekonomistów pojęcie „bezwarunkowego dochodu gwarantowanego”, czyli określonej gotówki, którą otrzymuje każdy, niezależnie, czy pracuje, czy nie. W czerwcu 2016 r. w Szwajcarii przeprowadzono referendum w tej sprawie. Wówczas 76,9 proc. Szwajcarów zagłosowało na „nie”, a 23,1 proc. za. W grę wchodziło 2500 franków szwajcarskich (CHF) miesięcznie na głowę, czyli ok. 10 tys. zł dla każdego dorosłego i 625 CHF na dziecko. Miało to „umożliwić całemu społeczeństwu godny byt i udział w życiu publicznym”. W latach 2017–2019 z dochodem gwarantowanym eksperymentowała Finlandia. Losowo wybrano tam 2 tys. bezrobotnych i sprawdzano, czy dochód gwarantowany pomagał im w znalezieniu stałego zatrudnienia. Wynik testu zakończył się negatywnie. Jest jednak tylko kwestią czasu, jak owe programy zacznie powracać. Nowoczesne gospodarki cyfrowe nie są w stanie znaleźć miejsca dla milionów osób, które stracą zatrudnienie w handlu i usługach. Śmierć zawodu sprzedawcy jest tylko kwestią lat, a rozwój transportu maszynowego towarów (przy pomocy dronów) wcześniej czy później wyeliminuje także kurierów.

Zakończył się także proces globalizacji. Okazało się, że kraje, które nie miały własnego przemysłu, bo wszystko kupowały u tanich dostawców z Azji, musiały go zacząć odbudowywać. To są jednak prace automatyczne, szczególnie w fabrykach budowanych od podstaw. Tak więc proces odbudowywania samowystarczalnych gospodarek (albo precyzyjniej, bardziej samowystarczalnych) wiele nowych miejsc pracy nie przyniesie. Cywilizacja Zachodu to wolność indywidualnego wyboru. Dziś nie wiadomo, czy to dumnie brzmiące hasło da się obronić. Chiny nie przejmują się samopoczuciem jednostek i kształcą ścisłe umysły: programistów, inżynierów, lekarzy, matematyków, fizyków, biotechnologów. Europa pełna jest zaś humanistów, z których spora część jest prawnikami zmagającymi się, w imieniu swoich klientów, z normami, które wkrótce mogą przestać mieć rację bytu. To starcie cywilizacji jest też walką modeli biznesowych. Indywidualizm i wolność jednostek, które były siłą napędową w czasach rewolucji przemysłowych, przestają mieć rację bytu w czasach rewolucji cyfrowych.

Nowe standardy biznesów przyśpieszą rewolucję cyfrową, a dokładniej wdrażanie w życie tego, co było dostępne od lat. To będzie największa rewolucja w historii ludzkości. Najbardziej dotkliwa dla ludzi Zachodu, wychowanych w duchu wolności wyboru i indywidualizmu. Może się okazać, że był to tylko ślepy zaułek ewolucji na drodze rozwoju człowieka.

Autor

Poprzedni artykułBiznes w czasach pandemii
Następny artykułZa Odrą stabilnie

Najnowsze