9.6 C
Warszawa
środa, 28 października 2020

II fala.Widmo COVID-rewolucji

Koniecznie przeczytaj

Pełzający lockdown

Nie zrobiono nic...

Górski Karabach. Nowe ludobójstwo Ormian?

Do tej wojny nigdy by nie doszło...

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Perły polskiego biznesu

25 najbardziej przedsiębiorczych kobiet

Za 6–8 tygodni świat, a już z pewnością Europa, znajdzie się w apogeum II fali pandemii koronawirusa. Niestety władze nie mają innego pomysłu niż mniej lub bardziej zawoalowany powrót do kwarantanny. Problem w tym, że większość społeczeństw nie pogodzi się z powtórnym zamrożeniem gospodarki i życia. Czy grozi nam covidowa rewolucja?

Liczba ofiar śmiertelnych epidemii przekroczyła właśnie milion. Na całym świecie koronawirusem zaraziło się ogółem 30 mln osób. Tymczasem najgorsze przed nami. Już wiosną środowisko medyczne uprzedzało, że pandemia COVID-19 będzie miała przebieg falowy. Po nieoczekiwanym ataku wiosną liczba zakażeń zmaleje. Epidemia powróci jesienią wraz ze spadkiem temperatury oraz zwyżką zachorowań na sezonową grypę.

Prognoza

Z drugiej strony, nie umniejszając niebezpieczeństwa wywołanego zmutowanym koronawirusem, obecne statystki są porównywalne do skutków jesiennych przeziębień. Zgodnie z informacjami WHO, corocznie w sezonie jesienno-zimowym na grypę umiera ok. 650 tys. osób w skali globalnej. Tyle że w tym roku musimy się liczyć ze skumulowanym szczytem zachorowań na obie epidemie. Świat medialny ukuł już nawet groźny termin tandemii. Od nieoczekiwanego ataku koronawirusa, który wiosną zaskoczył ludzkość, populację minęło jednak pół roku. Warto więc zadać pytanie, co zrobili w tym czasie rządzący, aby zapewnić bezpieczeństwo obywateli w czasie prognozowanej drugiej fali? Tym bardziej, że zwykli zjadacze chleba to przy okazji wyborcy, a przede wszystkim podatnicy. Z punktu widzenia medycznego trwa wyścig z czasem. Mamy coraz więcej instrumentów pozwalających kontrolować, a niekiedy wpływać pozytywnie na przebieg infekcji. W laboratoriach powstają preparaty łagodzące objawy, a lekarze opracowali szereg odpowiednich terapii. Nadzieję dają oczywiście wyniki prac nad szczepionką oraz farmaceutykami, które zastosowane profilaktycznie uodpornią nasze organizmy, stymulując powstanie przeciwciał.

Tyle że zarówno od strony medycznej, jak produkcyjnej, a tym bardziej logistycznej wszystko to nadal pieśń przyszłości. Preparaty zapobiegające infekcji będą bardzo drogie, nawet jeśli przemysł farmaceutyczny podejmie masową produkcję. Co do szczepionek, przeważa opinia o ich niepełnej skuteczności. Proces uodpornienia będzie więc powtarzalny jak w przypadku sezonowej grypy, nie mówiąc już o potrzebie wytworzenia miliardów doz preparatu oraz o ich dystrybucji. Logistyka budzi zresztą ogromne emocje. Mieszkańcy jakiego państwa dostaną zbawienną szczepionkę pierwsi? Może nie wszyscy zechcą poddać się szczepieniu? Taką chęć deklaruje jedynie 67 proc. dorosłej populacji Unii Europejskiej, a to stawia skuteczność akcji pod znakiem zapytania, bo szczepienia powinno przyjąć 80–90 proc. społeczeństwa. W każdym razie na odpowiednie farmaceutyki przyjdzie nam jeszcze poczekać, co stawia przed politykami zadanie utrzymania stabilności przez kolejne kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy. Chodzi zarówno o sytuację ekonomiczną, ale przede wszystkim polityczną. Wiele rządów ma problem z ochroną zdrowia i życia obywateli, dlatego nic dziwnego, że nastroje społeczne są napięte jak struny, które grożą w każdej chwili pęknięciem.

Diagnoza

Karl Lauterbach to czołowy ekspert medyczny rządu Angeli Merkel, a jak wiadomo Niemcy uchodzą za państwo, które najlepiej w Europie radzi sobie z epidemią. Zdaniem lekarza, a zarazem ekonomisty medycyny, gdy za kilka tygodni II fala ogranie nasz kontynent, jedynym wyjściem będzie powrót do „żelaznej dyscypliny”. Z medycznego punku widzenia sprawa jest prosta. Skoro nie ma leków ani szczepionki, trzeba kontynuować pozafarmaceutyczne metody kontrolowania epidemii.

–Nie powinno to wywołać specjalnych problemów – twierdzi Lauterbach w jednym z wywiadów dla mediów. Tyle że ulica myśli zupełnie inaczej, o czym uprzedzają psychologowie. Pierwsza fala COVID-19 zaatakowała znienacka, nikt więc nie wiedział, jak niebezpieczny jest wirus. Obecnie można stwierdzić, że wprawdzie jest niezwykle groźny, jednak nie ma znamion jednego z jeźdźców Apokalipsy. Przynajmniej w porównaniu ze słynną grypą hiszpanką, która 100 lat temu zabiła od 60 do nawet 90 mln osób.

Jeśli koronawirus nie stawia ludzkości na granicy egzystencjalnego przetrwania, zwykłym zjadaczom chleba trudno będzie przełknąć powtórny lockdown. Tymczasem jak na razie to jedyny pomysł elit władzy na II falę koronawirusa. Z krótkiego przeglądu telewizji CNN wynika, że rośnie grono państw zaostrzających powtórnie normy bezpieczeństwa sanitarnego. Izrael zamknął swoich obywateli na 14-dniowej kwarantannie. W jego ślady zmierzają Hiszpania, Francja i Wielka Brytania, gdzie dobowe wskaźniki nowych zakażeń sięgają kilku tysięcy nowych przypadków. W mniejszym lub większym stopniu ograniczenia wprowadza reszta państw Unii i całej Europy. Tyle że zdaniem „The Economist” (choć nie tylko) reakcja społeczna może być nieprzewidywalna. „Grozi nam niestabilność, protesty, bunt i niekontrolowana agresja”, diagnozują brytyjscy eksperci. Faktycznie miliony Europejczyków, a szerzej ludzi na całym świecie rozdrażnia brak przysłowiowego światełka w tunelu. Końca epidemii nie widać, skutecznego leku jak nie było, tak nie ma, no chyba, że chodzi o rosyjski „Sputnik V”, od którego zawczasu odżegnuje się cała Europa. Mimo miliardów euro i dolarów przeznaczonych na zniwelowanie ekonomicznych i społecznych skutków wiosennego lockdownu sytuacja gospodarcza wcale się nie poprawia.

Najlepszym przykładem są Niemcy. Eksportowy profil stanowiący podstawę dobrobytu w warunkach epidemicznego zerwania łańcuchów handlowej kooperacji stał się największą słabością naszych zachodnich sąsiadów. Generalnie chodzi jednak o kryzys zaufania, który wynika z braku jasnej oferty, czyli planu skutecznej walki z epidemią. Społeczeństwa tracą wiarę w rządzących, których same wybrały. Wyznacznik nie jest skomplikowany. To nie tylko liczby zakażonych i śmiertelnych ofiar koronawirusa. Przede wszystkim chodzi o wskaźniki bezrobocia, bankructw firm, o wydolności systemów ochrony zdrowia i pomocy społecznej nie wspominając.

Jak Europa długa i szeroka, obywatele różnych państw, nie zważając na epidemiczne zarządzenia, coraz częściej wychodzą na ulice. Co ciekawe, protestują przeciwko koronawirusowej bezsilności władz, ograniczonej do zakazów i nakazów. Jednak zdaniem ekonomistów i socjologów w rzeczywistości demonstrują sprzeciw wobec zjawisk, które epidemia tylko ujawniła, najczęściej przyspieszając i kumulując. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że wiosenna fala koronawirusa obnażyła generalny problem. Liberalny kapitalizm nie jest w stanie sprostać ani wyzwaniu epidemii, ani głębszym zagrożeniom stabilności, bowiem sam je wygenerował.

Objawy

Złożoność sytuacji najlepiej wyjaśnić na przykładzie Unii Europejskiej. To nie Stany Zjednoczone Ameryki, tylko Zjednoczona Europa jest najbardziej krytykowana przez obywateli za bezradność wobec epidemii. Sednem zarzutów jest odejście od zasad i wartości, na fundamencie których powstała Unia Europejska. Mowa o wspólnocie interesów i chrześcijańskiej moralności, z których wynika solidarność, a więc odpowiedzialność za dobro wspólne. Osią obecnych podziałów nie jest więc kwestia uzależnienia podziału unijnych środków w zależności od przestrzegania zasad praworządności. Ten problem wydaje się być wprowadzony celowo jako zastępczy. Ma przykryć głębszy konflikt wywołany przez Francję i Niemcy. Był nim zakaz eksportu środków medycznych i leków wprowadzony na początku epidemii. Były przewodniczący Komisji Europejskiej Jacques Delors ocenił skandal krótko: „Brak solidarności pomiędzy państwami członkowskimi będzie miał dla Unii fatalne następstwa”.

Rzeczywiście Włosi i Hiszpanie ściągali z ulicznych masztów flagi UE, wieszając w ich miejsce chińskie. Dawali w ten sposób upust rozczarowaniu z bycia obywatelami Zjednoczonej Europy. Zresztą włoski premier Giuseppe Conte proroczo uprzedzał o krachu UE jako projektu politycznego.
–Jeśli Unia nie udowodni, że jest w stanie poradzić sobie z bezprecedensowym wyzwaniem epidemii, europejskie społeczeństwa przestaną w niej widzieć sens i pożytek. Jeszcze ostrzej postawił sprawę solidarności Aleksandar Vučić, dając wyraz rozczarowaniu Serbów aspirujących do wspólnoty europejskiej.
– Unijne wartości to bajki – powiedział serbski prezydent, gdy spotkał się z odmową pomocy w walce z koronawirusem. Sam Emmanuel Macron zabił na alarm choć z innego powodu.
– Trwanie europejskiego projektu stanęło w obliczu klęski – powiedział francuski prezydent, gdy państwa północnej Europy zaprotestowały przeciwko francusko-niemieckiemu planowi restartu unijnej gospodarki. W tym miejscu docieramy do sedna problemu. Miliardy wpompowane w gospodarki UE to jedynie środki zapobiegające kryzysowi, który rozpoczął się dużo wcześniej.

Dziś skutki widać w strukturze środków pomocowych. „Rada Europejska jeszcze wiosną zatwierdziła ogromny pakiet pomocowy, problem w tym, komu dostaną się miliardy euro”, retorycznie pyta chorwacki portal Advance. Odpowiada: „To jasne, że głównymi beneficjentami zostały wielkie koncerny. Fundusz nie dotrze do zwykłych ludzi i małego biznesu” i jak diagnozuje: „Epidemiczną katastrofę przeżyją tylko korporacje, bo małe i średnie firmy żyjące z dnia na dzień takiej szansy nie dostaną”. Nic dziwnego, bo według analizy Banku Anglii: „epidemiczny lockdown wywołał na świecie najsilniejszy wstrząs od zakończenia drugiej wojny światowej”. Paradoksalnie za taki stan rzeczy odpowiadają unijne elity władzy.

Duński „Weekendavisen” w analizie „Zamrożenie nie było superbronią przeciwko pandemii”, wskazuje na nieadekwatność lockdownu do skali zagrożenia. Na podstawie wyników badań szeregu renomowanych ośrodków akademickich dowodzi, że wiosenna kwarantanna miała sens dokładnie przez cztery tygodnie. Tyle bowiem potrzeba było na opóźnienie zakażeń do czasu wypracowania skutecznych metod zapobiegania rozprzestrzenianiu koronawirusa. Czas, o który przedłużono unijną kwarantannę, był nie tylko zmarnowany, ale zadecydował o fatalnych skutkach w postaci europejskiego kryzysu ekonomicznego. Tego samego zadania wydaje się być komentator „Financial Times”.

Martin Wolf zadaje dziś pytanie, kto zapłaci za wiosenną niekonsekwencję europejskich elit, powodowaną politycznym oportunizmem? Ekonomista odpowiada: „Jak zwykle ofiarami politycznych błędów będą najsłabiej sytuowani. Ktoś musi spłacić zadłużenie, w które wpadły budżety wielu państw”. Jak dodaje, „sytuację może poprawić jedynie poważna korekta systemowa, która wniesie w umowę społeczną większy nacisk na dobrobyt ogółu kosztem uprzywilejowanej mniejszości”. Z drugiej strony Wolf ocenia, że górę biorą zwolennicy ratowania liberalnej gospodarki, a to oznacza ryzyko „masowych niepokojów społecznych, jeśli nie rewolucji”.

Nie ma planu „B”

Krótki przegląd europejskich mediów ujawnia straszną prawdę. Unijne elity władzy nie mają żadnego planu „B”. Trwa chaotyczna przepychanka pomiędzy zwolennikami przywrócenia kwarantanny. Jeszcze więcej wysiłków poświęcają jej zamaskowaniu w formie lokalnych ograniczeń, niosących jednak efekt ponownego zamrożenia całych państw. Pretekstem jest ochrona ludzkiego życia. Na przeciwnym biegunie stoją zwolennicy puszczenia epidemii samopas, propagujący tzw. szwedzki model zbiorowej odporności. Szermują skróceniem czasu epidemii i chęcią ratowania gospodarki. Sam spór udowadnia nie tylko intelektualną miałkość unijnej klasy rządzącej. Wpisuje się w impotencję liberalnego porządku, który ze względów ideologicznych uniemożliwia podjęcie racjonalnych kroków. Mowa o działaniach, w których główną rolę odegra interwencja państwa zmierzająca do wyrównania różnic społecznych. Jest to socjalny klucz w walce z COVID19. To owa korekta systemowa, o jakiej mówi komentator „Financial Times”. Tymczasem aby jej uniknąć, bo wstrząsnęłaby władzą miliarderów, liberalne rządy od lat pozorują jedynie rozwiązywanie problemów społecznych. Ideologia gender, wyrównywanie różnic mniejszości seksualnych, walka z rasizmem, imigracyjne otwarcie granic. Narzucanie poprawności politycznej zastąpiło realną politykę społeczną.

Skutki ujawniają się podczas epidemii. Amerykański magazyn „The Atlantic” kwituje je krótko: „Złota epoka, której nie było”, dodając: „Liberalny porządek runął. Pandemia tylko zademonstrowała potrzebę pozostawienia tej epoki za sobą. Bez prób jej reaktywacji”. Natomiast zdaniem „Forbesa” zło już się dokonało. Analiza niemieckich ekonomistów nie pozostawia złudzeń co do skutków zaniechań liberałów. „Świat znalazł się na progu nowego cyklu. Epoki chaosu i bezprawia”. Otóż czas triumfu globalizacji mija bezpowrotnie. Udowodniła, że jako cywilizacyjna propozycja nie jest stanie rozwiązać egzystencjalnych problemów ludzkości. Dlatego odejdzie w niebyt. Zastąpi ją nowy supercykl strukturalny, który na nowo zakreśli ramy wszystkich dziedzin życia. Przewartościuje gospodarkę, rynki finansowe, a przede wszystkim politykę i funkcjonowanie społeczeństw. „Koronawirus przyspieszył jedynie nadejście epoki, ale to nie epidemia jest przyczyną globalnych przeobrażeń”, twierdzi „Forbes”. Od dziesięcioleci zwolennicy globalizacji rujnowali demokrację, doprowadzając do upadku jej instytucje, a więc porządek społeczny.

Przyszłość po epidemii będzie się więc charakteryzowała chaosem, który zrujnuje dokonania ostatniego czterdziestolecia. Jeśli chodzi o geopolitykę, czynnikiem, który zdominuje nową epokę, będzie narastający konflikt amerykańsko-chiński. W sensie społecznym, przyczyną chaosu stanie się wzrost nastrojów protestacyjnych. Mówiąc wprost, zagrożeniem nie jest prawicowy radykalizm, którym liberalne elity straszą mieszkańców Unii. Wprost przeciwnie. Liberalny porządek wyhodował lewacką hydrę, która obecnie zagraża swoim twórcom. Nadchodzi fala lewicowego populizmu, ulicznych protestów ludzkich mas zdesperowanych nierównościami ekonomicznymi globalizacji. Ekonomiści cytowani przez „Forbesa” obawiają się wyłącznie o wartość aktywów giełdowych i instrumentów finansowych. Wskazując jednak na koszty, prognozują dramatyczne powiększenie nierówności ekonomicznych. Nadal brak pomysłów poprawy sytuacji zwykłych zjadaczy chleba, głównych ofiar liberalnego systemu gospodarczego, a więc także pandemii koronawirusa. To prawda, że kolejne dziesięciolecie będzie decydujące dla Europy, a więc i Polski. Liberalne elity postawiły pod znakiem zapytania dalsze istnienie Unii Europejskiej.

„Globalna i europejska gospodarka znalazły się na rozdrożu”, ocenia portal Project Syndicate. Dlatego najważniejszym zadaniem władz musi być zwiększenie pewności obywateli co do ich przyszłości. „Rządzący muszą zmniejszyć kolosalną niepewność jutra, a jednocześnie przedstawić plan kompleksowej pomocy najbardziej poszkodowanym w trakcie epidemii”. Jednak nawet po zakończeniu zarazy brak zaufania do elit oraz zbiorowy brak wiary w przyszłość będą się utrzymywały bardzo długo. Można powiedzieć, że do czasu, gdy unijne elity przestaną zajmować się sobą, a zajmą społeczeństwami poszkodowanymi przez globalizację. Naprawę trzeba zacząć już dziś od przedstawienia sensownego projektu walki z epidemią, który nie przerzuci jej kosztów na zwykłych zjadaczy chleba.

Poprzedni artykułHiszpania na łopatkach
Następny artykułCenzura z YouTube

Najnowsze

Górski Karabach. Nowe ludobójstwo Ormian?

Do tej wojny nigdy by nie doszło...

Ruletka z Rosjanami

Rekordowa kara UOKiK

Zamach stanu Hillary Clinton

Russiagate

Boom na crowdfunding

Wydawałoby się, że zbiorki w czasach kryzysu i pandemii COVID-19 bardzo mocno ucierpią. Zamiast tego biją kolejne rekordy.