0.1 C
Warszawa
wtorek, 26 stycznia 2021

Polexit nie taki straszny

Koniecznie przeczytaj

Ewentualne wyjście Polski z Unii Europejskiej nie byłoby ucieczką z gospodarczego raju, lecz z okrętu, który wyraźnie zboczył z pierwotnie obranego kursu.

Gdy Polska wstępowała do struktur Wspólnoty Europejskiej 1 maja 2004 r., miała status gospodarczego parweniusza. Średni produkt krajowy brutto przypadający na jednego mieszkańca wynosił wtedy zaledwie ok. 7,2 tys. euro, co stanowiło zaledwie 25 proc. wartości tego samego wskaźnika dla Włoch. W porównaniu do kilku innych krajów europejskich, takich jak Niemcy, Holandia czy Szwecja, nasz kraj był jeszcze biedniejszy. Wiele z tych dysproporcji zachowało się do dziś. Początkowo euroentuzjaści przekonywali, że po akcesji bardzo szybko dogonimy zachodnią Europę pod względem wysokości płac, lecz jak do tej pory dogoniliśmy co najwyżej państwa z chronicznie chorymi finansami publicznymi, takie jak Grecja, Portugalia czy też Włochy. W przypadku Niemiec nawet po upływie pół wieku nie mielibyśmy gwarancji, że zdołalibyśmy zbliżyć się do ich poziomu wynagradzania pracowników. Co prawda prognozuje się, że może to nastąpić już w 2057 r., lecz wcześniejsze przewidywania w tym zakresie okazały się
mocno zawodne.

Blaski i liczne cienie
Po 16 latach obecności w strukturach europejskich przestaliśmy już być parweniuszem, ale wciąż daleko nam do elity. Fakt ten powinien dać nam wiele do myślenia, gdyż wbrew nachalnej propagandzie o wyrównywaniu szans, polityce spójności i mitologii związanej z funduszami unijnymi polska obecność w Unii Europejskiej, oprócz blasków, miała też liczne cienie. Skoro zmienił się nasz status i pozycja w samej wspólnocie, to logiczną konsekwencją takiego stanu rzeczy powinno być poddanie uważnemu namysłowi tego, co obiecujemy sobie po obecności w Unii.
Przystąpienie do UE miało przede wszystkim za zadanie wyciągnąć Polskę ze strefy gospodarczych wpływów Rosji i powiązać silnie z krajami zachodnimi. To udało się niemal w 100 proc., gdyż najważniejszymi partnerami Polski Anno Domini 2020 są Niemcy, Wielka Brytania, Chiny, Francja czy Włochy. W ciągu ostatniej dekady udało się także mocno uniezależnić od dostaw rosyjskiego gazu. Choć obrót handlowy z Rosją pozostaje wciąż znaczny, wymiana towarowa Polski jest dziś na tyle zdywersyfikowana, że zapewnia spory zakres bezpieczeństwa. Należy sobie powiedzieć wprost, że tym samym najważniejszy cel polskiej akcesji do Unii Europejskie został już osiągnięty: Polska już dziś bywa zaliczana do grona państw rozwiniętych, a nie rozwijających się, a okresowo zalicza się ją nawet do grupy państw G20. Wyrwaliśmy się z objęć rosyjskiego imperium, a płace nie są już na poziomie bułgarskim, dlatego warto sobie zadać podstawowe pytanie: co jako kraj chcemy osiągnąć dalej?
Jeżeli tym celem miałoby być nadrabianie gospodarczych zaległości względem Pierwszego Świata, to trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że Unia zapewnia bardzo przeciętne perspektywy. Tocząca się w Polsce gorąca debata na temat unijnego budżetu nieco przysłoniła wszystkim fakt, że kryzys wywołany przez koronawirusa wpędził gospodarkę europejską w naprawdę spore kłopoty. Podczas gdy Chiny czy Stany Zjednoczone względnie dynamicznie odrabiają poniesione straty, gospodarka państw Unii Europejskiej popadła w marazm. Według ostatnich szacunków cała gospodarka Unii Europejskiej skurczy się w 2020 r. aż o 7,4 proc., a kilka krajów, w szczególności Hiszpania czy Włochy, będzie się musiało zmierzyć z ogromnie trudnym zadaniem w postaci zbilansowania i tak już niezwykle nadwerężonych finansów publicznych.

Kontynent na uboczu
Najlepszym podsumowaniem stanu, w jakim znalazła się ostatnio Unia Europejska, jest podpisana pod dyktando Chin umowa handlowa RCEP. Jej zawarcie, oprócz zamanifestowania handlowej potęgi Państwa Środka, w kontekście rywalizacji z USA pokazało jednocześnie faktyczne miejsce zajmowane przez Unię Europejską. Co najmniej od czasów wielkich od-kryć geograficznych najważniejsze wydarzenia w zakresie gospodarki światowej dotyczyły zawsze Starego Kontynentu. Nawet zimnowojenna konfrontacja Stanów Zjednoczonych ze Związkiem Radzieckim ogniskowała się ostatecznie wokół rywalizacji na arenie europejskiej. W ostatnim czasie starzejąca się, pozostająca od wielu lat w stagnacji i niepotrafiąca dogonić konkurencji w zakresie najnowocześniejszych technologii Europa zostaje coraz bardziej z tyłu. Sam fakt, że największa w historii umowa handlowa dokonała się bez udziału Europy czy też Stanów Zjednoczonych pokazuje, że Unia Europejska wyraźnie nie spełnia swojej podstawowej funkcji jako wehikułu dla wzrostu.
Obecność Polski w tracącej coraz szybciej silną pozycję na arenie międzynarodowej wspólnocie powinna być przemyślana powtórnie, ponieważ coraz silniejsze piętno na jej kształcie zaczynają odgrywać zarówno partykularne interesy najsilniejszych państw (głównie Francji i Niemiec), jak i typowo ideologiczne przedsięwzięcia. Zamiast skupić się na zwiększeniu innowacyjności i konkurencyjności gospodarki czy też zaradzeniu problemowi niskiej dzietności, eurokraci pogrążeni są w ekologistycznej utopii, biurokratycznym amoku i skupiają się na tym, jak narzucić całemu kontynentowi swój liberalno-lewicowy światopogląd. Znamienne w umowie RCEP było właśnie to, że dotyczyła tylko i wyłącznie kwestii handlowych: Chiny nie zastrzegły sobie, że będą współpracować z innymi państwami tylko i wyłącznie wtedy, gdy te będą realizowały ich pomysł na urządzenie społeczeństwa.
Unia Europejska zwyczajnie przestała być perspektywiczna, a najszybciej zrozumiała to Wielka Brytania. Wielkim błędem w myśleniu Polaków od samego początku rozmów akcesyjnych było to, że nie docenili faktu, iż kraje Unii potrzebują dostępu do polskiego rynku co najmniej tak samo, jak Polska dostępu do wspólnego rynku europejskiego. Opuszczenie wspólnoty nie wiązałoby się wszak z zupełnym zamknięciem granic, lecz co najwyżej z koniecznością podpisania nowej umowy regulującej przepływ osób, towarów i usług.

Solidarność czysto teoretyczna
Choć pierwsze lata po akcesji przebiegały jeszcze bardzo przyjaźnie, w ostatnich latach Polska stała się przedmiotem w rozgrywce handlowej Niemiec i Francji. Pokazała to choćby przygotowywana wciąż umowa Unii z krajami Mercosur, która poświęciła polskie rolnictwo m.in. na rzecz niemieckiego przemysłu samochodowego. Równie niekorzystne dla Polski było niedawne wprowadzenie wspólnego europejskiego długu, który w praktyce ratowałby żyjące ponad stan kraje południowoeuropejskie i całą strefę euro, do której Polska nie zamierza na razie przystępować.
Gdyby Polska występowała jako osobny podmiot, a nie jeden z 28 sygnatariuszy umów handlowych, które kształtują współczesną gospodarkę światową, mogłaby podejmować bardziej niezależne działania na rzecz znalezienia nowych rynków zbytu i współpracy gospodarczej. Opuszczenie Unii nie oznacza przecież wyjścia z NATO, a to właśnie sojusz północnoatlantycki odpowiada za zapewnianie Polsce bezpieczeństwa. Polexit nie stanowiłby więc totalnego rozwodu z krajami zachodniej Europy, lecz podjęcie współpracy na nieco innych warunkach.
We współczesnej debacie na temat obecności Polski w UE najbardziej brakuje zastanowienia się nad tym, czego od niej oczekujemy. Wielu prominentnych polityków unijnych już od lat nie kryje się z tym, że interesuje ich przede wszystkim budowa silnego, scentralizowanego państwa ze wspólną walutą, długiem, a nawet siłami zbrojnymi i rządem. Polska opowiadała się od początku za koncepcją Europy Ojczyzn, ale z roku na rok traci ona zwolenników. Powiedzenie „stop” byłoby zapewne dla Polski wymagające, lecz z pewnością nie przyczyniło-by się do wielkiej katastrofy. Jako Polakom utrwaliła się nam wizja nas samych jako przedstawicieli biednego, postkomunistycznego kraju na dorobku, który musi cierpliwie słuchać innych i chodzić na nieustanne kompromisy. Takim krajem już nie jesteśmy, tak samo jak Unia nie jest już gospodarczą ziemią obiecaną. Warto postawić sobie pewne pytania zupełnie na nowo.

Najnowsze