0.1 C
Warszawa
wtorek, 26 stycznia 2021

Joebama w Białym Domu

Koniecznie przeczytaj

Kadrowe nominacje nowej administracji potwierdzają tajemnicę poliszynela. Joe Biden to tylko figurant. Przez kolejne cztery lata w imieniu arystokracji pieniądza USA będzie rządził Barack Obama. Dokąd zaprowadzi świat prezydent Joebama, jak media nazywają nowy-stary układ trzymający władzę?

„Powitajcie prezydenta Joebamę” – pod takim tytułem brytyjski „The Spectator” ujawnia główną intrygę tegorocznych wyborów prezydenckich w USA. Przekaz jest tak klarowny, jak nieskomplikowany okazuje się największy sekret partii demokratycznej. Sekret, który zresztą od pewnego czasu stanowi tajemnicę poliszynela.

Powrót błotka
Prawda jest taka, że Joe Biden to tylko figurant. Za jego plecami sznurki amerykańskiej władzy będzie pociągał liberalny establishment. Ten sam, który cztery lata temu poniósł klęskę w starciu z Ameryką Donalda Trumpa. Rzecz jasna miliarderzy, lobbyści globalizacji i wpływowi eksurzędnicy nie pomieszczą się w Białym Domu. Zatem kto personalnie będzie rządził supermocarstwem w cieniu formalnej prezydentury 78-latka?
Na początek zagadka: kto jest autorem bon motu, który wypowiedziano podczas prezentacji kandydatów na najwyższe stanowiska w nowej administracji? „I tak, widzimy drużynę, do której odnoszę się z największym zaufaniem”. Przyszły prezydent-elekt? Nie, to Barack Obama, który zasiadał w Gabinecie Owalnym do 2016 r. Parafrazując Johna Ronalda Tolkiena, to on może się czuć jak „władca świata”. Hipotezę potwierdza wspaniały nastrój eksprezydenta w ostatnich dniach. Po pierwsze, ukazuje się trzeci tom jego wspomnień i domowy budżet tuż przed świętami wzbogaci się o miliony dolarów. Po drugie, znienawidzony Donald Trump w końcu przegrał. Po trzecie i najważniejsze, kluczowe stanowiska w gabinecie Joego Bidena zajmą ludzie Obamy. Antony Blinken, który zajmie fotel sekretarza stanu, cztery lata wcześniej opuszczał Biały Dom, jako zastępca Johna Kerry’ego pełniącego obowiązki szefa dyplomacji u Obamy. Z kolei John Kerry będzie specjalnym przedstawicielem Joego Bidena do spraw polityki kli-matycznej. Obamowska prezes Rezerwy Federalnej (banku centralnego USA) Janet L. Yellen obejmie tekę sekretarz skarbu. Natomiast były zastępca sekretarza bezpieczeństwa wewnętrznego Alejandro Mayorkas zostanie szefem tego resortu. Ponadto dawna wicedyrektor CIA Avril Haines przejdzie na stanowisko szefowej Narodowego Wywiadu, czyli instytucji nadzorującej pracę wspólnoty amerykańskich służb specjalnych. Stosunkowo nowym urzędnikiem będzie Jake Sullivan nominowany na jedno z najważniejszych stanowisk w każdej administracji. Zostanie doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego. Sullivan kierował już planowaniem w zespole ówczesnego wiceprezydenta Joego Bidena. A więc wreszcie zaufany człowiek? Nic z tego, zdaniem dobrze poinformowanego portalu Politico urzędnik był i jest silnie związany z Hillary Clinton.

Dlatego według większości komentatorów Joe Biden nie zrobi żadnego kroku ani nie podejmie decyzji bez wcześniejszej konsultacji, a najpewniej akceptacji Baracka Obamy. Sytuacja jeśli nie jest otwarcie żenująca, to z pewnością zastanawiająca. „Żaden z bliskich współpracowników Bidena, którzy tworząc jego sztab wyborczy doprowadzili do wygranej, nie znajdzie posady w Białym Domu” – brzmi komentarz „The Guardian. To wyraźna analogia do sytuacji samego Obamy w 2008 r. Nowicjusz wśród waszyngtońskich elit mógł tylko bezsilnie podpisywać nominacje ludzi wskazanych przez ówczesnych rozgrywających wśród demokratów. Chodzi oczywiście o Billa i Hillary Clinton. „Tym razem to ludzie Bidena, powarkując, mogą się obejść smakiem” – kpi brytyjski dziennik. Lub jak w wywiadzie dla Politico mówi anonimowe źródło z najbliższego otoczenia nowego prezydenta: „Zespół Obamy kompletnie wyeliminował osoby pracujące na niego przez całą kampanię”.


Tym razem jednak skala kadrowych „wrzutek” jest na tyle duża, że zakrawa na zamach stanu w łonie samej partii demokratycznej. Zresztą media już nazwały proces formowania nowej administracji „przewrotem centrystów”. Nie dość, że Biden jest kukiełką, to o prawo pociągania za polityczne sznurki rywalizują dwie frakcje niedawnej opozycji, a dziś obozu władzy. Młode wilki z lewicowego skrzydła dały się ograć. Zostały najpierw wykorzystane, a następnie odsunięte od zdobyczy. Głosy na Bidena oddali bowiem mieszkańcy kosmopolitycznych metropolii. Zradykalizowani socjalistycznymi hasłami płynącymi z sieciowych platform komunikacyjnych i mediów na czele z „The New York Timesem” uwierzyli demokratom. Miliony mieszkańców ubogich dzielnic zapatrzyły się w inspirowany odgórnie ruch BLM. Podobnie jak imigranci, głównie z Ameryki Południowej. Sztab wyborczy Bidena obiecał ułatwienia w ściągnięciu ich krewnych w ramach ścieżki łączenia rodzin. Co więcej, na demokratę postawili zwolennicy imigracyjnej abolicji, opowiadający się za legalizacją pobytu 11 mln osób przebywających w USA niezgodnie z prawem.


To nie przypadek, tylko strategia obliczona na poparcie kolorowej ludności spolaryzowanej Ameryki. Populacji dostrzegającej w hasłach demokratów emancypacyjnej szansy. Według Politico to także fragment umowy Bidena z przywódcą partyjnych socjalistów Berniem Sanderse. Tyle że frakcja lewicowa chciała realizować program wewnętrznych reform społecznych o równościowym charakterze. Pod takimi sztandarami została zorganizowana cała kampania Bidena. Tylko taki program okazał się konkurencyjny dla projektu Trumpa „Ameryka przede wszystkim”. Z tego powodu na sztab wyborczy demokratycznego kandydata pracowali ludzie przekonani, że wkroczą do Białego Domu. Tymczasem zamachu stanu dokonała waszyngtońska arystokracja. To „błękitna” (od barw partii demokratycznej) elita, która utraciła wpływ na politykę po zwycięstwie Trumpa w 2016 r.

Jednak coraz trudniej ukryć konflikt rozdzierający zwycięską partię. W strukturach terenowych, czyli wśród ogromnej większości aktywistów, popularność zdobywa lewicowe skrzydło. Ponieważ Amerykanie mają alergię na słowo „socjalizm”, oni sami nazywają się progresistami, czyli postępowcami. Ich radykalizm grozi jednak rozłamem z frakcją umiarkowaną. Konieczność pokonania Trumpa wygładziła różnice i zjednoczyła oba nurty, ale tylko na czas wyborów. „Konstrukcja fastrygowana zbyt cienką nitką obecnie trzeszczy w szwach” – tak „New York Post” ocenia obecny rozkład sił.

Na przykład wielu demokratycznych polityków uznaje za fatalne wyniki uzupełniających wyborów do Kongresu. Wbrew nadziejom „błękitnej fali” nie było, za co umiarkowani winią postępowców. To ich radykalizm odepchnął potencjalnych wyborców. Niedźwiedzią przysługę oddały media forsujące lewicowe idee, na przykład feministyczne uosobione przez kongresmenkę Alexandrię Ocasio-Cortez. Według „The Spectatora” „Chęć zniszczenia Trumpa zjednoczyła siły o nazbyt rozbieżnych poglądach ideologicznych i zróżnicowanych interesach politycznych, aby Amerykanie uwierzyli w cukrowane hasła widniejące na sztandarach demokratów”. Kto więc jest głównym beneficjentem sukcesu Bidena? Na pewno nie 74 mln wyborców głosujących na obecnego prezydenta.

Arystokratyczne błotko
Jak twierdzi telewizja Fox News, „machina pod nazwą Joebama postara się zdławić siłą każdy opór wewnątrz partii demokratycznej”. Na razie nominowani urzędnicy pokazowo wygłaszają puste frazesy mające udowodnić jedność szeregów. – Historyczne wyzwania wymagają historycznie nowego podejścia – mówi John Kerry. – Zdajemy sobie sprawę, że Stany Zjednoczone powinny działać nie tylko przykładem siły ale także siłą przykładu – uzupełnia Avril Haines.

W oczy bije efekt równości. Przyszła wiceprezydent Kamala Harris to córka hinduskich imigrantów i pierwsza kobieta na tym stanowisku. Sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego Alejandro Mayorkas jest synem kubańskich uciekinierów. Teraz będzie pierwszym Latynosem w Białym Domu. Wspólnotą wywiadowczą również po raz pierwszy pokieruje kobieta. Wszystko to prawda lub raczej tylko jej część. Ta na pokaz.
Wzorcowy multikulturalizm jest zaplanowanym widowiskiem na użytek opinii publicznej, typowym dla demokratów nie od dziś. „Jeśli chcą ukryć niekompetencję, a co gorsza »błotko układów«, zawsze sięgają po propagandowe chwyty”, twierdzi weteran operacji specjalnych, a obecnie republikański senator Tom Cotton. Radzi, aby uważniej przyjrzeć się biografiom ekipy Obamy. Wtedy okaże się, że większość to krew z krwi politycznej arystokracji.


Podobnego zdania jest portal Washington Examiner, który ironicznie podsumował pierwsze, ale decydujące ruchy kadrowe Joego Bidena. „Polityczni wyjadacze wiedzą, że to mydlenie oczu, które odwraca uwagę opinii publicznej od zasadniczego faktu. Dzięki wyborom waszyngtońskie elity znowu zajęły należne im miejsce na szczytach władzy”. Mówiąc wprost, władzę przejął „kolektywny Obama”. Spisek zdekonspirował przypadkiem szacowny „The Washington Post”. W internetowym wydaniu pojawił się emocjonalny komentarz dziennikarski, którego fragment warto zacytować: „Waszyngtońska arystokracja ma nadzieję, że prezydentura Bidena pozwoli znowu przywrócić wielkość ich społecznym manipulacjom”. Wprawdzie redakcja natychmiast zastąpiła słowo „arystokracja” łagodniejszym „establishmentem”, ale niesmak wśród myślących Amerykanów pozostał. Demokratyczna „błękit-na krew” znowu rządzi. Dowody? Washington Examiner przypomina, że po zakończeniu oficjalnej prezydentury Obamy jego sekretarz stanu John Kerry wybrał karierę miliardera, żeniąc się z przedstawicielką rodu Heinzów. Tych od sosów i musztard.

Obecny kandydat na szefa dyplomacji też nie zasypiał gruszek w popiele. Antony Blinken jest przecież absolwentem jednego z najlepszych prywatnych uniwersytetów. Gdy nie zajmował się krzewieniem równości w Partii Demokratycznej, pracował jako komentator CNN. Przede wszystkim był lobbystą zarabiającym miliony dolarów dzięki znajomości mapy wpływów politycznych. Kiedy wraz z Obamą przerwał pracę w administracji, z kilkoma byłymi urzędnikami bezpieczeństwa narodowego założył świetnie prosperującą firmę konsultingową. WestExec doradzała różnym państwom w sprawach obronności i technologii, zarabiając dla Blinkena kolejne miliony. Z kolei Alejandro Mayorkas to partner doskonale prosperującej kancelarii prawnej WilmerHale. Praktycznie wszyscy członkowie przyszłej administracji Bidena są powiązani siecią kuluarowych wpływów biznesowych z podobnymi sobie arystokratami opcji demokratycznej.


Skandal wisi w powietrzu, dlatego wątpliwości opinii publicznej musiał rozwiać sam Joe Biden. Udzielając wywiadu dla NBC Nightly News tłumaczył: „W żadnym razie nominacje nie świadczą o trzeciej kadencji Obamy. W porównaniu do sytuacji, gdy w Białym Domu urzędował duet Obama-Biden, obecnie egzystujemy w kompletnie odmiennej rzeczywistości”. Zwycięzca wyborów nie omieszkał wskazać winnego „zmiany amerykańskiego pejzażu”. To Donald Trump. Problem w tym, że cytując krytyków Bidena, powrót do władzy demokratycznej arystokracji, którą reprezentuje Obama, oznacza poważne konsekwencje międzynarodowe.

Wnioski dla Polski
Zdaniem senatora Cottona nowa stara administracja jest wyzwaniem dla amerykańskich interesów bezpieczeństwa. Kluczowym jest zapowiedziana rezygnacja z twardej polityki naci-sków i sankcji, która zmuszała przeciwników do uwzględniania stanowiska Waszyngtonu. Natomiast jeśli chodzi o sojuszników, Trump konsekwentnie domagał się egzekwowania przyjętych zobowiązań, w myśl reguły wzajemności.
Na pozór ludzie, którzy będą sterowali polityką zagraniczną Joego Bidena, myślą podobnie. Deklarowanym celem jest wzmocnienie NATO i wpływów amerykańskich w Europie. Nowa administracja chce również powrotu USA do Paryskiego Porozumienia Klimatycznego oraz umowy jądrowej z Iranem. Niestety oddają pierwszeństwo dyplomacji, a więc grze interesów państw trzecich.

Z drugiej strony, w przeciwieństwie do strategii Donalda Trumpa są skorzy do nadużywania siły militarnej, co wróży nowe wojny i ogniska zapalne. Mamy więc do czynienia z niebezpieczną dla Polski i regionu mieszkanką cynicznej gry dyplomatycznej i zaangażowania sojuszników w konfliktach zbrojnych. Tak jak naszej armii w Iraku i Afganistanie.
Sam Obama w opublikowanych wspomnieniach przyznaje, że wielu z ludzi doradzających obecnie Bidenowi przechyliło szalę amerykańskiej interwencji w Libii. Jak oceniają republikanie, ówczesna decyzja demokratycznej administracji „wywołała dziesięcioletnią afterparty w postaci wojny domowej oraz wielomilionowej fali imigracji, która pogrążyła Europę”. W tym samym czasie Obama wydał rozkaz wycofania armii USA z Iraku, który szeroko otworzył drzwi przed fanatykami z ISIS. Zaprogramowani islamiści cały czas mordują Europejczyków w krwawych zamachach terrorystycznych. Jeśli tak ma wyglądać dyplomatyczna ścieżka, na której Biden chce wzmacniać NATO i budować nowe relacje z Unią Europejską, należy zastanawiać się, czy warto? Szczególnie na miejscu Angeli Merkel lub Emmanuela Macrona z nadzieją witających wyborczą zmianę w Białym Domu. Ponadto ludzie tacy jak nowy doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jacob Sullivan są odpowiedzialni za wzrost chińskiej potęgi. Brak reakcji Obamy na agresywne działania międzynarodowe Pekinu doprowadził do dzisiejszej eskalacji amerykańsko-chińskiej.


Z polskiego punktu widzenia najważniejszy jest stosunek nowej administracji do Rosji. Nasz region Europy miał w Ameryce Donalda Trumpa sprawdzonego partnera w powstrzymywaniu rosyjskiej ekspansji energetycznej i militarnego szantażu Moskwy na wschodniej flance NATO. Tymczasem ludzie stający obecnie w Waszyngtonie za sterami polityki międzynarodowej są odpowiedzialni za wiele dramatycznych błędów. Uznawali i uznają prymat dyplomacji, czyli niezdolności do podejmowania decyzji. Na prezydenturę Obamy, któremu doradzali Kerry, Blinken i Sullivan, przypadł bezkarny zabór ukraińskiego Krymu, wstrzymanie budowy bazy antyrakietowej w Polsce oraz kluczenie w sprawie zwiększenia obecności wojsk amerykańskich w naszym kraju. Dopiero Donald Trump uderzył pięścią w stół, blokując gazociąg Nord Stream 2 oraz inne rosyjskie inwestycje energetyczne zagrażające Europie. Stawka zmiany w Białym Domu jest wiec dla Polski niezwykle wysoka. Cała nadzieja w wewnętrznym systemie równowagi i ograniczeń amerykańskiego systemu politycznego.


Trumpizm bez Trumpa jest faktem. Na urzędującego prezydenta oddało głosy 74 mln Amerykanów. Prywatne konto prezydenta w Twitterze obserwuje 100 mln ludzi z całego świata. Natomiast posty Bidena – 18 mln osób. Zaufanie społeczne do Trumpa jest największym ogranicznikiem dla działań przyszłej administracji Joebamy. Amerykanie nie pozwolą na kolejne wojny, w których będą ginęły ich dzieci. Dlatego cenią sobie sprawdzonych sojuszników oraz realne umowy prewencyjnie zabezpieczające wzajemne bezpieczeństwo. Drugim ogranicznikiem są republikańscy kongresmeni i senatorowie, którzy nie poprą samobójczej bierności. Na szali stoi przecież przyszłość amerykańskiego przywództwa w skali globalnej, niemożliwe do utrzymania bez Europy. Tymczasem z sondy Gallupa wynika, że pod tym względem USA cieszą się największym wsparciem w Polsce (56 proc.) i na Węgrzech (47 proc.)


Chyba, że celem Obamy stojącego w cieniu Bidena nie jest wzmocnienie dotychczasowego ładu, tylko budowa nowego. Klaus Schwab to dyrektor Światowego Forum Ekonomicznego, organizatora szczytów w Davos, zwanego z tego powodu klubem miliarderów. Wraz z Thierrym Malleretem napisał książkę pt. „Covid-19: wielki reset”. Autorzy stawiają tezę o braku powrotu do życia sprzed pandemii. Chodzi zarówno o zwykłych ludzi i ich styl bycia oraz globalne funkcjonowanie, od gospodarki przez politykę po ideologię wolnego rynku i demokracji.
Alternatywą dla starego porządku, który zburzyła pandemia, jest zupełnie nowy świat. Cywilizacja nakazowa w zamian za względny dostatek materialny. Schwab dostrzega rosnąca rolę elit władzy jako sterników, arbitrów i decydentów represji, które będą się nasilały wobec rosnącego oporu społecznego. Z tego punktu widzenia pandemia jest „oknem możliwości” wielkiej transformacji światowego porządku. A mówi to przecież szef organizacji lobbystycznej, która reprezentuje interesy globalnej arystokracji pieniądza i polityki.

Głównymi przeszkodami na drodze ku globalnej dyktaturze są państwa z narodowymi interesami. Takie, jak Ameryka Donalda Trumpa. A zatem czy prezydentura Joebamy głosząca hasło restartu globalizacji to tyko powrót „demokratycznego błotka”? Czy też kontynuacja globalnej transformacji uruchomionej za prezydentury Billa Clintona, kontynuowanej w dwóch kadencjach Baracka Obamy i przerwanej przez Donalda Trumpa.

Poprzedni artykułNieruchomości nadal w cenie
Następny artykułPolexit nie taki straszny

Najnowsze

Weterani murem za Trumpem

Kryptoofensywa rządów

Czas płonących stosów