-3.5 C
Warszawa
piątek, 2 grudnia 2022
Advertisement

Świat w spirali zadłużenia

Koniecznie przeczytaj

Ekonomiści alarmują, że pandemia zatrzaskuje świat w pułapce zadłużenia. Banki centralne z dużą prędkością emitują pieniądze, co grozi załamaniem globalnych finansów. Najtrudniejszym zadaniem jest opracowanie strategii wyjścia z przepaści.

„Podczas zakończonego w ubiegłym tygodniu szczytu G-20 ministrowie finansów i prezesi banków centralnych zapewnili, że nie dopuszczą do przedwczesnego wycofania bodźców fiskalnych i monetarnych, które dostarczają światowej gospodarce, aby pomóc jej przetrwać skutki pandemii COVID-19”.
Pułapka
Za tą lakoniczną informacją agencyjną Reutera kryje się zarówno ogromna nadzieja ożywienia ekonomicznego, jak i nie mniejsze ryzyko destabilizacji globalnego systemu finansowego.
Problem w tym, że z udziałem tych samych guru polityki monetarnej świat zatrzasnął się w pułapce zadłużenia. Amerykański Institute of International Finance, skupiający 450 czołowych ekonomistów z 70 państw świata, specjalizuje się w ocenie ryzyka finansowego, wpierając stabilność monetarną. Tymczasem IIF z siedzibą w Bostonie bije na alarm. Pandemia COVID-19 brutalnie uderzyła w globalną gospodarkę. Sumaryczny dług państw, korporacji i osób fizycznych zwiększył się w 2020 r. o 24 biliony dolarów, co z lichwą przekracza analogiczne dane kryzysu finansowego lat 2008-2009.
Gorzej, że ogólna kwota światowego zadłużenia wzrosła do astronomicznej kwoty 281 bln dolarów, co stanowi 335 proc. PKB wszystkich gospodarek. Porównując obrazowo, tak jak zrobił to MFW, wartość światowych zobowiązań trzykrotnie przekracza produkt globalny.
Za ogromnym wzrostem należności stoi polityka utrzymania ekonomicznej i społecznej równowagi. Pandemia sparaliżowała całe sektory przemysłu, handlu i usług, a także kluczowe dziedziny życia. Wszyscy wyciągnęli ręce po publiczne pieniądze.
Eksperci IIF potwierdzają, że kwota 12 z 24 bln dolarów zadłużenia w 2020 r. to wydatki państw na osłony socjalne wynikające z zatrzymania biznesowej aktywności. Tymczasem wzrost zadłużenia w 2021 r., choć mniejszy, wyniesienie jednak ok. 10 bln dolarów.
Prognoza oparta jest na nienapawającym optymizmem tempie szczepień, które szczególnie w Europie hamuje skutecznie ożywienie gospodarek. Tymczasem w Unii odnotowuje się najszybszy wzrost zadłużenia, a jego liderami są Francja, Hiszpania i Grecja. Natomiast w innych regionach świata pierwszą trójkę stanowią Chiny, RPA i Indie.
Co ważne, totalny charakter kryzysu pandemicznego sprawił, że wzrost długów jest bardzo demokratyczny. Dotyczy bez wyjątków zarówno państw wysoko rozwiniętych, jak i rozwijających się.
Dlatego ekonomiści i analitycy finansowi głowią się nad tym, jak globalna gospodarka ma się wysunąć z zaciśniętej pętli. Twierdzą, że rezygnacja z wykorzystania instrumentów kredytowych i monetarnych przyniesie jeszcze większe szkody. Z drugiej strony tempo wzrostu korporacyjnego i państwowego zadłużenia tak przyspieszyło, że specjalistyczne media mówią już o tsunami.
Zbyt szybkie zakończenie polityki wlewania pieniędzy dla stymulacji gospodarek i osłony rynków pracy na poziomie państwowym doprowadzi do reakcji łańcuchowej bankructw, zwiększenia stopy bezrobocia, a więc biedy. Taki system naczyń połączonych zwiększy, a nie zmniejszy wydatki, dodruk pieniądza, a więc inflację.
Jednak w tym samym czasie skokowo wzrasta niebezpieczeństwo, że zadłużeniowa góra przegrzeje i załamie międzynarodowy system finansowy. Dlatego, jak twierdzi IIF, jedyną szczepionką jest szybki wzrost gospodarczy, co oznacza konieczność powrotu do wskaźników rozwojowych sprzed epidemii.
To jednak nie będzie takie proste ze względu na strukturę globalnej gospodarki. Dominującą rolę odgrywają nastawione na zysk rynki finansowe, które hamują wzrost realnego sektora produkcji i usług. Jednym słowem mamy do czynienia z kwadraturą koła. Wzrost zadłużenia powoduje ogromne perturbacje kluczowych instrumentów jego wygaszania, którymi są coraz mniej dochodowe obligacje i nieefektywna regulacja stóp procentowych. Taka sytuacja wywołuje konieczność sięgania po coraz bardziej ryzykowne metody finansowania długu, co prowadzi do powstania baniek kredytowych. Słowem całość trzyma się tylko dzięki polityce banków centralnych, które skupują obligacje szybciej, niż państwa i korporacje finansowe emitują nowe zobowiązania dłużne. Istotą problemu jest bowiem polityka monetarna, a on sam powstał na długo przed pandemią. Jego twórcami są obecne koła ratunkowe, czyli banki centralne.
Stymulacja czy katastrofa?
„Oddajcie mi kontrolę nad pieniędzmi państwa, a będzie mi wszystko jedno, kto w tym państwie tworzy prawo”. Bon mot przypisywany Mayerowi Amschelowi von Rothschildowi najtrafniej oddaje współczesne relacje pomiędzy państwem i jego bankiem centralnym.
Władza nie spoczywa w Gabinecie Owalnym Białego Domu, Pałacu Elizejskim czy na Downing Street 10. Kluczem dla „być albo nie być” prezydentów, premierów i kanclerzy są decyzje podejmowane w siedzibach narodowych, bądź jak w przypadku UE, wspólnotowych regulatorów finansowych.
Gra zaczęła się w Wielkiej Brytanii w czasie poprzedniego kryzysu światowego. Wiosną 2009 r. Bank of England zarzucił londyńskie City miliardami funtów. Swoją decyzję motywował następująco: „Bez takich działań większość mieszkańców Wielkiej Brytanii znalazłaby się w trudnym położeniu. Wzrost ekonomiczny straciłby tempo, którego wprost odwrotnie nabrałoby bezrobocie. Wiele firm ogłosiłoby upadłość, co okazałoby zgubny wpływ na inwestycje, klientów banków i emerytów”.
Tyle że w zamierzeniu ówczesnego rządu laburzystów zastrzyk pieniędzy miał być krótkotrwałą terapią szokową. Tygodnik „The Statesman” przypomina nawet słowa brytyjskiego ministra finansów Alistaira Darlinga: – To nie jest metoda długotrwałego rozwiązania problemu globalnej stabilności monetarnej. Jej osłabienie działa jak heroina, ze wzrostem uzależnienia pobudzenie wymaga stałego zwiększenia dawki.
Tymczasem w niecałą dekadę system zastrzyków finansowych banków centralnych, połączony z obniżaniem stóp procentowych, zalał masą pieniędzy rynki finansowe USA, Europy i Japonii. Całość, która otrzymała nazwę osłabienia polityki walutowo-kredytowej, urosła do roli obowiązującej powszechnie teorii monetarnej.
Zgodnie z nią, jak ujął problem portal Project Syndicate „rządy mogą tracić dowolne kwoty, na wszystko, co zachcą do czasu, aż osiągną zakładane rezultaty, na przykład pełne zatrudnienie”. Nie muszą się w ogóle głowić nad finansowaniem takiej polityki gospodarczej, bowiem jest finansowana przez banki centralne, które puszczają w ruch maszyny drukarskie bez wystawiania rachunków władzom państwowym.
Jeszcze kilka lat temu podobna teoria napotykała zdecydowany sprzeciw ekonomistów wszystkich barw politycznych. Z czasem zyskała ogromną popularność. Najpierw socjalistów w Wielkiej Brytanii, a następnie lewego skrzydła amerykańskiej partii demokratycznej.
Zarówno w 2015 r., jak i w 2019 r., podczas wewnętrznych wyborów mających wyłonić kandydata na prezydenta, takie poglądy głosił z sukcesem Bernie Sanders. Potem osłabienie polityki kredytowo-monetarnej oczarowało Bank Centralny UE, ponieważ pozwala przynajmniej w teorii realizować wiele ambitnych, równościowych projektów socjalnych i ekologicznych, których hasłem jest sprawiedliwość społeczna. Słowem – pełne zatrudnienie i gwarancja płacy pokrywającej minimalne potrzeby socjalne pracownika. Tyle że naprawdę jest to gigantyczny eksperyment, w którym rolę królika doświadczalnego odgrywają finanse publiczne. Na przykład profesor ekonomii David Blanchflower, członek komitetu doradczego Bank of England, powiedział wprost: – Kiedy po kryzysie 2008 r. zaczęliśmy stymulować gospodarkę, nie wiedzieliśmy, ile pieniędzy potrzeba wydrukować choćby po to, aby obniżyć stawki procentowe kredytów. 50 mld funtów, a może więcej?
W każdym razie wg „The Guardian” dziś na brytyjskim rynku znajduje się 1,2 bln funtów bez pokrycia, które napędzają inflację. Oczywiście w UE nad równowagą finansową czuwa Europejski Bank Centralny. W porozumieniu z narodowymi regulatorami stworzył regułę wydatkową, która nie zezwala rządom na zwiększanie deficytu budżetowego o więcej niż 3 proc. Tyle że banki narodowe wpuszczają pieniądz na rynek za pomocą obligacji, czyli zobowiązań dłużniczych. W efekcie na globalnym rynku znajduje się dziś 100 bln dolarów w takiej formie, co widać szczególnie w strefie euro. Obligacje rządów Francji, Hiszpanii, Grecji, a szczególnie Włoch, tracą w oczach inwestorów na wartości. Gdyby nie ECB, który skupuje je szybciej niż Paryż czy Rzym emituje swoje zobowiązania, szereg państw strefy euro stałoby już dawno niewypłacalne, tracąc płynność finansową, czyli możliwości budżetowe.
Niestety to początek listy wad gaszenia finansowego pożaru emisjami obligacji i dodrukiem pieniądza. W instrumentach postrzeganych przez lewicę za panaceum sprawiedliwości społecznej tkwi kluczowa przyczyna wzrostu globalnych nierówności socjalnych. Banki centralne sprzedają bowiem instrumenty polityki kredytowo-pieniężnej rynkom finansowym, na przykład korporacjom ubezpieczeniowym lub funduszom emerytalnym. Handlują nimi na giełdzie. W założeniu przepływ środków finansowych miał wpłynąć na równomierny rozwój i wzrost zamożności społecznej, docierając z góry na dół do wszystkich grup zatrudnionych, a zatem do gospodarstw domowych.
Tyle że tak naprawdę z zastrzyków finansowych państw skorzystały same rynki obracające pieniędzmi i zobowiązaniami dłużnymi. Skorzystały też wielkie korporacje technologiczne i przemysłowe. Podrożały ich produkty i usługi, ponieważ wzrosły faktycznie ceny produkcji i inwestycji.
Z punktu widzenia indywidualnego odbiorcy inflacja sprawia, że podrożało wszystko, od opłat mieszkaniowych i medialnych, po ceny edukacji i ochrony zdrowia. Najwięcej wygrały banki komercyjne. Jak w „The Financial Times” napisał Paul Marshall, współzałożyciel jednego z największych w Europie funduszy hedgingowych Marshall Wace – stały się największymi beneficjantami polityki banków centralnych. – Jesteśmy jak bandyci, którzy zrabowali ogromny łup, ponieważ na rozluźnieniu fiskalnym i kredytowym skorzystał w praktyce każdy, kto zarabia na rynkach finansowych – dodał Marshall. W najgorszej sytuacji znalazła się młodzież, która ma ogromne kłopoty z odnalezieniem się na rynku pracy, podczas gdy koszty utrzymania stale rosną.
Najpełniej taki pejzaż jest widoczny w USA. Majątek 50 najbogatszych Amerykanów jest równy stanowi posiadania 165 mln obywateli tego kraju. Agencja Bloomberg ujawniła wstrząsające dane opracowane przez odpowiednik banku centralnego – rezerwę federalną. Według FED sumaryczne zasoby 1 proc. bogatych Amerykanów są szacowane na 34,2 bln dolarów, natomiast majątek 50 proc. mieszkańców, czyli 165 mln osób, jest wart 2,08 bln dolarów. To niemal tyle samo ile mają miliarderzy z top-listy 50 najbogatszych obywateli Stanów Zjednoczonych (2 bln dolarów).
Jak wyjść z pułapki?
Można więc powiedzieć, że pandemia stała się tylko gwoździem do trumny strategii osłabiania polityki kredytowo-pieniężnej, rozkręcając zarówno spiralę zadłużenia, jak i potęgując nierówności ekonomiczne pomiędzy najbogatszymi i resztą populacji. Teraz chodzi o to, jak wyjść z pułapki bez załamania systemu finansowego świata i każdego państwa z osobna. Przed pandemią, czyli w „normalnie” funkcjonującej gospodarce, rozwiązanie kwestii zadłużenia, a więc jego spłata, byłoby prostsze. – Te z rządów, które cechowała odpowiedzialność, dążyły do zachowania cyklicznej równowagi – mówi były dyrektor Rezerwowego Banku Indii Raghuram G. Rajan. Wyjaśnia, że w fazie wysokiego przyrostu PKB władze przeznaczały część wypracowanych środków na wykup obligacji, czyli własnych zobowiązań zaciągniętych w poprzedniej fazie spadków.
Jednak pandemia zachwiała przede wszystkim cyklicznym rozwojem gospodarki. Świat wpadł w głęboką recesję oznaczającą wyczerpanie możliwości wygaszenia długów, tymczasem ich dalsza eskalacja grozi kryzysem. O tym, że proces zadłużenia przyspiesza, świadczy fakt, że po raz pierwszy w historii kredyt zaciągnęła Unia Europejska. Przecież 500 z 750 mld euro pakietu rekonstrukcji gospodarczej to komercyjna pożyczka, którą solidarnie będą spłacały państwa członkowskie ze wspólnotowego budżetu.
W ubiegłym tygodniu Izba Reprezentantów uchwaliła pakiet stymulacyjny w wysokości 1,9 bln dolarów, co równa się 10 proc. PKB USA. Ustawa przewiduje wydatkowanie 400 mld dolarów na walkę z koronawirusem. Bilion dolarów pochłonie pomoc dla Amerykanów, najbardziej poszkodowanych przez epidemię. Pozostałe środki przeznaczono na wsparcie gospodarki.
Pakiet ma doprowadzić do powstania nowych miejsc pracy. Ponadto przewiduje miliardy dolarów rekompensat dla gospodarstw domowych, a także dodatkowe wypłaty dla bezrobotnych. Dlatego obecnie rozważane są trzy koncepcje, z których jedna jest już realizowana, bez pytania o zdanie spłacających. Chodzi o to, że astronomiczna kwota globalnego długu obciąża przyszłe pokolenia. Uczyni z naszych dzieci i wnuków nędzarzy.
W historii ludzkości obowiązywała zasada, że kolejny cykl rozwojowy czynił zawsze przyszłe pokolenie zasobniejszym od poprzedniego. Na przełomie XX i XXI w. za sprawą globalizacji niosącej silne rozwarstwienie materialne prawidłowość uległa załamaniu.
Jeśli dodać takie czynniki, jak starzenie zasobnych społeczeństw, niewydolność systemów emerytalnych i opieki zdrowotnej, spłata naszego zadłużenia okaże się ponad siły przyszłych pokoleń.
Może więc podatek od najbogatszych? „The Guardian” poinformował ostatnio, że 83 bogatych ludzi świata wezwało rządy do zwiększenia podatku dla najbogatszych.
Wśród altruistów znaleźli się, m.in. Jerry Greenfield, spadkobierca potentata spożywczego Ben and Jerry’s czy Abigail Disney, spadkobierczyni imperium Walta Disneya. W odezwie domagają się zwiększenia obciążeń fiskalnych dla takich oni, natychmiast i w sposób ciągły. Oczywiście nie negując szlachetnego gestu ludzi sukcesu, taki podatek nie załatwi sprawy. Rozmiar długu jest po prostu zbyt wielki. Ponadto nie wszyscy miliarderzy myślą altruistycznie i różnymi sposobami będą zwalczali pomysł, motywując odmowę masowymi zwolnieniami pracowników i pogłębieniem recesji.
Dlatego idea, choć atrakcyjna, niewiele wniesie, a samą odezwę można potraktować jako ruch wyprzedzający przed nieuchronnym. Podwyżki podatków są wprowadzane na całym świecie. Przykładem są obietnice wyborcze Joe Bidena, który chce przywrócić próg podatkowy dla najbogatszych do stawki 28 proc. zmniejszonej przez Donalda Trumpa o 10 proc. Pozostaje zatem ograniczenie lub raczej zmiana struktury polityki stymulacyjnej zmniejszającej jej koszty. W praktyce oznacza to rezygnację z rozdawnictwa pieniędzy w postaci narodowych rekompensat i dotacji pandemicznych. Po prostu COVID-19 okazał się zbyt wielkim szokiem finansowym do udźwignięcia.
Jedną z propozycji jest wsparcie miliardów pracowników, a nie ochrona miejsc pracy. Z taką ideą wystąpili eksperci Project Syndicate. Koszty wypłat zasiłków są według nich nieporównywalnie mniejsze od wspierania biznesu, który sam opłaca, m.in. postojowe dla personelu.
Tyle że taki projekt uderza przede wszystkim w mały i średni biznes, który nie przetrwa. Oczywiście z punktu widzenia makroekonomii upadek drobnej czy rodzinnej firmy jest niezauważalny. Natomiast to tragedia dla właścicieli i państw, na przykład takich jak Polska, w których ten rodzaj przedsiębiorczości decyduje o wysokości PKB.
Jeśli nie tędy prowadzi droga, pozostaje jedno wyjście. Przede wszystkim pomoc finansowa państwa nie może być udzielana całemu biznesowi, tylko wybiórczo. Chodzi o branże i regiony, w których epidemia poczyniła szczególnie depresyjne spustoszenie. Ponadto państwa mogą radykalnie ograniczyć pomoc korporacyjnemu biznesowi. Granty lub subsydia dla linii lotniczych czy branży turystycznej, to zdaniem Project Syndicate pieniądze wyrzucane w błoto. Wielkie firmy będą bowiem utrzymywały pełną obsadę kadrową tylko do czasu, gdy płyną do nich rządowe pieniądze.
Tymczasem taniej wypłacać zasiłki dla bezrobotnych, niż utrzymywać światowych gigantów. Rzecz jasna chodzi o okres pandemii, bo radykalną poprawę stanu globalnego zadłużenia może przynieść jedynie przerzucanie kosztów spłaty na największy biznes.
Dzięki polityce banków centralnych rynki finansowe mają się bardzo dobrze i wygrały na pandemii. W związku z tym korporacje trzeba nie tylko wysoko opodatkować, ale także zmusić, żeby szukały środków inwestycyjnych nie w państwowych budżetach ale też w komercyjnych pożyczkach. W tym samym czasie konieczny jest powrót do zasad dyscypliny wydatków środków publicznych i wygaszenie zobowiązań obligacyjnych.

Autor

Poprzedni artykułZdrowie menedżera
Następny artykułLockdown nie ma sensu

Najnowsze