14.7 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Ukraiński “reset”

Koniecznie przeczytaj

Wołodymyr Zełenski zaprosił do Kijowa niemieckiego prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera oraz kanclerza Olafa Scholza. Z tej okazji ukraińskie służby prasowe podały, iż „obie strony postanowiły zapomnieć o przeszłości”. Z kolei kancelaria Steinmeiera odwdzięczyła się komunikatem o rozmowie obu prezydentów, w wyniku której „załagodzili wszelkie zadrażnienia” we wzajemnych stosunkach.

Szybko poszło, zważywszy, że jeszcze niedawno strona ukraińska demonstracyjnie odmówiła zgody na wizytę niemieckiego przywódcy (miał udać się do Kijowa wspólnie z Andrzejem Dudą), a niemieckie media, odgrywające rolę nieformalnego „pasa transmisyjnego” tamtejszej klasy politycznej, trzęsły się z oburzenia nad tym afrontem, posuwając się wręcz do absurdalnych sugestii, iż prezydent Duda w takiej sytuacji powinien zrezygnować ze spotkania z Zełenskim. Na cenzurowanym w Berlinie był również ukraiński ambasador Andrij Melnyk, który niepomiernie irytował niemieckich polityków swymi bezpardonowymi ocenami opieszałości i kunktatorstwa kanclerza Olafa Scholza w sprawie wysyłki na Ukrainę sprzętu bojowego.

Kolejna rzecz: 11 maja szef ukraińskiego MSZ Dmytro Kułeba podczas wizyty w Berlinie zaprosił Niemcy do „objęcia przywództwa” nad odbudową jednego z ukraińskich regionów dotkniętych wojną. Tenże Kułeba poinformował radośnie o „bardzo racjonalnej dyskusji z Niemcami na temat przystąpienia Ukrainy do UE”, w trakcie której wezwał Niemcy do objęcia przewodnictwa w procesie akcesyjnym Ukrainy do Unii Europejskiej. Kolejnym etapem były spotkania z ministrami spraw zagranicznych grupy G7, w trakcie których Kułeba przedstawił plan Wołodymyra Zełenskiego, polegający na przejęciu przez państwa G7 kontroli nad odbudową poszczególnych ukraińskich regionów i miast – zatem wspomniana wyżej propozycja sformułowana pod adresem Niemiec jest częścią szerszej koncepcji. Ambasadora Andrija Melnyka na ten czas wzajemnych duserów schowano oczywiście do piwnicy.

A zatem szykuje się ukraińsko-niemiecki „reset”, a bardziej ogólnie – reset z tzw. starą Europą, pod niemieckim przywództwem. Niemcy (ale też Francja, Włochy itd.) wraz ze swoimi firmami mają stać się czołowym inwestorem na powojennej Ukrainie oraz jej politycznym „adwokatem” na drodze do członkostwa w Unii Europejskiej. Jako żywo przypomina to lata 90, kiedy to Berlin podobny „patronat” polityczno-inwestycyjny roztaczał nad Polską – nie za darmo przecież.

W całej tej ukraińskiej ofensywie dyplomatycznej brakuje tylko jednego elementu: Polski. Pod naszym adresem padają wyrazy wdzięczności i rozmaite zachwyty, lecz konkretnych propozycji powojennej współpracy jakoś nie zaobserwowałem. Przypomnę, że pod koniec marca prezydent Zełenski do udziału w odbudowie zaprosił nawet Danię – ale Polski nie. W koncepcji Zełenskiego nie ma miejsca na czołową rolę naszego kraju w odbudowie, ani któregoś z regionów ani nawet pojedynczego miasta. Tymczasem to Polska stanowi bezpośrednie zaplecze ukraińskiego frontu, nie tylko udostępniając nasze terytorium w charakterze korytarza dla militarnych dostaw (a więc ryzykując rosyjski odwet), lecz również sama pomagając na najróżniejsze sposoby i ponosząc związane z tym koszty, spośród których niebagatelną część generują ukraińscy uchodźcy. Cóż, skoro Ukraina otrzymuje od nas wszystko, czego chce bezwarunkowo i za darmo, to nie czuje potrzeby, aby wychodzić z ofertami, bo niby po co?

Jak już tu pisałem, jeżeli nie chcemy wyjść na frajerów, powinniśmy intensywnie działać w kierunku „monetyzacji kapitału moralnego”, tak by po wojnie znaleźć się wśród wygranych i „zarobionych” – co z racji naszego wszechstronnego wsparcia słusznie się nam należy. Na razie, jak widać, idzie nam to nie najlepiej. Wizja powrotu Ukrainy do niemieckiej strefy wpływów w ramach jakiejś nowej „Mitteleuropy” powinna uruchomić w Warszawie wszystkie syreny alarmowe. A tymczasem Komisja Europejska opracowała strategiczny projekt „Odbudowa Ukrainy”, którego centralnym punktem jest stworzenie międzynarodowego funduszu finansowanego m.in. z dodatkowych wpłat krajów członkowskich (a więc zwiększonej składki) oraz nowego, europejskiego długu (kolejnego, po „Next Generation EU”).

Co to wszystko razem wzięte oznacza dla Polski? Otóż rysuje się przed nami realna groźba, że zostaniemy z odbudowy Ukrainy „wykolegowani” przez Niemcy i inne wiodące kraje Europy Zachodniej. Te same, które przez lata futrowały Putina pieniędzmi, obchodziły sankcje – a i dziś z cichym przyzwoleniem Komisji Europejskiej kupują rosyjski gaz za „przewalutowane” w Gazprombanku ruble. Teraz natomiast zarobią dodatkowo na podnoszeniu Ukrainy ze zniszczeń wojennych – a mówimy tu o setkach miliardów euro i dolarów. Mało tego, za chwilę może się okazać, że będziemy płacić wyższą składkę członkowską i żyrować unijny dług – a więc będziemy partycypować w kosztach odbudowy, nie powąchawszy z tego nawet złamanego grosza. Zyski zgarną nam sprzed nosa inni, a my pozostaniemy z plecami obolałymi od życzliwego poklepywania.

Autor

Najnowsze