|

Grenlandzka utopia

Donald Trump chciałby zapisać się w historii jako prezydent, który nie tylko „uczynił Amerykę znów wielką”, ale także większą terytorialnie. Pomysł kupna Grenlandii odsłania jednak znacznie więcej niż osobiste ambicje byłego prezydenta – to zapowiedź nowej, niepokojącej utopii rodem z Doliny Krzemowej.

Muszę przyznać, iż śledząc poczynania Donalda Trumpa, niekiedy bliski jestem popadnięcia w stan niezdrowej fascynacji. Wystarczy zresztą na niego spojrzeć – na powierzchowność, sposób bycia, wysławiania się i mentalność przebijającą z jego wypowiedzi. Trump jest tak groteskowy i przerysowany, jakby został wycięty z komiksu – taki „final boss” amerykańskiej popkultury. Przy czym, jeśli byłby to komiks o Supermanie, to Trump byłby odpowiednikiem Lexa Luthora – wszechwładnego biznesmena-oligarchy, trzęsącego Metropolis, przyzwyczajonego do tego, że jego słowo jest rozkazem.

Wszystkie te cechy chyba w sposób najbardziej wyrazisty skumulowały się w przypadku sprawy kupna Grenlandii. Owszem, kupowanie terytoriów to w przypadku Stanów Zjednoczonych żadna nowina, ale to, co było normą w epoce kolonialnej, nie jest już akceptowalne w dzisiejszych czasach. Na zdrowy rozum, gdyby amerykański prezydent rozpoczął z Danią rozmowy w pojednawczym tonie i normalnymi, dyplomatycznymi kanałami, to pewnie już dziś mógłby świętować sukces. Wątpię bowiem, żeby Dania miała coś przeciwko zwiększeniu amerykańskiej obecności wojskowej na wyspie w ramach NATO, tak jak nie miała zastrzeżeń podczas zimnej wojny, kiedy to amerykański kontyngent był wielokrotnie liczniejszy. Grenlandczycy również zapewne by się ucieszyli, bo amerykańskie bazy wojskowe zawsze stanowią dla okolicznej ludności niebagatelne źródło dochodu. Podobnie z surowcami – Dania nie jest w stanie samodzielnie zainwestować w ich wydobycie, więc wydanie koncesji Amerykanom na jakichś cywilizowanych zasadach byłoby dla niej świetnym interesem. Przypomnijmy również, iż grenlandzka minister ds. biznesu i zasobów mineralnych Naaja Nathanielsen w maju 2025 r. zaapelowała do europejskich i amerykańskich inwestorów o większe zaangażowanie się w eksploatację grenlandzkich zasobów, gdyż w przeciwnym razie Grenlandia będzie musiała poszukać innych partnerów, co w praktyce oznaczałoby wpuszczenie do siebie Chin. Czyli oferta biznesowej współpracy leżała na stole.


🔴 MANUFAKTURA, NIE MASÓWKA. DLACZEGO WOLA PRZYCIĄGA INWESTORÓW?


To jednak Trumpowi nie wystarczyło, najwyraźniej bowiem hasło „Make America Great Again” traktuje on na tyle dosłownie, że chce przejść do historii jako prezydent, który powiększył Amerykę również terytorialnie – a mówimy o grubo ponad 2 mln kilometrów kwadratowych (dla porównania Alaska liczy sobie 1,7 mln km²). Rozpoczął więc „ofensywę dyplomatyczną” w swoim stylu, polegającym na waleniu na dzień dobry „partnera” obuchem w głowę i patrzeniu, co z tego wyniknie. Na razie efekty są takie, że Trump skutecznie zantagonizował nie tylko Danię i większość europejskich państw, ale również Grenlandczyków, podrażniając ich dumę narodową i poczucie odrębności do tego stopnia, że dziś o żadnym dealu z Ameryką nie chcą słyszeć.

Na tym jednak nie koniec, ponieważ Grenlandia od dłuższego czasu znajduje się w orbicie zainteresowania technologicznych oligarchów z Doliny Krzemowej – i kto wie, czy to właśnie nie ich naciski są przyczyną, dla której Trump tak obsesyjnie obstaje przy kupnie wyspy. Chcą oni mianowicie wybudować na Grenlandii „miasto wolności” – libertariańską utopię, charakteryzującą się minimalnym nadzorem państwa, niskimi podatkami, a przede wszystkim brakiem regulacji w zakresie rozwoju nowych technologii – w tym sztucznej inteligencji, ale też budzących rozmaite wątpliwości etyczne biotechnologii. Technologiczni giganci poparli gremialnie Trumpa – i teraz oczekują zwrotu z tej politycznej inwestycji. Jedną z wiodących postaci jest chociażby Peter Thiel – szef Palantira i patron politycznej kariery J.D. Vance’a – ale nie tylko on, bowiem koncepcja „miasta start-upowego” od dawna jest „konikiem” Doliny Krzemowej.

Mamy tutaj do czynienia z krańcową wersją ideologii spod znaku Ayn Rand i „Atlasa zbuntowanego” – skrajnego indywidualizmu doprowadzonego wręcz do granic socjopatii, jakiemu hołdują technologiczni „wizjonerzy” pokroju Elona Muska. Ci miliarderzy i guru nowych technologii z kompleksem Boga autentycznie uważają, że pieniądze dają im patent na nieomylność i prawo do urządzania świata na swoją modłę. Są we własnych oczach niczym nietzscheańscy nadludzie, nowa rasa panów: zbyt wybitni, by poddawać się jakimkolwiek normom społecznym (normy są dla przeciętniaków), a już szczególnie by płacić podatki – choć z drugiej strony chętnie korzystają z publicznego wsparcia, uważając, że im się ono, jako geniuszom prowadzącym ludzkość na niebotyczne wyżyny, po prostu należy. Teraz doszli do wniosku, że nawet Ameryka jest dla nich za ciasna – potrzebują więc nowego lądu, gdzie mogliby realizować swe wizje na dziewiczym gruncie. Pieniądze, związane z nimi poczucie wszechmocy w połączeniu z rozbuchanym egotyzmem, tworzą piorunującą mieszankę, sprawiającą, iż ci ludzie stają się zwyczajnie niebezpieczni dla otoczenia i dlatego należy trzymać ich za ręce, gdyż końcowym efektem ich wizjonerstwa nie będzie bynajmniej powszechne szczęście i dobrobyt, lecz dobrze znana z literatury i filmów techno-feudalna dystopia.

Podobne wpisy