29.9 C
Warszawa
niedziela, 26 czerwca 2022

Koniec PSL-u

Koniecznie przeczytaj

Od kilku tygodni trwają rozmowy między kierownictwem PiS a grupą parlamentarzystów z Polskiego Stronnictwa Ludowego skupioną wokół Adama Jarubasa – urzędującego marszałka województwa świętokrzyskiego, który w ostatnich wyborach prezydenckich był kandydatem ludowców na ten urząd. Jak ustaliła „Gazeta Finansowa”, Jarubas ma zostać ministrem w kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy, a wraz z jego nominacją PSL ma opuścić 8-10 posłów z 16, których liczy obecny klub parlamentarny. Tym samym PSL po raz pierwszy w III RP nie będzie miał własnego klubu poselskiego. Partia ta od kilkunastu lat powoli, ale systematycznie stacza się w niebyt. Ewentualny rozłam będzie początkiem końca PSL-u, ale być może niektórzy politycy ludowców uratują kariery.

 

Sprawą sfinalizowania negocjacji z „rozłamowcami” z PSL-u jest osobiście zainteresowany sam prezes PiS Jarosław Kaczyński, który, jak mówi wspomniana plotka, sam w nich bezpośrednio nie uczestniczy, ale jest na bieżąco informowany o postępach. Kaczyński dobrze wie, że gdyby udało się zrealizować taki scenariusz, mógłby liczyć na wzmocnienie swoich sił w Sejmie o nowych ośmiu posłów. Być może nawet z upływem czasu dołączyliby do nich kolejni parlamentarzyści PSL-u. A wtedy pod znakiem zapytania stanęłoby istnienie nawet koła poselskiego PSL-u (do którego trzeba minimum trzech posłów). „Resztówka” politycznej reprezentacji musiałaby w pewnym momencie dokonać wyboru, co dalej robić. Znając pragmatyczną filozofię działania ludowców można śmiało obstawiać, że wybiorą oni najsilniejszą partię, a tą jest dziś PiS. Zatem sejmowa prawica może wchłonąć nawet wszystkich ludowców. 16 nowych posłów PiS, to być może niewiele, ale na pewno byłby to ważny krok na drodze do realizacji najważniejszego dzisiaj planu Kaczyńskiego, czyli przeforsowania nowej polskiej konstytucji. Rozwiązałoby to wiele politycznych problemów, włącznie ze sprawą Trybunału Konstytucyjnego (TK), najbardziej zaognioną sprawą, przed rozwiązaniem której stoją dzisiaj rządzący.

Młody pragmatyk

Kiedy Adam Jarubas (w grudniu skończy 42 lata), jako kandydat PSL-u wystartował w wyborach prezydenckich, zdziwienie zapanowało nawet w „dołach partyjnych”. Jarubas nigdy nie zaliczał się do tej grupy polityków PSL-u, którzy mieli realny wpływ na działalność partii i cieszyliby się w Polsce wystarczającą popularnością, aby myśleć o starcie w wyborach prezydenckich. Nigdy nie był ani ministrem, ani nawet parlamentarzystą. Wprawdzie w wyborach parlamentarnych w 2011 r., został dość gładko wybrany do Sejmu w okręgu kieleckim, otrzymując prawie 29 tys. głosów, ale odmówił przyjęcia mandatu poselskiego. Był w tym czasie urzędującym marszałkiem województwa świętokrzyskiego, którą to funkcję sprawował już drugą kadencję (od 2006 r.). Rok później próbował się przebić do pierwszego szeregu w PSL-u, ale przegrał walkę z Jarosławem Kalinowskim o fotel szefa Rady Politycznej. Na osłodę dostał funkcję czwartego wiceprezesa. W styczniu 2015 r. ludowcy zdecydowali, że w obliczu nowych wyborów prezydenckich lepszym rozwiązaniem będzie wystawienie własnego kandydata niż wspieranie ubiegającego się o reelekcję Bronisława Komorowskiego. W sytuacji, gdy sondaże poparcia Komorowskiego oscylowały w granicach 60 proc., nikt w PSL-u specjalnie nie walczył o to, aby zostać oficjalnym kandydatem. W ten sposób nadarzyła się szansa dla Jarubasa, który założył, że wystartowanie w wyborach prezydenckich będzie dobrą okazją do zbudowania silniejszej pozycji w partii. Gdy zaczęła się kampania wyborcza i Jarubas zaczął pojawiać się systematycznie w mediach, wyglądał raczej na bohatera wiejskiej dyskoteki niż na rasowego polityka. Jednak było to tylko powierzchowne odczucie. W rzeczywistości bowiem znacznie lepiej czuł politykę, niż się prezentował. Wybory prezydenckie nie mogły i nie były jego sukcesem. Zwrócił jednak na siebie uwagę wielu głównych aktorów polskiej sceny politycznej. Zyskał kapitał rozpoznawalności w mediach.

Wybory prezydenckie dowiodły też sporych politycznych ambicji Jarubasa. Zauważył to również ich zwycięzca Andrzej Duda, który miał podziękować Jarubasowi za uczestnictwo w prezydenckiej walce i polityczną grę fair play. Kandydat PSL-u zresztą był jednym z nielicznych, który w czasie kampanii wyborczej nie atakował zwycięzcy. Duda i Jarubas są przedstawicielami tego samego pokolenia w polskiej polityce, które ma za sobą podobne doświadczenia, a nawet fascynacje. Nie było zatem dziwne, że obaj zbliżyli się do siebie. Owocem zadzierzgniętej wówczas znajomości było powołanie Jarubasa w październiku 2015 r. do prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju, w której zajmuje się problematyką samorządu. Kilka dni później po tej nominacji, odbyły się wybory parlamentarne (25 października 2015 r.), które dla ludowców okazały się najmniej udane ze wszystkich w ostatnim ćwierćwieczu. PSL ledwie przekroczył pułap 5 proc. poparcia, lokując w nowym Sejmie ostatecznie 16 posłów. W wyborach przepadły czołowe „okręty flagowe” tej partii. Do Sejmu po raz pierwszy nie dostali się tacy politycy jak urzędujący prezes PSL-u Janusz Piechociński, były premier Waldemar Pawlak, czy szef klubu parlamentarnego PSL Jan Bury. Wprawdzie kilka dni później nastąpiła w partii personalna zmiana i nowym prezesem PSL-u został Władysław Kosiniak–Kamysz, także przedstawiciel młodego pokolenia, ale na tym zakończyła się próba politycznego „odbicia się” od nieudanych wyborów. Partia, już pod wodzą Kosiniaka–Kamysza zeszła do okopów twardej opozycji, stając w jednej linii z pogrążoną w walkach wewnętrznych i pikującą w dół w sondażach poparcia Platformą. Nic dziwnego, że ludowcy szybko znaleźli się na celowniku szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Gdy zaczęło się prawdziwe „czyszczenie państwa”, zaczęły padać ich kolejne bastiony. A to coraz bardziej pozbawiało PSL narzędzi, za pomocą których przez lata partia docierała do swoich wyborców, czyli możliwości zaoferowania szybkiego zatrudnienia w instytucjach państwowych, kierowanych przez jej ludzi. Z długofalowych konsekwencji takiej polityki szybko zaczął sobie zdawać sprawę Jarubas. Skalkulował, że PiS być może nawet będzie rządziło nie jedną, a dwie kadencje i bycie przez osiem lat w partii, która chce być w twardej opozycji do rządzących, najzwyczajniej się nie opłaca. Bo już za jakiś czas struktury państwowe zostaną definitywnie oczyszczone z wszelkich działaczy PSL-u i tym samym realne wpływy partii zostaną zlikwidowane. Wprawdzie PSL tkwi mocno w samorządach, ale to struktury państwowe dają najwięcej możliwości zatrudnienia. Trudno bowiem wyobrazić sobie funkcjonowanie PSL-u w przyszłości, skoro partia mogłaby utracić możliwość zaoferowania pracy potencjalnym członkom i ich rodzinom. Właśnie z tych powodów Jarubas zaczął coraz bardziej myśleć o zmianie partyjnych barw. I niekoniecznie może to od razu oznaczać członkostwo w PiS. W tym wypadku bardziej chodziłoby o samo bycie w obozie rządzącym. Będąc członkiem prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju, miał okazję odbywać rozmowy polityczne z prezydentem Dudą i jego otoczeniem. I to prezydent stał się jego prawdziwym łącznikiem z kierownictwem rządzącego PiS.

Polscy Spryciarze Ludowi

Politycy PSL-u wypracowali model partii klienckiej, oferującej swoim członkom i ich rodzinom prawie natychmiastowe zatrudnienie. O tym, że tak było, przekonali się dwaj bezrobotni szwagrowie znanego przed laty polityka Ligi Polskich Rodzin (LPR), którzy będąc na pewnej imprezie zadeklarowali swój akces do partii ludowców. I rzeczywiście zaledwie kilka tygodni po tym, jak podpisali deklaracje wstąpienia do PSL-u otrzymali całkiem niezłe posady w państwowych instytucjach. Co więcej, szybko pracę „na państwowym” znalazły także ich żony i matki.

PSL w swoich zasobach kadrowych zawsze miał miejsca pracy w wielu kontrolowanych przez siebie instytucjach. Ludowcy w tym zakresie są znacznie skuteczniejsi niż terenowe urzędy pracy. Tak było w czasach PRL-u i tak było od początku III RP. Do imperium wpływów ludowców zawsze należały instytucje związane z rolnictwem i wsią. To właśnie tam zawsze był ulokowany bank „ciepłych” posad, które partia mogła zaoferować sojusznikom. Zazwyczaj kontrolowanemu przez PSL resortowi rolnictwa podlegało kilka potężnych rolniczych agencji. Jedną z nich była zatrudniająca ponad 1300 osób Agencja Rynku Rolnego (ARR), która w ostatnich latach obsługiwała miliardowe transfery unijnych pieniędzy dla Polski w ramach tzw. polityki rozwoju obszarów wiejskich. Inną państwową agencją była Agencja Nieruchomości Rolnych (ANR) mająca struktury w całym kraju i zarządzająca potężnym majątkiem liczącym prawie 2 mln hektarów gruntów rolnych. Nie mniej potężną była Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która również w ostatnich latach obsługiwała unijne dopłaty bezpośrednie dla rolników poprzez sieć swoich 16 oddziałów wojewódzkich i 314 biur ulokowanych w powiatach. Do tego dochodziła sieć ośrodków doradztwa rolniczego w całym kraju z równie olbrzymim majątkiem i całą „pajęczyną” państwowych spółek z nimi powiązanych, obsługujących sektor rolny. Oprócz tego ludowcy mieli do zaoferowania posady w Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, Kołach Gospodyń Wiejskich, swoich wydawnictwach branżowych, bankach spółdzielczych, nie mówiąc już o starostwach powiatowych i urzędach gmin, w zdecydowanej większości kontrolowanych przez PSL. To ogromne „państwowe imperium” dawało PSL-owi nieograniczone możliwości oferowania miejsc pracy wpływowym wyborcom. Zresztą działacze partii nigdy nie mieli żadnych zahamowań, aby obsadzać je swoimi ludźmi, nawet jeśli nie mieli oni kwalifikacji, jakie wymagane były do ich objęcia. Dochodziło nawet do takich absurdów, że w państwowych spółkach branży rolnej prawie wszyscy w nich zatrudnieni byli członkami PSL-u lub osobami z ich rodzin, albo też zostali poleceni przez polityków tej partii. Tak było również w spółce Elewarr, zatrudniającej kilkadziesiąt osób, w której zarząd składał się aż z 11 osób, a każda z nich pobierała gażę w wysokości kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie. Jednak w jeszcze większym wymiarze problem „polityki zatrudnienia” w wydaniu PSL-u mogliśmy zauważyć na przykładzie województwa podkarpackiego, które w ostatnich latach stało się czymś w rodzaju prywatnego księstwa Jana Burego – przez wiele lat szefa klubu parlamentarnego PSL-u i byłego wiceministra Skarbu Państwa. Praca w instytucjach państwowych i agendach państwowych uzależniona była na Podkarpaciu od opinii Jana Burego i jego partyjnego podwładnego Mirosława K. – byłego marszałka województwa podkarpackiego, któremu prokuratura postawiła już 16 zarzutów, w tym również te, które wiązały się z żądaniem „dodatkowych korzyści” za zatrudnienie w podległych mu jednostkach. Na Podkarpaciu, gdzie bezrobocie nadal należy do największych w kraju „dysponowanie” miejscami pracy zapewniało Janowi Buremu i jego kolegom pozycję prawdziwych „feudałów”.

Krach ludowego imperium

Tego statusu „posiadania” politycy PSL-u bronili skutecznie przez lata. Nie było to specjalnie trudne, ponieważ mieli ogromne wpływy w sądach i prokuraturach rejonowych, od których na co dzień zależy jakość funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Mało tego, ludowcy skutecznie wpływali również na jakość stanowionego prawa, aby było ono dla nich samych bardziej „przyjazne”. W ubiegłym roku lobby prawnicze skupione wokół Jana Burego, który przez wiele lat zasiadał w Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS), wprowadziło takie zmiany w prawie, które w praktyce zaowocowały znacznym spadkiem aktów oskarżenia, jakie prokuratorzy kierują do sądów. Jednak gdy władzę przejęło PiS i do resortu sprawiedliwości powrócił Zbigniew Ziobro, rozpoczynając wdrażanie swojej reformy wymiaru sprawiedliwości, realny wpływ na funkcjonowanie sądów i prokuratury oraz możliwość kreowania obowiązującego prawa po prostu dla ludowców się skończyły. Dzisiaj każdy z nich myśli tylko o tym, jak uratować siebie przed politycznym końcem. Nie bez znaczenia są też obawy o zgromadzony w ostatnich latach majątek. Trudno bowiem w pełni udokumentować jego faktyczne pochodzenie. Właśnie dlatego, wielu z nich boi się dzisiaj, że niebawem mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności za swoje „interesy” majątkowe z czasów, gdy byli u władzy.

Model funkcjonowania PSL-u jest już dzisiaj na wyczerpaniu. Innej partii ludowcy nie są w stanie zbudować. Składa się na to wiele czynników, łącznie z polityczną tradycją i sposobem myślenia o państwie, jakie dominują w tej partii. Mówiąc bez ogródek, sprowadza się to do starego chłopskiego powiedzenia, które mówi, że „grabie grabią do siebie”. Na swój sposób z PSL-em jest trochę tak, jak z rosyjską gospodarką, która zawsze oparta była na surowcach i zbudowanie innego jej modelu, niż model surowcowy, jest dla rosyjskiej klasy politycznej po prostu niemożliwe. Krótko mówiąc, surowcowe bogactwo Rosji stało się prawdziwą klątwą dla jej gospodarki. Podobnie jest dzisiaj w Polsce z partią ludowców, którzy nie są w stanie zbudować innego modelu swojej partii, a dotychczasowy jest chyba niemożliwy do utrzymania.

Przejście do obozu PiS (bo niekoniecznie oznaczać będzie to natychmiastowe połączenie z tą partią), wielu politykom PSL-u ma nie tylko uratować ich kariery, lecz także sprawić, że władza z mniejszym zaangażowaniem będzie badać to, w jaki sposób dorabiali się politycy tej partii. W obecnej sytuacji może to być najlepsza szansa dla polityków PSL-u.

Autor

Poprzedni artykułPiekło podatkowe
Następny artykułCena milczenia

Najnowsze