9.8 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Co dalej z kredytami w CHF?

Koniecznie przeczytaj

W dość nieoczekiwany sposób największa presja na rząd może wkrótce pojawić się ze strony coraz bardziej sfrustrowanego lobby frankowiczów.

W miniony weekend na ulice Warszawy wyszli protestujący, którzy stają się coraz bardziej zaniepokojeni bezczynnością rządu. Protestujących nie było wprawdzie oszałamiająco wielu (około tysiąca osób), lecz znamienne były hasła i transparenty, które ze sobą przynieśli. Manifestacja została zorganizowana m.in. przez stowarzyszenie „Stop bankowemu bezprawiu”, którego prezesem jest związany z Prawem i Sprawiedliwością reżyser Maciej Pawlicki, dlatego nie sposób całego wydarzenia uznać za imprezę sponsorowaną przez opozycję. Na jednym z transparentów pojawiła się nawet podobizna prezydenta Andrzeja Dudy z nienaturalnie długim nosem, a manifestanci krzyczeli m.in. „Duda drugi raz się nie uda”, co pokazuje wyraźnie, że dla wielu osób cierpliwość się skończyła. Skromna grupa protestujących powoli zaczyna mówić to, co nawet 700 tys. Polaków zadłużonych we frankach myśli już od dawna. I choć na razie nie ma to żadnego przełożenia na wyniki w sondażach, już wkrótce może się to zmienić.

Kasy brak

Ogłoszony pod koniec sierpnia plan budżetu na 2017 rok jest dość napięty. Priorytet uzyskały transfery socjalne, na których sfinansowanie rząd zadłuża się na zagranicznych rynkach oraz próbuje uzupełniać budżet poprawiając ściągalność podatków. Całkowitym niepowodzeniem zakończyła się próba opodatkowania wielkopowierzchniowych sieci handlowych, które po wprowadzeniu nowego podatku obrotowego mają zasilić budżet państwa kwotą wynoszącą co najwyżej 1,4 mld zł. Okazuje się, że 23 miliardy złotych przeznaczone na program 500 plus stanowią samo w sobie tak duże wyzwanie dla budżetu, że przyszłoroczny deficyt będzie wynosił aż 59 mld zł i tym samym osiągnie rekordowy poziom po 1989 roku.

Dla wszystkich, którzy choćby pobieżnie znają stan finansów państwa, jest kwestią absolutnie oczywistą, że rządu zwyczajnie nie stać na żadną kompleksową ustawę, która przyniosłaby frankowiczom realną ulgę (ta musiałaby kosztować minimum 40 mld zł). Z tego właśnie względu na początku sierpnia Kancelaria Prezydenta przygotowała projekt ustawy przewidującej, że frankowicze będą mogli liczyć jedynie na zwrot spreadu. Takie rozwiązanie miałoby zdaniem prezydenckich prawników kosztować łącznie 3,6-4 mld zł, lecz w opinii przedstawicieli banków nawet 12-15 mld zł. W dalszej perspektywie urzędnicy prezydenta zapowiedzieli także pomoc przy przewalutowaniu, jednakże bez wskazania konkretnych ram czasowych.

Propozycja ta, zdecydowanie mniej hojna niż wcześniejsze projekty zakładające nawet przerzucenie wszystkich kosztów przewalutowania na banki, spotkała się naturalnie z negatywną reakcją organizacji zrzeszających zadłużonych. Zgodnie z pierwotnymi planami oraz świetlaną wizją roztaczaną przez Andrzeja Dudę w czasie kampanii prezydenckiej, Polska miała skopiować rozwiązania wprowadzone wcześniej w życie m.in. na Węgrzech, gdzie banki zmuszono do przewalutowania i zwrotu spreadów. Zamiast tego prezydent po cichu wycofał się z jednej ze swoich kluczowych obietnic, na dodatek zwodząc swoich wyborców przez ponad rok zapowiedziami realizacji najbardziej optymistycznego scenariusza.

Postawa prezydenta Dudy z jednej strony nie dziwi, gdyż forsując kompleksową pomoc dla frankowiczów mógł poważnie zagrozić stabilności finansów publicznych, z drugiej zaś jego obietnica z 2015 roku wydaje się dziś szczególnie nieostrożna i lekkomyślna. Można nawet odnieść wrażenie, że eksperci Prawa i Sprawiedliwości nie policzyli kosztów wszystkich swoich obietnic lub też hurraoptymistycznie ocenili możliwość zwiększenia przychodów do budżetu.

Obecnie ekipa rządząca musi szybko przemyśleć swój plan działania, gdyż lada dzień może się znaleźć między młotem a kowadłem. Z jednej strony pojawi się bowiem rosnąca presja zadłużonych we frankach, którzy czują się oszukani niespełnioną obietnicą, z drugiej zaś będzie rosło niezadowolenie ze strony banków, którym grozi lawina procesów. Kilka tygodni temu przed Sądem Okręgowym w Warszawie odbył się proces wytoczony Bankowi Millennium przez jednego z frankowiczów. Sąd unieważnił w całości umowę kredytową i nakazał wypłacenie kredytobiorcy rekompensaty. Jeśli wyrok zostanie utrzymany, a polskie sądy będą w analogiczny sposób rozstrzygać w analogicznych procesach (a przygotowano już pozwy zborowe), wówczas banki zostaną zmuszone do wypłacenia kosztownych rekompensat, zanim rząd czy prezydent zdążą przygotować jakąkolwiek ustawę.

Sektor bankowy w każdym państwie odgrywa szczególną rolę i jego straty przekładają się ostatecznie na kondycję finansów publicznych, dlatego nieprzychylne dla banków wyroki mogą wytworzyć na rząd dodatkową presję, aby ten uruchomił dodatkowe środki na ratowanie ich kondycji. Stanie się to tym bardziej palącym problemem, gdy sądy zaczną nakazywać unieważnienie kredytów i pełną rekompensatę. Do tej pory mówiło się, że niezwykle kosztowny byłby projekt zakładający przewalutowanie na żądanie klienta; cóż zaś powiedzieć o rozwiązaniu, które pociąga za sobą anulowanie tysięcy umów kredytowych?

Najbardziej znamienne dla niedawnego protestu frankowiczów było to, że dotarłszy do Sejmu, spotkali się z wicemarszałkiem Sejmu, Stanisławem Tyszką z Kukiz’15. Ugrupowanie to umiejętnie przejęło w ostatnich miesiącach rolę trybuna niezadowolonych kredytobiorców. W maju to właśnie klub parlamentarny Pawła Kukiza złożył w imieniu zadłużonych w Sejmie projekt ustawy przewidującej delegalizację wszystkich kredytów zaciągniętych w obcych walutach. Projekt ten nie został, rzecz jasna, przyjęty, lecz Kukiz’15 może w najbliższym czasie ugrać sporo politycznego kapitału na tzw. kwestii frankowej. Prawo i Sprawiedliwość traktuje priorytetowo inne kwestie, dlatego ugrupowanie Kukiza i Tyszki ma dużą szansę na przyciągnięcie głosów wszystkich tych, którzy najbardziej oczekiwaliby zdecydowanych ruchów wobec sektora bankowego. Tym bardziej że na Kukiz’15 nie ciąży żadna kosztowna obietnica wyborcza.

Nie zapłacą rat

Stopień desperacji polskich frankowiczów najlepiej obrazuje ogłoszony w czasie manifestacji zamiar przeprowadzenia akcji „Nie płacę haraczu”, która miałaby polegać na tym, że zadłużeni we frankach przez okres 2-3 miesięcy przestaliby płacić bankom raty kredytu. Zgodnie z zapowiedziami „zakręcenie kurka” z pieniędzmi miałoby nastąpić od października do grudnia, co przy masowej skali zjawiska mogłoby zakłócić normalne funkcjonowanie banków, które musiałyby uzupełnić środki finansowe w innych źródłach. Zasadniczo jednak wątpliwe jest, aby zmusiłoby to banki do jakichkolwiek ustępstw.

O wiele większy problem dla sektora bankowego pojawiłby się dopiero w momencie, gdyby Polacy przestali płacić raty masowo i w perspektywie dłuższej niż 3 miesiące. Tego typu strukturalna „dziura” w budżecie banków stanowiłaby wielki problem także dla finansów publicznych.

Nierozwiązany problem z lekkomyślnie złożoną obietnicą wyborczą dotyczącą kredytów zaciągniętych we frankach szwajcarskich najprawdopodobniej nie zakończy się dla PiS-u happy endem. Partia Jarosława Kaczyńskiego ma do wyboru albo dalej mamić wyborców obietnicą rozwiązania problemu w „bardziej sprzyjających dla budżetu okolicznościach”, albo powiedzieć otwarcie, że niestety obietnicy zrealizować się nie da, gdyż nie ma na nią pieniędzy w budżecie. Drugie z powyższych rozwiązań podpowiada rozsądek, lecz Prawo i Sprawiedliwość nie należy do formacji skłonnych do zachowywania nadmiernej dyscypliny budżetowej. Ponadto, kierownictwo partii panicznie boi się reakcji społeczeństwa na wycofanie się z udzielonej wcześniej obietnicy, gdyż pragnie odgrywać rolę formacji, która niczym Janosik odbiera pieniądze zepsutym elitom i przekazuje je prostemu ludowi.
Jednakże dalsze zwlekanie z ustawą satysfakcjonującą frankowiczów nie przyniesie także żadnych korzyści, gdyż cierpliwość wielu zadłużonych właśnie się kończy lub skończyła. Tym bardziej, iż kurs franka do złotówki nadal daleki jest od stabilizacji. Tuż po referendum w sprawie Brexitu, szwajcarska waluta znów się umocniła i pomimo korekty kursu nadal utrzymuje się na poziomie, który dla tysięcy osób oznacza, że wartość zaciągniętego kredytu wzrosła o nawet 100 proc.

Wobec zamierających protestów Komitetu Obrony Demokracji siły opozycyjne mogą w pewnym momencie wykorzystać apatię władzy i zgromadzić na ulicach tłumy niezadowolonych. Tych zaś może wkrótce okazać się na tyle dużo, że nie pomoże nawet liczba zadowolonych z programu 500 plus.

Autor

Poprzedni artykułRadzić każdy może
Następny artykułWaluty on-line

Najnowsze