19.5 C
Warszawa
sobota, 2 lipca 2022

Trump a sprawa Polska

Koniecznie przeczytaj

Zwycięstwo Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich stawia pytanie: jakie konsekwencje ten wybór będzie miał dla świata i naszego kraju?

Rankiem 8 listopada Polacy dowiedzieli się, że zwycięzcą amerykańskich wyborów prezydenckich został kandydat Partii Republikańskiej, Donald Trump. Okazało się, że nie trzeba było ręcznego liczenia głosów w poszczególnych stanach i kolejnego związanego z tym napięcia, tak jak bywało w niedawnej przeszłości. Trump wygrał wyraźnie, zdobywając aż 276 z 538 głosów elektorskich w całej Ameryce. Jego przeciwniczka, kandydatka Demokratów Hillary Clinton, wbrew wielu wcześniejszym prognozom zdobyła zaledwie 218 głosów elektorskich. Oficjalnie Trump zostanie zaprzysiężony na prezydenta dopiero za dwa miesiące, bo uroczystość wyznaczono na 20 stycznia 2017 r. Pierwszym odczuciem, jakie nam w Polsce towarzyszyło tamtego powyborczego ranka, gdy dowiedzieliśmy się o wyniku amerykańskich wyborów, było zaskoczenie. Od tygodni opinia publiczna także w Polsce „pompowana” była informacjami, które wskazywały, że to kandydatka Demokratów Hillary Clinton prowadzi zdecydowanie w sondażach poparcia i to ona powinna odnieść ostateczne zwycięstwo. Nawet jeśli od czasu do czasu podawano nam, ze Hillary straciła kilka procent ze swojej przewagi nad Trumpem, to zaraz potem komunikowano, że je szybko odrobiła, znowu utrzymując bezpieczne prowadzenie nad swoim kontrkandydatem. Jednak w ostatnich tygodniach trwania amerykańskiej kampanii prezydenckiej mogliśmy również dostrzec, że w kampanię wyborczą Clinton mocno zaangażował się urzędujący prezydent USA, Barack Obama, polityk bądź co bądź bardzo utalentowany, przynajmniej jeśli chodzi o prowadzenie kampanii wyborczych. To był kolejny argument skłaniający do tego, by sądzić, że wygra właśnie Clinton. I dlatego właśnie wynik amerykańskich wyborów dla wszystkich w Polsce, którzy je choć trochę śledzili, okazał się większym lub mniejszym zaskoczeniem. W każdym razie wybór Donalda Trumpa na nowego prezydenta, postawił raz jeszcze zasadnicze pytanie, co tak naprawdę będzie oznaczała ta prezydentura dla Ameryki, świata, Europy, a więc i samej Polski. Nas oczywiście interesuje najbardziej odpowiedź na to ostatnie pytanie: jakie konsekwencje dla naszego kraju będzie miała decyzja amerykańskich wyborców? Czy w czasach Trumpa nasze relacje z Amerykanami ulegną zmianie i czy Polacy na tym stracą, czy też skorzystają? Aby jednak odpowiedzieć na to najbardziej nurtujące nas pytanie, trzeba najpierw podjąć próbę opisania tego, jak będzie wyglądała jego polityka wewnętrzna i zagraniczna. Dopiero potem możemy postawić w naszych rozważaniach kwestię Trump a sprawa polska i próbować się z nią na chłodno zmierzyć.

USA pod rządami Trumpa

Amerykańskie i europejskie media od dawna epatują opinię publiczną sugestiami, że rządy Donalda Trumpa będą katastrofą zarówno dla Ameryki, jak i dla świata. Przybrało to zdecydowanie na sile po ogłoszeniu wyników. Powszechnie możemy usłyszeć i przeczytać, że nowym prezydentem USA został ktoś, kto nie tylko nie ma żadnych kwalifikacji politycznych, lecz także jest po prostu całkowicie nieprzewidywalny i taka będzie jego polityka, co samo w sobie jest zagrożeniem dla Ameryki i świata. Tę egzegezę trzeba jednak uznać raczej za wynik frustracji nie tylko z powodu tego, że prezydentem USA nie została Hillary Clinton, ale i dlatego, że Trump nie wywodzi się z amerykańskiego establishmentu politycznego, którego przedstawiciele do tej pory zasiadali w Białym Domu. Gdyby np. wygrał Jeb Bush, nikt chyba specjalnie nie rozdzierałby szat i bez znaczenia byłoby to, że rządzić będzie republikański prezydent. Czy zatem to, że Donald Trump nie jest przedstawicielem amerykańskiego establishmentu, może budzić obawy Ameryki, świata i nas Polaków? Już pierwsze dni po wyborach mogą wskazywać, że Donald Trump zbuduje swój prezydencki gabinet, opierając się w decydującej mierze na kadrach republikanów. Zresztą oni sami zaraz po ogłoszeniu zwycięstwa Trumpa przestali się od niego dystansować i zaczęli coraz bardziej myśleć o tym, jak realnie uchwycić ster władzy po ośmiu latach, jakie minęły od prezydentury republikanina Georga Busha juniora. Swoistym symbolem takiej postawy może być były burmistrz Nowego Jorku, Rudolph Giuliani, który będąc bardzo doświadczonym politykiem, zrozumiał to jeszcze w czasie trwania kampanii wyborczej. W obozie republikanów od kilkunastu dni trwa giełda kandydatów, którzy za dwa miesiące mogliby objąć kluczowe stanowiska w gabinecie Trumpa. To w sporej części ludzie, którzy pełnili już różne funkcje w amerykańskiej administracji w czasach rządów Georga Busha, a nawet jeszcze wcześniej. Warto jedynie wspomnieć, że wspomniany Rudolph Giuliani już w czasach Ronalda Reagana był wysokim urzędnikiem w Departamencie Sprawiedliwości. Równie bogate doświadczenia, jak Giuliani ma Newt Gingrich, który jako spiker Izby Reprezentantów odegrał m.in. zasadniczą rolę w uruchomieniu impeachmentu prezydenta Billa Clintona. Jak się spekuluje, Giuliani ma szansę kierować amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości, a Gingrich Departamentem Stanu. Do grupy kandydatów mających spore polityczne doświadczenie zaliczyć należy Chrisa Christie – gubernatora stanu New Jersey, który nawet rywalizował z Trumpem, gdy Partia Republikańska wyłaniała kandydata do Białego Domu, a także Sarę Palin – gubernatora Alaski, która w wyborach prezydenckich w 2008 r. przewidywana była przez republikanów na stanowisko przyszłego wiceprezydenta USA. A jeśli nawet osoby z republikańskiej giełdy stanowisk nie pracowały wcześniej w prezydenckiej administracji, to i tak z racji swojego zawodowego usytuowania były wystarczająco blisko amerykańskiej polityki. Tak jest np. w przypadku gen. Michaela Flynna – byłego szefa wywiadu wojskowego USA czy Reince’a Priebusa – przewodniczącego Krajowego Komitetu Republikańskiego w czasie kampanii wyborczej. Mają zatem kompetencje i doświadczenie. Nie stanie się zatem tak, jak piszą media i myśli spora część amerykańskiej i europejskiej opinii publicznej, że administracja Donalda Trumpa będzie teraz składała się z ludzi bez doświadczenia i kompetencji, którzy jak sam Trump mogą tylko wyrządzić szkodę interesom USA i ich sojuszników. Będą rządzili republikanie pod wodzą Trumpa, który z pewnością jeszcze nie raz zmieni swoje zdanie w wielu ważnych kwestiach. I właśnie dlatego jego prezydentura wcale nie będzie musiała być rewolucją w rządzeniu Ameryką. Nie oznacza to jednak, że jego rządy nie przyniosą zmian dla amerykańskiej polityki – zarówno tej wewnętrznej, jak i zagranicznej. Zmieni się bardzo wiele. Z pewnością znający się na robieniu biznesu Trump porzuci kosztowne programy socjalne, zainicjowane przez Obamę i będzie chciał w tej kwestii znaleźć i wdrożyć własne rozwiązania, znacznie bardziej racjonalne. Na pewno zmieni się amerykańska polityka imigracyjna, o czym wiele mówił Trump w czasie swojej kampanii wyborczej. W tym zakresie na pewno będą kraje, które na tym stracą jak np., Meksyk (Trump zapowiedział zbudowanie muru na granicy z Meksykiem), a inne zyskają np. poprzez zniesienie dla ich obywateli obowiązku wizowego. W polityce wewnętrznej położony zostanie znacznie większy nacisk na tworzenie nowych miejsc pracy. Trump zresztą w czasie swojej kampanii wiele razy mówił o tym, że priorytetem jego polityki będzie skłonienie amerykańskich firm do przeniesienia swojej produkcji z powrotem do USA. Jeśli tak się stanie, na pewno przełoży się to na lepsze perspektywy amerykańskiego rynku pracy. Jako człowiek biznesu Trump będzie chciał wzorem prezydenta Ronalda Reagana zrobić wszystko, aby rozpędzić amerykańską gospodarkę, do czego najbardziej nadają się innowacyjne programy inwestycyjne. Będzie chciał tego dokonać również poprzez odwrócenie równowagi w handlu z rywalami Ameryki, takimi jak Chiny. A to będzie oznaczało wprowadzenie nowych ceł, a także renegocjacje umów handlowych takich jak NAFTA. Dla Trumpa na pewno oczywiste jest to, że aby mógł myśleć o powtórzeniu swojego sukcesu za cztery lata, to musi rozruszać amerykańską gospodarkę, bo tylko jej dynamika może realnie poprawić los milionów Amerykanów, którzy podczas ostatnich wyborów udzielili mu swojego poparcia.

Jak będzie wyglądała polityka zagraniczna Trumpa?

Jeszcze więcej niepokojów wzbudzała i wzbudza nadal polityka zagraniczna, jaką może prowadzić Donald Trump w czasie swojej prezydentury. Obawy te są nawet znacznie silniejsze niż te, które odnoszą się do polityki wewnętrznej. W dużej mierze są one zasługą amerykańskich mediów inspirowanych przez ludzi ze sztabu wyborczego Clinton. Dzięki temu udało się przypisać Trumpowi wizerunek kogoś, kto od dawna flirtuje z prezydentem Rosji Władimirem Putinem i będzie chciał dogadać się z nim za wszelką cenę. Nawet jednak przyjmując, że Trump rzeczywiście poszedłby tą drogą, zamierzając osiągnąć strategiczne porozumienie z Rosją, to jako człowiek biznesu, szybko przekona się, że nie można na tym porozumieniu zbyt długo bazować, ponieważ Rosja łamie każde porozumienie. I bez znaczenia jest to, czy dochodzi do tego w wyniku tego, że Rosja interpretuje je na swój własny sposób, korzystny jedynie dla niej samej, czy też zawarte porozumienie otwarcie łamie. Mało prawdopodobne jest zatem, by Trump zdołał utrzymać funkcjonowanie takiego porozumienia, jeśli nawet zostanie ono zawarte. Rosja nawet musi złamać takie porozumienie, bo podobnie jak było to w czasach sowieckich, nie może ona funkcjonować bez napędzającego konfliktu z Ameryką. I dlatego zawarcie porozumienia z Amerykanami zawsze będzie traktowała jako dyplomatyczny przerywnik w konflikcie, bez którego Putin nie jest w stanie sprawować władzy w swoim kraju. Tak czy inaczej, Donald Trump bardzo szybko wejdzie w buty polityki konfrontacji z Władimirem Putinem, którego najważniejszym polem będzie oczywiście gospodarka. Jest również wielce prawdopodobne, że Trump będzie chciał wymóc na europejskich sojusznikach Stanów Zjednoczonych wprowadzenie twardych sankcji gospodarczych wobec Rosji, będąc przekonanym, jak kiedyś Ronald Reagan, że te wcześniej czy później rzucą ją na kolana. Ten scenariusz wydaje się najbardziej możliwy do ziszczenia się w czasie jego czteroletniej prezydentury. Zanim jednak do tego dojdzie, na horyzoncie amerykańskiej polityki zagranicznej pojawi się sprawa polityki na Bliskim Wschodzie, tak mocno zabagnionej przez Baracka Obamę. Wiele wskazuje na to, że w sprawie Syrii dojdzie właśnie do doraźnego porozumienia amerykańsko-rosyjskiego, którego owocem będzie wspólna lądowo-powietrzna interwencja USA i Rosji w tym kraju i ewentualne rozgraniczenie wpływów obu mocarstw. Na pewno w tym wypadku dojdzie do przełomu, jeśli idzie o walkę z ISIS. Problem Syrii nie zostanie jednak ostatecznie rozwiązany głównie dlatego, że jak wspomnieliśmy relacje USA i Rosji wejdą po jakimś czasie w fazę twardej konfrontacji. Równie wielkim wyzwaniem dla Trumpa na Bliskim Wschodzie będzie sprawa poprawy stosunków z Izraelem i Turcją, które dzisiaj nie są najlepsze. Tak naprawdę ich polepszenie będzie wiązało się z całościowym podejściem Amerykanów do Bliskiego Wschodu, którego dzisiaj jeszcze nie znamy i które było mało obecne w czasie kampanii wyborczej Trumpa. Czas pokaże, co obok pokonania Państwa Islamskiego stanie się jeszcze dla Amerykanów priorytetem w tym rejonie.

Innym ważnym kierunkiem amerykańskiej polityki zagranicznej w czasach prezydentury Trumpa staną się Chiny. Wiele wskazuje na to, że Trump chcąc doprowadzić do odwrócenia równowagi w handlu z Chinami, wprowadzi nowe cła i będzie usiłował renegocjować z nimi warunki umów handlowych. To może doprowadzić do otwartej wojny handlowej z Chinami, ale może też przynieść i dobre rezultaty dla USA. Takimi byłoby zmuszenie Chin, by przestały manipulować kursem juana i przestrzegały zasad własności intelektualnej, co dla amerykańskiej gospodarki ma dzisiaj kolosalne znaczenie. Tak czy inaczej, dla biznesmana Trumpa relacje z Chinami na pewno będą wielkim wyzwaniem, z którym nie zawaha się zmierzyć, bo będzie miało ono kolosalne znaczenie dla amerykańskiej gospodarki.

Równie wielkim wyzwaniem będą relacje z UE, gdzie istnieje najwięcej obaw dotyczących jego prezydentury. Mogliśmy to zauważyć zwłaszcza w ostatnich dniach, kiedy z ust unijnych polityków padło wiele takich sygnałów. Wystarczy wspomnieć, o powyborczej wypowiedzi Przewodniczącego Komisji Europejskiej, Jeana-Claude Junckera, który stwierdził, że „wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych jest zagrożeniem dla stosunków Unii Europejskiej z USA”. Juncker zaznaczył również, że wybór Trumpa „stanowi ryzyko naruszenia stosunków międzykontynentalnych zarówno, jeśli chodzi o ich zasady, jak i strukturę” i że Bruksela będzie musiała nauczyć nowego amerykańskiego prezydenta „czym jest Europa i jak naprawdę funkcjonuje”. Podobną ocenę Trumpa ma wielu innych unijnych liderów. Nie ulega wątpliwości, że stosunki amerykańsko-unijne będą wyzwaniem nie tylko dla samego Trumpa, lecz także dla polityków przeżywających kryzys wewnętrzny UE. Trump na pewno będzie zaś dążył do wdrożenia nowych zasad euroatlantyckiej współpracy w zakresie bezpieczeństwa, o czym zresztą wiele razy mówił w czasie swojej kampanii wyborczej. Jest również wysoce prawdopodobne, że będzie się starał przerzucić część amerykańskich kosztów funkcjonowania NATO na europejskich członków sojuszu. Krótko mówiąc: będzie próbował wymóc na nich, aby rzeczywiście wywiązywali się ze swoich zobowiązań obronnych jako członkowie NATO i przeznaczali owe 2 proc. PKP na swoje armie. Będzie również starał się wymóc na europejskich sojusznikach to, aby ci wsparli jego inicjatywy w zakresie bezpieczeństwa, a także wszystkie inne, które mogłyby je wzmocnić. Oczywiście najprawdopodobniej spotka się wówczas z silnym oporem europejskich sojuszników. Jednak jeśli sprzeciw ten będzie się utrzymywał dłużej, Trump nie zawaha się wywierać bardziej brutalnej presji. Będzie to robił, szantażując wycofaniem z Europy sił amerykańskich. Być może do osiągnięcia tego posłuży się tymi członkami NATO, którzy spełniają wymogi związane z wydatkami na swoje armie i chcą wsparcia Amerykanów dla poprawy swojego bezpieczeństwa, jak np. Polska, Czechy czy kraje bałtyckie, które uznają to dzisiaj nawet za priorytety swojej polityki. Tak czy inaczej na pewno będzie chciał zmienić dotychczasowe zasady ponoszenia ciężaru euroatlantyckiego bezpieczeństwa przez zachodnioeuropejskich członków NATO.

Polska w politycznych planach Trumpa

Wbrew pozorom amerykańska presja na Europę w aspekcie konieczności nowego ułożenia z nią relacji, zwłaszcza w kluczowym obszarze bezpieczeństwa, może być dla Polski okazją dla politycznego wzmocnienia. Załóżmy zatem, że Trump chcąc narzucić swoje rozwiązania związane z funkcjonowaniem NATO posłuży się Polską i innymi krajami naszego regionu jako narzędziem do tego, aby wywrzeć skuteczną presję np. na Niemcy i zmusić je do współpracy w zakresie bezpieczeństwa na nowych zasadach. Mogłoby to oznaczać całkiem dobre efekty dla Polski. Być może mielibyśmy wówczas do czynienia ze znacznie większym bonusem ze strony Amerykanów niż tylko realizacją postanowień z ostatniego szczytu NATO w Warszawie. Mogłoby na przykład dojść do przesunięcia części amerykańskich sił z Niemiec do Polski. To miałoby ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa naszego kraju i niewątpliwie wzmocniłoby naszą pozycję nie tylko w NATO, ale i w UE. Być może ciche przyzwolenie na to, aby Polska została kartą przetargową w amerykańskiej grze z Europą (Niemcami) wiązałoby się także z pozytywnym załatwieniem kilku innych spraw, na jakich nam od dawna zależy. Taką kwestią mógłby być dostęp do jakiejś amerykańskiej technologii militarnej, do której dostępu nie mają inni europejscy sojusznicy. Być może taką sprawą byłoby również zniesienie amerykańskich wiz dla Polaków, które są przyznawane przez stronę amerykańską czysto uznaniowo (amerykańskie placówki konsularne odrzucają powyżej 3 proc polskich wniosków o wizę). Tak czy inaczej, Polska mogłaby skorzystać na konflikcie amerykańsko-europejskim związanym z ponoszeniem kosztów systemu euroatlantyckiego bezpieczeństwa.

Podsumowując: na pewno mamy szansę więcej zyskać, niż stracić na polityce prezydenta Donalda Trumpa. I najwyższy czas, aby Polacy poważnie potraktowali tę prezydenturę.

Autor

Poprzedni artykułRząd na wojnie z wiatrakami
Następny artykułChilijczycy nie chcą KGHM

Najnowsze