26.8 C
Warszawa
sobota, 25 czerwca 2022

Biurokratyczna wojna hybrydowa

Koniecznie przeczytaj

Do „wykupu” północnych czy wschodnich gmin nie potrzeba wcale brygady bezdomnych. Tak naprawdę wystarczy jeden człowiek, który, umierając, pozostawi po sobie kłopotliwy spadek.

Wtorek, pracownica urzędu miasta w Bartoszycach jak zwykle przychodzi do pracy spóźniona o 9 min. To nic. Naczelnik przychodzi do pracy jeszcze później, więc urzędniczka nie stresując się zbytnio, zaczyna parzyć kawę. Przechodząc obok biurka, zapatrzyła się na stertę wniosków i podań, które wczoraj wpłynęły na biuro podawcze. Zezłoszczona ilością pracy, która ją dziś czeka, oblewa się kawą. Zbulwersowana dzwoni do koleżanki w Gołdapi, ta ją informuje, że tak samo ich urząd z dnia na dzień został zalany dokumentami. Ich wspólna koleżanka, pracująca w sądzie rejonowym, donosi o tym samym. Chociaż kobiety jeszcze tego nie wiedzą, to znalazły się na froncie wojny hybrydowej. Bez zielonych ludzików, wozów opancerzonych i dronów. Ta wojna jest czysta, prowadzona w białych rękawiczkach, ale stwarza takie samo zagrożenie dla funkcjonowania państwa. Stworzony przez państwo system biurokratyczny został obrócony przeciwko niemu.

Bezradne urzędy

Oczywiście ten hipotetyczny scenariusz w stylu powieści political-fiction jest trochę przerysowany, ma jednak zwrócić uwagę na fakt, że w wojnie hybrydowej bronią i celem może być cokolwiek, a polskie sądy czy administracja nie są na nią zupełnie przygotowane. Oczywiście, w walce z biurokracją najgroźniejszym orężem jest statystyka i zwyczajna złośliwość zorganizowanych grup obywateli.

Mieszkaniec Częstochowy postanowił wyrazić swoje oburzenie działalnością miejskiego zarządu dróg w oryginalny sposób. Postanowił zapłacić za mandat monetami o nominale 1 grosza. Nie jest trudno policzyć, że mandat 100 złotowy to 10 tys. monet, które muszą zostać przeliczone. Posłużenie się monetami o różnych nominałach na pewno tylko utrudniło pracę. Urzędnik pracujący w kasie nie miał wyjścia i musiał przyjąć płatność. Sparaliżowało to jej pracę  na kilka godzin. Częstochowianin wzorował się na pewnym amerykańskim przedsiębiorcy z Virginii, który uiścił monetami podatek od zakupu dwóch samochodów, wynoszący 3 tys. dolarów. W tym celu przyjechał do urzędu z wyładowanymi bilonem 5 taczkami budowlanymi. Zamiast 3 tys. dolarów w banknotach przywiózł 300 tys. jednocentowych monet, które w sumie ważyły 700 kilogramów. Była to zemsta za odsyłanie go od jednego stanowiska do drugiego i odmowę udzielenia informacji. Żeby przyjąć opłatę, urzędnicy musieli zamknąć urząd i wspólnie przeliczać całą kwotę. Zajęło im to 7 godzin.

Quasi protestacyjne akcje z wykorzystaniem bilonu o niskich nominałach nie są wyjątkiem. Kilka lat temu pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale Prawa i Administracji postanowił w ciekawy sposób przetestować polską administrację. Na celownik wziął Biuro Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Polecił studentom, którzy uczęszczali na prowadzone przez niego zajęcia, aby w ramach ćwiczeń przygotowali i wysłali pojedynczo wniosek o wpisanie zabytku ruchomego do odpowiedniego rejestru. Studenci, zachęceni nagrodą w postaci pozytywnej oceny, gremialnie złożyli wnioski, których było około 100. Niektórzy zgłaszali rzadkie monety, stare rowery, a nawet zużyte opony. W całej akcji nie chodziło o uzyskanie wpisu, tylko o uruchomienie urzędniczej machiny. Efekty były porażające, Nagły napływ wniosków sprawił, że funkcjonowanie komórki odpowiedzialnej za rejestrację zabytków zostało sparaliżowane na miesiąc. Zazwyczaj takimi wnioskami zajmowała się jedna osoba i to z tak zwanego „doskoku”. W miesiącu wpływało ich nie więcej jak dwa. Wpływ 100 wniosków sprawił, że urzędniczka musiała poświęcić kilka tygodni na ich obrobienie, a także zostać odciążona z innych obowiązków. Zamieszanie wywołane całą akcją wprowadziło taki zamęt w funkcjonowaniu biura konserwatora, że przedstawiciele urzędu postanowili zadzwonić do władz uczelni z pytaniem, co jest jej powodem.

Wszystkie podobne sytuacje opierają się na prawach statystyki i wykorzystaniu efektu czajnika elektrycznego. Każda struktura administracyjna ugnie się pod skoncentrowanym atakiem. Podobnie jak bank znajdzie się na skraju upadłości, gdy wszyscy jego klienci nagle postanowią wypłacić środki zgromadzone na rachunkach.

Możliwe mechanizmy

Pomysłów na podobne akcje jest nieskończenie wiele. Przykładem może być akcja składania wniosków o udostępnienie informacji publicznej. Takie wnioski są zwolnione z opłaty. Co więcej, mogą być wysłane za pośrednictwem poczty elektronicznej bez podpisu elektronicznego. Zwykły mail może wywołać rozruch urzędniczej machiny. „Prawidłowo” wypełniony wniosek może zmusić organy administracji do przesłania na wskazany adres dowolnej ilości dokumentów. Gdyby przyjąć, że urząd miasta Bartoszyc musi poświęcić na to 3 ryzy papieru w formacie A4, jednostkowe koszty tej operacji to około 100 złotych. Do ceny papieru, druku, wysyłki należy doliczyć czas pracy urzędników i inne opłaty, takie jak kartony do wysyłki, zużycie spinaczy czy innych przyrządów biurowych. Gdyby jednego tygodnia do urzędu miasta wpłynęło 1000 takich wniosków, nie tylko oznaczałoby to paraliż urzędu, lecz także jednostkowe koszty w postaci 100 tys. złotych. A przecież po informację publiczną można zwracać się kilkukrotnie. Akcja może być powielana wobec kilku innych urzędów, co tylko komplikuje jej skutki. O ile kilka milionów złotych w skali kraju to nie są duże straty, o tyle w przypadku gmin położonych wzdłuż granicy z Federacją Rosyjską to już poważny problem. Zadłużenie gminy może prowadzić do konieczności wyłączania oświetlenia w nocy czy ograniczania innych świadczeń na rzecz mieszkańców. Ułatwia to w prosty sposób prowadzenie działań dywersyjnych czy może wpłynąć na wyniki wyborów samorządowych. A przecież nie jest trudno sobie wyobrazić, że grupa 10 rosyjskich hakerów wykorzystując prostą listę mailingową, tworzy korespondencję nawet od 10 tys. polskich obywateli i rozsyła ją do 100 miast w Polsce. Poza finansowym aspektem takiej akcji efektem może być także kompletne sparaliżowanie pracy polskich samorządów.

Kolej na sądy

Statystyki mówią o około 10 milionach spraw sądowych rocznie. Taka potężna machina urzędniczo-sędziowska powinna sobie poradzić z każdą ilością dokumentów. W rzeczywistości polski wymiar sprawiedliwości, podobnie jak każdy inny urząd, ma odkryte tryby, które łatwo zablokować. Przykładem może być wywołanie sztucznego ruchu spraw. Obecnie wystarczy 100 bezdomnych obywateli polskich czy przybyszów ze wschodu, żeby zainicjować ilość postępowań sądowych, których koszty szłyby w setki milionów złotych.

Rozważmy taki przykład. Każdy z naszych bezdomnych ma wobec pozostałych dług w wysokości 100 złotych, który zaciągnęli u niego solidarnie. Zgodnie z prawem może podzielić to zobowiązanie na 99 równych części. I wystąpić do sądu ze sprawą przeciwko każdemu z nich. Równocześnie, jako osoba pozbawiona dochodów może starać się o zwolnienie z kosztów sądowych. Wykorzystując ten sam mechanizm, pozostali pozwą swoich kolegów. Każdy ze 100 bezdomnych wygeneruje 99 spraw, co oznacza łączną sumę prawie 10 tys. spraw. W skali kraju to niewiele. W skali sądu rejonowego w Bartoszycach czy Gołdapi to lawinowy wzrost spraw i kosztów. Dla organizatorów akcji jedynym kosztem może się okazać koszt druku i czasu, który zostaje poświęcony na przygotowanie pisma.

Podobny sukces w paraliżowaniu urzędów państwowych można osiągnąć w odpowiedni sposób, mobilizując mieszkańców państwa do przeprowadzenia działań quasi protestacyjnych. Przykładem może być akcja „zapisz dług politykowi”. W Polsce żyje około miliona osób, które pozostają w skrajnej biedzie lub nie mają realnych perspektyw na wyjście ze spirali zadłużenia. Co by się jednak stało, gdyby tysiąc z nich postanowiło zapisać swój dług spadkowy posłom, senatorom ich rodzinom i lokalnym politykom? Tylko jeśli jedna osoba zawarłaby taką dyspozycję w testamencie, to koszty działania w przypadku 560 posłów i senatorów wyniosłyby 27,5 tys. złotych. Gdyby oprócz parlamentarzystów i innych osób darzonych szacunkiem przez spadkodawcę wskazano ich zstępnych, to koszty jednego testamentu mogłyby iść w setki tysięcy złotych. Oczywiście, można liczyć na to, ze zgodnie z prawem brak reakcji na powołanie do dziedziczenia powoduje przyjęcie spadku z dobrodziejstwem inwentarza. Mało kto zdaje sobie sprawę, że takie ignorowanie niechcianego spadku będzie generowało jeszcze większe koszty. Wracając do akcji „zapisz dług”, testamenty 1000 osób mogą wygenerować koszty notarialne na poziomie 100 milionów złotych. Do tego należy doliczyć paraliż sądów wywołany ciągnącymi się latami postępowaniami spadkowymi.

Kup pan sobie gminę

Do „wykupu” północnych czy wschodnich gmin nie potrzeba wcale brygady bezdomnych. Tak naprawdę wystarczy jeden człowiek, którzy umierając, pozostawi po sobie kłopotliwy spadek. Cały dowcip polega na tym, żeby spadek nabyła gmina, która, oczywiście jako przymusowy spadkobierca, dziedziczy z dobrodziejstwem inwentarza i nie ma możliwości odrzucenia spadku. Gmina odpowiada za długi spadkowe do wartości aktywów wchodzących w skład spuścizny. Dla kwestii odpowiedzialności nie ma znaczenia, czy aktywa są realne do egzekucji. Wystarczy, aby nasz bezdomny posiadał wierzytelności w wysokości 2 milionów złotych wobec innego bezdomnego. Gmina musi wierzycielom pierwszego z nich zapłacić 2 miliony złotych w gotówce lub narazi się na postępowanie egzekucyjne, w którym zostaną sprzedane jej nieruchomości lub też inne aktywa. W ten sposób, jeden po drugim, samorządy mogą zostać przejęte przez rosyjskie banki czy instytucje finansowe.

Bezbronni wobec zagrożenia

Polskie urzędy czy sądy są po prostu nieprzygotowane na tego typu zagrożenia. Nie dysponujemy procedurami chroniącymi przed nadużyciem praw procesowych i administracyjnych przysługujących obywatelom, co skrzętnie może zostać wykorzystane w wojnie hybrydowej z naszym krajem.

Autor

Poprzedni artykułLekarze łapówkarze
Następny artykułObietnice z przymrużeniem oka

Najnowsze