18.6 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Dekoncentracja – kolejne podejście?

Koniecznie przeczytaj

Działające na naszym rynku podmioty z zagranicznym kapitałem zareagowały na to doniesienie tradycyjnym alarmem spod znaku „autorytarna władza chce zdusić medialną krytykę i wolność prasy”.

Piotr Zaremba w „Dzienniku Gazecie Prawnej” (powołując się na „bliskiego współpracownika” Jarosława Kaczyńskiego) podał, że w PiS powrócił temat dekoncentracji mediów. Stosowna ustawa miałaby zostać uchwalona jeszcze jesienią tego roku – co oznacza, że wpisałaby się w kampanię samorządową. Jarosław Kaczyński dał ponoć wstępnie „zielone światło”, prace nad projektem trwają w MKiDN i wszyscy tylko czekają na ostateczny sygnał od prezesa.

Oczywiście, działające na naszym rynku podmioty z zagranicznym kapitałem zareagowały na to doniesienie tradycyjnym alarmem spod znaku „autorytarna władza chce zdusić medialną krytykę i wolność prasy”. Warto tu nadmienić, że owa „wolność” tak naprawdę sprowadza się do uczestnictwa w politycznej dywersji obliczonej na wewnętrzną destabilizację Polski, w czym osobliwą gorliwość wykazują ośrodki niemieckie, nawet niespecjalnie ukrywające, że mają na celu obalenie obecnego rządu – skrajnie niewygodnego dla ich mocodawców – i przywrócenie status quo sprzed 2015 r. Ot, taka agentura wpływu masowego rażenia.

Informacje „DGP” stanowczo zdementowała rzeczniczka PiS Beata Mazurek, twierdząc, że jest to „fake news” i ogólnie rzecz biorąc nie ma tematu. W podobnym duchu wtórował jej marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Cóż, tego typu doniesień mieliśmy okazję wysłuchiwać od 2015 r. wielokrotnie i każdorazowo przebiegały one w rytmie: repolonizacja mediów jest naszym priorytetem – już, już zaraz ruszymy – mamy kilka wariantów ustawy – jednak nie, sytuacja się skomplikowała – zasadniczo jesteśmy za, ale moment jest nieodpowiedni – i nieodmienny finał: odkładamy projekt do zamrażarki. Jeszcze na początku tego roku premier Morawiecki deklarował, że „nie ma pośpiechu”, a z kręgów rządowych szły sygnały, że nie będziemy otwierać „nowego frontu” w napiętych relacjach z zagranicą.

Tymczasem niedawno tenże premier Morawiecki grzmiał we Wrocławiu, że 80 proc. mediów jest w rękach politycznych przeciwników rządu, a prasa regionalna znajduje się w 95 proc. pod kontrolą zagranicznych koncernów. Czyżby zatem przestawienie wajchy?

Niekoniecznie. Gołym okiem widać, że ścierają się dwie wzajemnie blokujące się frakcje – „jastrzębi” i „gołębi”. Pierwsi faktycznie chcieliby utrącić dominującą pozycję zagranicznego kapitału na medialnym rynku, drudzy zaś uprawiają swoisty „kult świętego spokoju” pokrywany zaklęciami o politycznej racjonalności – bo spór z Komisją Europejską o sądownictwo, bo Polska po nowelizacji ustawy o IPN ma i tak wystarczająco złą prasę na świecie, bo trwają negocjacje budżetowe z Brukselą…

Tymczasem sytuacja jest, wbrew pozorom, dość prosta. Nad kwestią „dekoncentracji”, „repolonizacji” czy jak to zwał, wiszą dwa zagrożenia – z czego jedno jest fikcyjne, drugie zaś realne. Zagrożeniem fikcyjnym jest obawa, że ustawa dekoncentracyjna pogorszy naszą sytuację przetargową w sporze z Unią Europejską. Warto przyjąć do wiadomości, że Bruksela będzie zwalczała wszelkimi możliwymi metodami obecny rząd bez względu na to, co ten zrobi lub czego nie zrobi. Te wszystkie trybunały konstytucyjne, niezależność sądownictwa czy właśnie rynek medialny – to jedynie preteksty. W optyce eurokratów PiS jest „ciałem obcym” – „nieliberalnym” ugrupowaniem, które należy zwalczać bez względu na wszystko. Warunkiem względnego spokoju byłaby tylko stuprocentowa kapitulacja, sprowadzająca się do uznania przez Polskę swojego kolonialnego statusu – politycznego, gospodarczego oraz ideologicznego. Tak więc histeryczną reakcję Brukseli trzeba z góry wliczyć w koszty i robić swoje.

Drugie zagrożenie, realne, to kwestia umów o wzajemnym popieraniu inwestycji (BIT), jakie łączą nas z kilkudziesięcioma państwami – w tym z krajami macierzystymi zagranicznych medialnych potentatów. W umowy te wmontowany jest mechanizm ISDS pozwalający inwestorowi pozywać państwo-gospodarza przed międzynarodowy arbitraż i domagać się odszkodowań np. z tytułu wywłaszczenia (w tym również „wywłaszczenia z zysków”). Skutkiem powyższych umów jest, chociażby tzw. efekt mrożący („chilling effect”) – państwo celowo wstrzymuje się od posunięć mogących narazić je na straty finansowe. W przypadku korowodów wokół dekoncentracji najprawdopodobniej obserwujemy właśnie to zjawisko.

Pytanie, czy nie warto ponieść ryzyka procesu, tym bardziej że nie jesteśmy tak całkiem bez argumentów – począwszy od powołania się na zapisy dekoncentracyjne obowiązujące w innych krajach UE, po wykazanie, że rzekome „wywłaszczenie z zysków” nie ma pokrycia w „zyskowności” wykazywanej na potrzeby zeznań podatkowych CIT. Jeżeli TVN wykazuje niemal co roku straty, a np. Ringier Axel Springer Polska przy dochodzie 13 269 315 zł „wypracował” 170 306 zł podstawy opodatkowania i w związku z tym zapłacił… 32 358 zł CIT (dane Ministerstwa Finansów) – to o jakim „wywłaszczeniu z zysków” tu mówimy?

Jedno jest pewne – albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.

Autor

Najnowsze