-0.7 C
Warszawa
piątek, 9 grudnia 2022
Advertisement

Świat bez VAT

Koniecznie przeczytaj

Ćwierć wieku temu wprowadzono w Polsce podatek VAT. Politycy i eksperci przekonywali wówczas, że pozostaje kwestią czasu, kiedy to samo uczynią pozostałe państwa na całym świecie. Mylili się. Jest wiele krajów, które prowadzą skuteczną politykę fiskalną bez tej daniny, ale powoli i one zmierzają w stronę VAT-u.

 5 lipca 1993 roku weszła w życie ustawa wprowadzająca na obszarze Polski system podatku od towarów i usług. Rządem kierowała wówczas Hanna Suchocka, a ministrem finansów, który koordynował prace nad VAT-em, był Jerzy Osiatyński. W rzeczywistości jednak pieczę nad procesem legislacyjnym sprawował prof. Witold Modzelewski, któremu powszechnie przypisuje się autorstwo tej ustawy, czemu zresztą on sam nie zaprzecza. Atmosferę towarzyszącą wejściu w życie nowych przepisów można porównać do najbardziej ruchliwego skrzyżowania, bez znaków, świateł oraz latarni. Nikt wówczas nie wiedział, czy wdrożenie systemu skończy się tragiczną kraksą, czy też widowiskowym wirażem na zakręcie.

Pamiętajmy, że 25 lat temu rząd nie dysponował tak potężnym narzędziem, jakim dziś jest Internet. Komunikacja na linii rząd-podatnicy odbywała się drogą papierowych wydań „Rzeczpospolitej” lub za pośrednictwem wiadomości emitowanych w publicznej telewizji. Dezorientacja i chaos to najdelikatniejsze z określeń, których można użyć do opisu tamtych wydarzeń. Mimo to rząd, a raczej prof. Modzelewski, postawił na swoim i ostatecznie VAT nad Wisłą zadebiutował na początku lipca 1993 r. Politycy rządzących formacji przekonywali wtedy, że to jedyna słuszna droga, że prędzej, czy później, VAT zagości na całym świecie. Dziś wiemy, że się mylili. Owszem, w większości rozwiniętych gospodarek VAT jest nieodłącznym elementem polityki fiskalnej państwa, niemniej znajdziemy i takie kraje, które na brak pieniędzy w budżecie nie narzekają, mimo że podatek VAT jest im obcy.

Przykłady? Stany Zjednoczone, które mają swój specyficzny, stanowy podatek od sprzedaży, niewymagający od przedsiębiorców karkołomnej dokumentacji. Kuwejt, gdzie o skrócie „VAT” nikt, nigdy nie słyszał. Czy nawet Katar, którego gospodarka pędzi w sprinterskim tempie, pomimo (a może dzięki temu?) braku podatku od towarów i usług. Pokusa do wprowadzenia podatku VAT w elitach rządzących tymi państwami jest jednak duża. I nie ma się co dziwić, bo to najbardziej „dojny” instrument polityki fi skalnej, jaki kiedykolwiek wymyślono. W Stanach Zjednoczonych już od ponad dekady trwa dyskusja na temat wprowadzenia VAT-u na poziomie federalnym i wydaje się kwestią czasu, kiedy ostatecznie to nastąpi. Jak w ogóle zaczęła się historia tego podatku? I czego możemy spodziewać się po „nim” w przyszłości?

Krótka historia VAT-u

Podatek VAT ma wielu ojców. Jego dzisiejsza forma jest wynikiem procesu ewolucji ludzkiej myśli na temat idei opodatkowania. Ciężko dokładnie wskazać kto, kiedy i gdzie jako pierwszy przedstawił podatek VAT w znanej nam postaci. Niewątpliwie za „przodka” podatku od towarów i usług można uznać amerykańską daninę od sprzedaży towarów, która zyskała szczególny rozgłos w trakcie wojny secesyjnej (1861–1865). Nieco zmodyfikowana forma tego podatku występuje do dzisiaj na terenie większości stanów. Jego konstrukcja była bardzo prosta, jednak miała wiele mankamentów. Zakładała ona bowiem nałożenie dodatkowej opłaty na sprzedaż przy każdej kolejnej fazie obrotu towarem.

Zatem jeżeli droga od producenta do finalnego konsumenta przebiegała przez kilku pośredników, to każdy kolejny doliczał do ceny sprzedaży podatek. Obecna konstrukcja „odliczenia podatku naliczonego” nie była wówczas znana, co powodowało, że na każdym etapie transakcji cena towaru drastycznie rosła. W konsekwencji finalna cena towaru była w sposób nienaturalny zawyżona, co w dłuższej perspektywie skutkowało poważną presją inflacyjną, a w skrajnych przypadkach wytwarzało tzw. spiralę inflacyjną, od której już prosta droga do kryzysu ekonomicznego.

Drugim poważnym mankamentem podatku od sprzedaży (w wersji amerykańskiej) był tzw. efekt kaskadowy (termin zaczerpnięty z nauk biologicznych), czyli „zakłócenia”, a czasem wręcz przerwania, łańcucha dostaw, co z kolei prowadziło z jednej strony do bankructw producentów i pośredników, z drugiej zaś powodowało, że towar nie trafiał do ostatecznego konsumenta. Powszechnie przyjmuje się, że recepta na powyższe bolączki podatku od sprzedaży została wymyślona we Francji pod koniec lat 40. XX wieku. Legenda powiada, że właśnie wówczas po raz pierwszy, na poziomie lokalnym, wprowadzono mechanizm odliczenia podatku od dokonanych zakupów. W konsekwencji do urzędów skarbowych zaczęto wpłacać różnicę pomiędzy podatkiem należnym a naliczonym. Dzisiaj mechanizm ten nazywamy zasadą neutralności, której realizacja powoduje, że faktycznym podatnikiem jest finalny konsument.

Nowy system szybko zyskał wielu zwolenników, w tym ważnych polityków i profesorów z prestiżowych uniwersytetów europejskich. Postępowano z nim jednak ostrożnie, najpierw zamierzano przetestować nową wersję podatku, a dopiero później uruchomić tryby legislacyjne. „Królikiem doświadczalnym” było Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie postanowiono przetestować innowacyjną daninę. Testy zdały egzamin i pod koniec lat 60. Francja weszła na ścieżkę legislacyjną, co był początkiem światowej „ekspansji” podatku VAT. Za jego oficjalnego twórcę uznaje się inżyniera znad Sekwany, niejakiego Maurice’a Laure, który po II wojnie światowej wstąpił do francuskiej kontroli podatkowej i został szybko mianowany na jednego z dyrektorów. Po kilku latach w administracji państwowej „przeskoczył” do sektora prywatnego, gdzie zasiadał w zarządach kilku spółek, głównie bankowych.

Mimo że to Leure spijał „śmietankę” za sukces w inżynierii podatkowej, to prawdziwych twórców konstrukcji VAT-u należy szukać gdzie indzie i kilkadziesiąt lat wcześniej. Otóż koncepcję zasady neutralności już w latach 20. wyłożył niemiecki przedsiębiorca, syn magnata telekomunikacyjnego von Siemensa. Jego prace przeszły jednak bez większego echa, zyskując jedynie „lokalny” rozgłos. Eksperymenty z 10-procentowym podatkiem od wartości dodanej przeprowadzano również w latach 40. w Norwegii.

„Nie” dla VAT-u

VAT-owska euforia szybko przekroczyła granice Francji i rozlała się po wszystkich kontynentach. Udoskonaloną wersję podatku od sprzedaży w 1967 r. wprowadziła Dania, trzynaście lat później zrobił to Meksyk, a w 1984 r. przyszła kolej na Chiny. Na początku lat 90. do VAT-u przekonali się Kanadyjczycy, a w jubileuszowy 2000 rok podatek dotarł do Australii. Obecnie tylko 21 państw nie wprowadziło tej formy opodatkowania. Wśród nich są m.in. Stany Zjednoczone, które pozostały przy – nieco archaicznej – formie podatku od sprzedaży (sales tax). W dużym skrócie polega on na opodatkowaniu ostatniej fazy obrotu towarami i usługami, innymi słowy – podatek nie jest „przerzucany” przez kolejne firmy (dzięki temu nie ma presji inflacyjnej oraz tzw. efektu kaskadowego).

Podatek od sprzedaży jest ustalany w sposób autonomiczny przez każdy stan (nie jest uregulowany na poziomie federalnym), oprócz tego poszczególne hrabstwa mogą we własnym zakresie podnieść stawkę o kilka punktów procentowych. Niektóre stany w ogóle nie wprowadziły tego podatku (np. Oregon, Montana, Deleware), a w niektórych sięga on nawet 10 proc. (Louisiana). Głośne „nie” dla podatku VAT słychać również w krajach Bliskiego Wschodu, chociaż w regionie tym od kilku lat można dostrzec cichy romans rządzących elit z tą formą opodatkowania. Powodem tego „zbliżenia” jest niestabilność cen na rynku ropy naftowej. Dopóki ze sprzedaży surowców petro-miliardy płynęły szerokim strumieniem, dopóty szejkowie nawet nie myśleli o wprowadzeniu podatku VAT.

Podejście do podatku obrotowego uległo zmianie w tamtym roku, kiedy spadły ceny ropy, co w wypadku Arabii Saudyjskiej skończyło się recesją na poziomie 0,5 proc. PKB. Tąpnięcie gospodarcze na Bliskim Wschodzie zapoczątkowało poważną debatę na temat VAT-u. Pierwsza przed szereg wyszła właśnie Arabia Saudyjska, która wprowadziła podatek od towarów i usług na poziomie 5 proc., przy czym spod opodatkowania wyjęto szereg produktów (i usług). Nowa danina nie spotkała się z entuzjazmem wśród Saudyjczyków, dlatego rząd „przekupił” społeczeństwo różnymi dopłatami, dotacjami oraz podwyżkami na kwotę ponad 13 mld dol. Podobną strategię przyjęły Zjednoczone Emiraty Arabskie, których rządzący, przekupiwszy społeczeństwo „socjalem”, wprowadzili 5 proc. stawkę VAT (od 1 stycznia 2018 r.). Nowy podatek początkowo zamierzały wprowadzić wszystkie państwa członkowskie Rady Współpracy Zatoki Perskiej (oprócz dwóch wspomnianych do RWZP należą: Katar, Kuwejt, Bahrajn i Oman), jednak społeczny sprzeciw okazał się tam trwalszy, niż początkowo przypuszczano.

Polska bez VAT? Wykluczone

Pomimo upływu ćwierćwiecza od wprowadzenia VAT-u, w Polsce wciąż do opinii publicznej przebijają się głosy przeciwników tej daniny, którzy postulują jej całkowite zniesienie. Niecały rok temu jeden z prezesów Zarządu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego stwierdził, że likwidacja VAT byłaby najprostszym rozwiązaniem na zatrzymanie wielomiliardowych wyłudzeń. Nawet jeżeli argumenty zwolenników likwidacji są miejscami racjonalne, to i tak żaden polityk nigdy nie wsłucha się w te głosy. Bez VAT-u nie ma bowiem miejsca na obietnice wyborcze i polityczne manipulacje. Wpływy budżetowe z tego podatku wynoszą rocznie ok. 170 miliardów złotych. Bez tej kasy panowie na Wiejskiej nie mogliby obiecywać „gruszek na wierzbie” i – co gorsza – czasem te gruszki rozdawać.

Likwidację VAT-u ciężko sobie wyobrazić z jeszcze jednego powodu. Otóż polski system podatku od towarów i usług jest de facto oraz de iure częścią europejskiego. Przystępując do UE, zobowiązaliśmy się, że będziemy elementem tego systemu, a co za tym idzie – jego opuszczenie byłoby równoznaczne z „Polexitem”. O ile o likwidacji mowy być nie może, o tyle można przypuszczać, że w niedalekiej przyszłości Bruksela dokona fundamentalnych zmian w podatku VAT. Na szczytach unijnej władzy nikt nie ma już wątpliwości, że system oparty na zerowej stawce VAT-u przy sprzedaży pomiędzy państwami członkowskimi, nie zdał egzaminu. Mało tego, właśnie to rozwiązanie było przez lata wykorzystywane przez mafie podatkowe do wielomiliardowych wyłudzeń.

Receptą na te patologie ma być wprowadzenie tzw. odwrotnego obciążenia na poziomie unijnego prawodawstwa. W uproszczeniu „reverse charge” polega na tym, iż to nabywca płaci podatek za sprzedawcę, co uniemożliwia wyłudzenie podatku. W Polsce odwrotne obciążenie jest nałożone na sprzedaż stali, elektroniki, a także podwykonawstwo, czyli branże, które były najbardziej podatne na oszustwa. Na razie w Komisji dopiero trwają pracę nad odgórnym wprowadzeniem tego systemu. Nie wiadomo jeszcze, czy obejmie on wszystkie państwa członkowskie, czy tylko te, które zupełnie nie radzą sobie z tzw. luką VAT. Pytanie, czy nie przypomina to bardziej leczenia choroby, którą samemu się wywołało?

Autor

Poprzedni artykułUszczelnianie systemu
Następny artykułAfrykańska egzekucja

Najnowsze