0.2 C
Warszawa
niedziela, 27 listopada 2022
Advertisement

Podduszenie Ukrainy

Koniecznie przeczytaj

Rzadko zdarza się, aby międzynarodowa opinia publiczna spuściła na zbrojną napaść wstydliwą kurtynę milczenia.

A przecież chodzi o powtórkę scenariusza krymskiego, czyli aneksję kolejnego regionu Ukrainy. Jakie są powody nikłej reakcji Zachodu na rosyjską agresję i scenariusze na przyszłość?

Dla przypomnienia: trzy niewielkie jednostki ukraińskiej marynarki wojennej chciały wpłynąć z Morza Czarnego na Azowskie, aby dotrzeć do portu Mariupol, czyli bazy docelowej. Miały strzec ukraińskich interesów ekonomicznych. Jak jednak szeroko informowały światowe media, kutry zostały najpierw zablokowane przez okręty rosyjskiej straży przybrzeżnej, a następnie przejęte przez specjalne oddziały desantowe. W ten sposób Moskwa dała jasno do zrozumienia, że traktuje Morze Azowskie jak swoje wewnętrzne wody terytorialne.

Koronnym argumentem ma być geografia. Przejście z jednego akwenu na drugi odbywa się przez Cieśninę Kerczeńską, czyli tor wodny pomiędzy anektowanym Krymem z jednej i terytorium właściwej Rosji z drugiej strony. Według dyplomatów Putina taka sytuacja uzasadnia żądanie, aby wszystkie obce statki, a tym bardziej okręty wojenne, prosiły Rosję o wcześniejszą zgodę wejścia na Morze Azowskie. A tego jednostki ukraińskie nie zrobiły w przewidzianym terminie 48 godzin. Kijów odbija pałeczkę, argumentując, że geograficzne zmiany zostały dokonane nielegalnie, Krym bowiem był i pozostaje ukraiński, mając obecnie status terytorium okupowanego. Przecież w 2014 r. społeczność międzynarodowa potępiła zbrojną aneksję półwyspu, w żadnym razie nie uznając jednostronnych działań Rosji.

A gdyby ten dowód nie wystarczył, Kijów powołuje się na dwustronną umowę z Moskwą o swobodzie żeglugi na Morzu Azowskim, czyli także w Cieśninie Kerczeńskiej. Została zawarta w 2003 r. i dziś jest kolejnym przykładem łamania przez Rosję prawa międzynarodowego. W związku z tym prezydent Petro Poroszenko wystąpił do światowej społeczności z apelem o pomoc w odzyskaniu okrętów i uwolnieniu ich załóg, bezprawnie aresztowanych przez rosyjską FSB. Zwrócił się do „partnerów Memorandum Budapesztańskiego, Formatu Normandzkiego, państw Unii Europejskiej o skoordynowaną reakcję w obronie Ukrainy”. I to byłaby w telegraficznym skrócie historia najnowszego zbrojnego incydentu pomiędzy państwami znajdującymi w stanie niewypowiedzianej, ale jakże realnej wojny. Konfliktu, w którym ponad wszelką wątpliwość agresorem jest Rosja, a ofiarą Ukraina.

Reakcja? Brak

Niestety reakcja partnerów Kijowa okazał się równie lakoniczna. Cytując „Le Monde” Unia Europejska „uprawia żonglerkę terminem deeskalacja” odmienianym przez wszystkie przypadki. Jedynym realnym działaniem był telefon Angeli Merkel do Putina i Poroszenko, z uprzejmą prośbą, aby nie podejmowali pochopnych kroków. Tłumacząc z polskiego na nasze, wspólnota demokratyczna ograniczyła się do werbalnego potępienia Rosji i równie słownego poparcia Ukrainy. Nie zrobiła i nie ma zamiaru nic zrobić.

Taką słabość nie bez satysfakcji wyczuł Kreml i wykpił ustami ministra spraw zagranicznych. Podczas ubiegłotygodniowej wizyty w Paryżu Siergiej Ławrow zapytany o powodzenie ewentualnej misji dobrej woli UE, zakończył temat krótkim pytaniem: a w jakiej sprawie? W każdym razie ani Bruksela, ani żadna unijna stolica nie wystąpiły z zapowiedziami nowych sankcji wobec agresora lub planami innych retorsji. Chyba na pocieszenie lub zbiegiem okoliczności UE wyraziła zgodę na pół miliarda euro pomocy finansowej dla Kijowa. Tak na otarcie łez.

Nie inaczej zareagowały USA. Prezydent Trump długo nie zabierał głosu, a gdy to zrobił, powiedział, że nie podoba mu się to, co zaszło, ale zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. To tak jakby równą odpowiedzialnością obdzielił sprawcę ataku i jego ofiarę. Dopiero pod wpływem doradców wycofał się z pomysłu spotkania z Putinem podczas szczytu G–20 w Argentynie. Co gorsza, mocno wstrzemięźliwa w ocenie zajścia jest część amerykańskich mediów. To znaczy, reakcja jest, ale nie taka, jakiej można by oczekiwać od bądź co bądź, ostoi światowej demokracji.

O podejściu do Ukrainy świadczy cytat z „The National Interest”: „kolejny kryzys w relacjach Moskwy i Kijowa to głośne przypomnienie, dlaczego Ukrainy nie można przyjąć do NATO. Waszyngton zaś nie ma żadnego powodu, aby włączyć się w wojnę o Morze Azowskie”. Dalej jest o tym, że jakkolwiek koalicja państw popierających Ukrainę jest naprawdę długa, to równie pewnym pozostaje brak jakiejkolwiek reakcji Europy na incydent. „UE wystąpiła wprawdzie z apelem o deeskalację, ale w rzeczywistości większość państw europejskich nie wybiera się na krucjatę w obronie Ukrainy, której nie chcą widzieć ani w NATO, ani w Unii”. Co oznacza, że jak zwykle na długiej liście sojuszników realne znacznie mają tylko Stany Zjednoczone. „Każdy wymaga od Waszyngtonu, aby zajął się wojną z Rosją. Oczekuje, że USA wezmą na siebie cały ciężar ofiar i kosztów. No może poza Wielką Brytanią i Francją. Swoje wniesie również Polska. Wszyscy inni będą udzielać cennych rad, mając nadzieję, że rosyjskie rakiety polecą w stronę Ameryki” – ironizuje magazyn.

Z kolei „The American Conservative” pyta po prostu: „A co nam do kryzysu w Cieśninie Kerczeńskiej?”, twierdząc, że jeśli w 1991 r. Ukraina miała prawo oddzielić się od Rosji, to dlaczego Krym, Ługańsk i Donbas nie miały prawa wyjść z Ukrainy? Tak, to także Ameryka i wcale nie marginalna, co potwierdza „The Washington Post”, pytając retorycznie, dlaczego Putin nie boi się kompletnie reakcji Zachodu? Stawia też prawidłową definicję zajścia. „To nie incydent, tylko otwarcie trzeciego frontu napaści, po aneksji Krymu i wojnie w Donbasie”. A kogo Putin ma się bać, skoro Zachód znajduje się w głębokim kryzysie tożsamości? USA staczają się w izolację pod hasłem Ameryka przede wszystkim i widzą Europę jak konkurenta, a nie partnera. Wielka Brytania na tle Brexitu stoi w obliczu upadku rządu i długofalowych problemów z integralnością terytorialną Zjednoczonego Królestwa. Francja wrze protestami socjalnymi o podłożu ekonomicznym i sama zastanawia się nad wprowadzeniem stanu wyjątkowego. Globalna i europejska pozycja Niemiec chwieje się pod wpływem niepewności po nieodległej abdykacji Angeli Merkel. Nikt nie pewności, czy w bliskiej perspektywie do władzy w Berlinie nie dojdą populiści, stronnicy daleko posuniętej ugody z Kremlem. Na dodatek, każda retorsja wymierzona w Moskwę rzuca kłody pod nogi projektowi gazociągu North Stream-2, w którym niemiecka gospodarka upatruje nadziei na stały wzrost.

Z kolei południe Europy na czele z Włochami wypowiada właśnie posłuszeństwo Brukseli i strefie euro, a więc tak naprawdę niemieckim regułom unijnej gry. W takiej sytuacji Moskwa ma w sprawie Ukrainy rozwiązane ręce. Czy można się dziwić złośliwości tureckich mediów, które w chwili napiętych stosunków z Europą i USA złośliwie pytają, kiedy flota NATO przełamie blokadę Morza Azowskiego? Piłeczkę odbijają Ukraińcy, którzy zresztą też nie mają iluzji. Na wieść o propozycji ministerstwa spraw zagranicznych, aby Ankara zamknęła przed rosyjską flotą Cieśniny Bosfor i Dardanele, opiniotwórczy portal „Gordon” twierdzi, że „jest to dowód skretynienia ukraińskich elit politycznych”. Pyta z rozgoryczeniem, gdzie się podziały amerykańskie niszczyciele rakietowe, które powstrzymywały Rosjan na Morzu Czarnym? I zaraz odpowiada, że obecnie pływają po Bałtyku, broniąc Polski i państw bałtyckich, czyli sojuszników z NATO. No cóż, Kijów również popełnia błędy.

Scenariusz Pinocheta czy Kremla?

Po incydencie kerczeńskim Poroszenko zdecydował o wprowadzeniu stanu wojennego, co spotkało się z mieszanymi uczuciami Ukraińców i sprzeciwem znacznej części klasy politycznej. A także z niezrozumieniem zachodnich partnerów, pytających o prawdziwy cel nadzwyczajnych rozwiązań prawnych. Społeczeństwo pyta, dlaczego dopiero teraz, skoro wojna z Rosją trwa od 2014 r. i poległo w niej 10 tys. osób? Przeciwnicy polityczni prezydenta dopatrują się w decyzji sprytnego zagrania wyborczego. Ukraina wchodzi bowiem właśnie w dwuletni cykl głosowania, najpierw prezydenckiego, a następnie parlamentarnego. Tymczasem społeczne poparcie Poroszenko zamyka się kilkoma procentami, dlatego stan wojenny jest odbierany, jako próba podwyższenia rankingów i start nieoficjalnej kampanii wyborczej.

Amerykańskie media pytają wprost, czy ukraiński prezydent chce iść ścieżką chilijskiego dyktatora Augusto Pinocheta? Wprowadzenie stanu wojennego, a zwłaszcza dalsza eskalacja wojny z Rosją, oznaczałaby automatyczne odłożenie marcowych wyborów, a więc przedłużenie władzy Poroszenko. Coś musiało być na rzeczy, skoro za przyjęciem dekretu głosowało 254 deputowanych Rady Najwyższej, czyli trochę więcej niż połowa. A i to po kompromisowym ograniczeniu czasu i obszaru działania nowego prawa. W efekcie dekret obowiązuje 30 dni i jedynie w obwodach na południu i wschodzie kraju, które graniczą z Rosją. Do 2014 r. była to społeczna ostoja niesławnej pamięci Partii Regionów, politycznego filaru obalonego prezydenta Wiktora Janukowycza. Obecnie jej rolę przejął Blok Opozycyjny grający na rozczarowaniu Ukraińców rezultatami mocno niekonsekwentnych reform.

Nie da się ukryć, krzepnie obywatelski opór przeciwko kosztom transformacji, przerzuconym na barki zwykłych Ukraińców. Rośnie także sprzeciw wobec korupcji, urzędniczej anarchii i kontynuacji systemu oligarchicznego. Jego miarą jest masowa emigracja za chlebem, która już powoduje kryzys demograficzny Ukrainy. Wątłe osiągnięcia kadencji Poroszenki stają się motywem przewodnim konkurentów do władzy, przede wszystkim Julii Tymoszenko i różnorakich tworów politycznych, które mają skonsolidować rosyjskojęzyczny elektorat południa i wschodu kraju. Właśnie na takie animozje liczy Moskwa, umiejętnie włączając się w procesy wyborcze na Ukrainie. Zachodni eksperci nie mają wątpliwości, że incydent kerczeński został przez Rosję zaplanowany i zrealizowany z zimną krwią.

Co chce osiągnąć Putin? Przede wszystkim wymienić ukraińskie elity władzy, tak aby dokonały swoimi rękami finlandyzacji. To znaczy, aby po cyklu wyborczym Kijów wycofał się z integracji europejskiej i euroatlantyckiej. W tym celu Moskwa „dusi” Ukrainę w ekonomicznej blokadzie, której częścią jest aneksja Morza Azowskiego. Na ukraińskim wybrzeżu tego akwenu skoncentrowana jest poważna część przemysłu ciężkiego, jaki pozostał po zbrojnej separacji Doniecka i Ługańska. Węzłem logistycznym pozostaje port w Mariupolu, przez który rocznie przechodzi ok. miliona ton eksportowych wyrobów hutniczych. Poza tym oleje jadalne i pszenica oraz kopaliny. Teraz wszystko stoi pod znakiem zapytania, ponieważ Rosja blokuje tranzyt na Morzu Azowskim.

Od czasu wybudowania dziewiętnastokilometrowego mostu przez Cieśninę Kerczeńską łączącego Krym z właściwą Rosją, Moskwa wymusiła odwrót największych jednostek morskich, które nie mogą pokonać tej przeszkody. Obecnie urządza pokazowe kontrole celne i graniczne wszystkich statków bez względu na ich banderę. Każdy dzień opóźnienia to realne straty dla armatorów dlatego, jak mówi minister infrastruktury rządu w Kijowie Wołodymyr Omelian, statki coraz częściej omijają Mariupol i Berdiańsk. Ich kapitanowie nie chcą podzielić losu 35 jednostek zablokowanych obecnie przez Rosjan w obu portach.

O tym, jak niebezpieczna jest polityka Moskwy, informuje czołowy magazyn gospodarczy Niemiec „Handelsblatt”, który sugeruje, że blokada Morza Azowskiego może podważyć ciężko osiągniętą równowagę gospodarki ukraińskiej. Po raz pierwszy od 2014 r. PKB Ukrainy wzrosło, jak szacuje Siergiej Gurijew z EBOiR, o 2,5 proc. Finanse państwa ustabilizowały się na tyle, że na Ukrainę ściągają europejskie sieci handlowe. I nie tylko, bo śmieszne w porównaniu z UE koszty pracy powodują przenoszenie europejskiej produkcji do Galicji i centralnych obwodów kraju. Tymczasem obecna destabilizacja klimatu inwestycyjnego podważa skromne sukcesy Ukrainy, stawiając pod znakiem zapytania jej rozwój ekonomiczny. Przy tym Kreml ma zawsze w zapasie kilka innych rozwiązań, które układają się w tak zwaną dyplomację pakietową. Jeśli zawiedzie plan „A”, to gospodarcza blokada ukraińskiego wybrzeża może spowodować niepowetowane straty polityczne i społeczne.

Pamiętajmy, że w 2014 r. ukraińska armia walczyła w Mariupolu z separatystyczną rebelią wznieconą przez Moskwę. Obecnie w mieście żyje i pracuje ponad 20 proc. tzw. wewnętrznych uchodźców z ogarniętych wojną regionów. Jeśli port i huty przestaną pracować na skutek rosyjskiej blokady, nastroje lokalnej społeczności obrócą przeciwko władzy w Kijowie. Taka będzie cena bezrobocia i braku środków do życia. A w przypadku recydywy prorosyjskiej rebelii przed Kremlem otwiera się scenariusz opanowania lądowego korytarza transportowego na Krym. Dlaczego to takie ważne? Po aneksji Ukraina odcięła dostawy wody na półwysep. Mimo szumnych zapowiedzi budowy odpowiednich rurociągów, rolnictwo oraz przemysł turystyczny Krymu dosłownie umierają z pragnienia. W tym roku ponad 90 proc. gruntów rolnych dotknęła susza wywołana wodnym embargiem Ukrainy. Bez wody nie mogą funkcjonować winnice, przemysł ani krymskie miasta. Tymczasem Dnieprowski Kanał Wodny przebiega w korytarzu mariupolskim. Tam też znajduje się cała infrastruktura przesyłu wody na Krym. To dobry powód eskalacji konfliktu, a już z pewnością blokowania ukraińskiego wybrzeża Morza Azowskiego, po to, aby oderwać kolejny region od reszty kraju.

Rozbiory Ukrainy wpisują się w strategię międzynarodową Moskwy. Kremlowska propaganda popiera roszczenia Budapesztu do autonomii kulturalnej mniejszości węgierskiej. Podgrzewa nastroje w Galicji i na Wołyniu strasząc powrotem Polski. Słowem Moskwa gra z Zachodem, używając Ukrainy jako geopolitycznego instrumentu. Putin bardzo się stara, aby Kijów stał się dla Europy gordyjskim węzłem, który można przeciąć tylko z pomocą Rosji. Liczy na zmęczenie Ukrainą i zachodnią decyzję o jej pozostawieniu w rosyjskiej strefie wpływów. Cytując Handelsblatt: „Moskwa jest jak pyton, który oplata i powoli dusi swoją ofiarę”. Lub mówiąc słowami Michaela Hirsha z „Foreign Policy”: Kreml konsekwentnie odbudowuje buforową strefę bezpieczeństwa na obszarze poradzieckim. Do pierwszej kategorii pod względem ważności należą Ukraina, Białoruś i Kazachstan. Na kolejnych pozycjach plasuje się Kaukaz i Azja Środkowa. Jednak szczególnym momentem próby dla Zachodu będzie zamach Putina na czwarty krąg wpływu, czyli państwa bałtyckie. Jeśli dziś UE, USA i NATO nie chcą bronić Ukrainy, to los Litwy, Łotwy i Estonii może być nie do pozazdroszczenia. Podobnie jak dziś otwartą kwestią będzie wówczas reakcja NATO oraz chęć USA do wojennej ekspedycji?

 

Autor

Najnowsze