2.1 C
Warszawa
wtorek, 6 grudnia 2022
Advertisement

Rozmowa GF: Chodzi o bezpieczeństwo finansowe Polski

Koniecznie przeczytaj

Od pewnego momentu rola Narodowego Banku Polskiego i rola Polski w Unii Europejskiej zaczyna przeszkadzać.

Silny Narodowy Bank Polski z silnym prezesem oznacza, że jest prowadzona suwerenna polityka pieniężna, a to nie wszystkim się podoba.

Z mecenasem Stefanem Hamburą, prowadzącym praktykę prawniczą w Niemczech i w Polsce, rozmawiała Aldona Zaorska.

Jest rok 2014, na czele NBP stoi Marek Belka. Media podają – zarobi ok. 700 tys. złotych rocznie, czyli więcej niż wówczas szefowa FED – Banku Rezerwy Federalnej USA. Pensje innych pracowników NBP są tajne. Nikomu to nie przeszkadza…. dlatego, że?
Ponieważ wtedy nie było dalszych pytań, albo miało nie przeszkadzać. Nie było też RODO, które dziś obowiązuje. Jednocześnie dziś jest parcie na upublicznianie takich informacji. Myślę, że jest też polityczne zapotrzebowanie, żeby takie informacje ujawniać.

Mamy listopad 2018 roku i ujawnione nagranie rozmowy bankiera Leszka Czarneckiego z przewodniczącym KNF. Media podają „prawie na pewno Czarnecki nagrał rozmowę z prezesem NBP”, że Adam Glapiński jest chory i rezygnuje. Adam Glapiński ogłasza – nie zamierzam. Rzekome nagranie nie istnieje, ale grillowanie NBP już się zaczęło. Dlaczego? Chodzi o zmuszenie Polski do przyjęcia euro?
To się zaczęło wcześniej. Proszę sobie przypomnieć wystąpienie Jeana Claude’a Junckera z 12 września 2017 roku, w którym powiedział on, że wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej powinny wprowadzić euro. „Euro powinno być walutą całej Unii Europejskiej”, powiedział wówczas Juncker. Wszystkie, czyli wówczas z wyjątkiem Wielkiej Brytanii jeszcze będącej w Unii i Danii, które to państwa sobie zapisały taki wyjątek w traktacie z Maastricht z 1992 roku. 12 września 2017 to data, która powinna nam zapaść w pamięci, zwłaszcza w kontekście nie tak dawnego wystąpienia kanclerz Angeli Merkel. Powiedziała wtedy „Państwa narodowe […] powinny być obecnie gotowe do oddania suwerenności”. Te dwa wystąpienia to bezpośrednie przejście do tzw. Stanów Zjednoczonych Europy – jednego federalnego państwa. Jeżeli jest wspólna waluta, to wówczas łatwiej zarządzać wspólnym terytorium. A w tym dążeniu do unifikacji jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo.

Jakie?
Słynne orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w postępowaniu zabezpieczającym z 19 października 2018 r., wydane w ostatnim dniu kampanii w wyborach samorządowych. To orzeczenie to już konkretny sygnał z Luksemburga, gdzie TSUE ma swoją siedzibę. Mówię o postanowieniu wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, które z mojego, i nie tylko, punktu widzenia było ingerencją w polskie wybory samorządowe. Dla mnie szokiem poznawczym było zdanie z pierwszego komunikatu prasowego na temat postanowienia wiceprezesa TSUE, które brzmiało tak: „Postanowienie wiceprezesa Trybunału znajduje zastosowanie z mocą wsteczną do sędziów Sądu Najwyższego, których te przepisy dotyczą”.

A prawo nie działa wstecz…
Tak wielokrotnie uczono na studiach. Przekaz z tego komunikatu prasowego, wystąpienie Junckera z 2017 roku i potem wystąpienie kanclerz Angeli Merkel z 21 listopada 2018 r., a więc nieco ponad miesiąc po tym orzeczeniu TSUE, to wszystko się łączy. Za chwilę będzie można mówić o „Stanach Zjednoczonych Niemieckiej Unii”, bo wymienione wyżej działania wpisują się w politykę niemiecką, w politykę prowadzonych od dobrych kilkunastu lat działań wynikających z pozycji Niemiec w Unii Europejskiej, która powstała właśnie dlatego, że euro jest narzędziem, z którego bardzo konkretnie korzysta Republika Federalna Niemiec.

Polska nie pasuje do układanki Angeli Merkel?
Jeśli się połączy wszystko, o czym już powiedziałem, jeśli połączy się fakty, nie dziwi, że od pewnego momentu rola Narodowego Banku Polskiego i rola Polski w Unii Europejskiej zaczyna przeszkadzać. Silny Narodowy Bank Polski z silnym prezesem oznacza, że jest prowadzona suwerenna polityka pieniężna, a to nie wszystkim się podoba. Jak to się czasami w żartach mówi – maszynka do drukowania pieniędzy znajduje się w Polsce. A to zapewnia pewien komfort kształtowania polityki pieniężnej. Po postanowieniu z 19 października 2018 istnieje ryzyko, że TSUE, jeśli zajdzie taka potrzeba, może zacząć w pewnym sensie oddziaływać na Narodowy Bank Polski.

Czyli dopuszcza Pan sytuację, że to orzeczenie było testowaniem reakcji polskiego rządu na decyzje TSUE?
To nie był test. To był wyłom, który został zrobiony i w tym kontekście czekam na odpowiednie orzeczenie w sprawach unijno-polskich po stronie polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Przypomnę, że przed przystąpieniem Polski do Unii traktat akcesyjny był badany co do zgodności z polską Konstytucją przez polski Trybunał Konstytucyjny. Jego prezesem był Marek Safian, który jest obecnie „polskim sędzią” w TSUE. W uzasadnieniu wyroku dotyczącego traktatu akcesyjnego był przywoływany artykuł 8 ustęp 1, mówiący, że „Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. Mamy więc zderzenie polskiej Konstytucji z prawem unijnym, z zapisem traktatów i nie tylko. I teraz, jeśli chodzi o euro, przywołam tu wypowiedź prof. Andrzeja Rzeplińskiego, który oznajmił, że euro można przyjąć bez zmiany konstytucji. Profesor stwierdził: „Mam sporo obaw, gdy słyszę wypowiedzi części polskich komentatorów, że do przyjęcia euro, potrzebna będzie zmiana konstytucji. Ja myślę, że niekoniecznie. Sądzę, że możemy przyjąć walutę euro bez zmiany konstytucji. […]

Spójrzmy na artykuł 227, który stanowi, że za wartość polskiego pieniądza odpowiada Narodowy Bank Polski. Mowa jest zatem o pieniądzu polskim, ale nie ma mowy, że tym pieniądzem musi być złoty. Przyjęte przez nas euro będzie także polskim pieniądzem, a symbolicznym tego wyrazem są monety, na których są akcenty narodowe. To jest waluta każdego z państw członkowskich”. Te słowa padają w wydanej książce Rzeplińskiego pt. „Służąc rządom dobrego prawa. Andrzej Rzepliński w rozmowie z Krzysztofem Sobczakiem”. Wykładnia prof. Rzeplińskiego co do art. 227 polskiej konstytucji ostatnie, konkretne orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 października 2018 r., budzą moje obawy, że być może w Polsce będziemy mieli euro bez zmiany polskiej konstytucji, być może właśnie za przyczyną orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Przed 19 października nikt w Polsce nie zdawał sobie sprawy, że może dojść do orzeczenia TSUE działającego z mocą wsteczną, po nim myślę, że każdy scenariusz jest teraz możliwy, nawet prowadzący do tego, że w Polsce możemy mieć euro szybciej, niż się spodziewamy, niż to by normalnie rozumujący prawnik by sobie wyobraził.

Euro zostanie nam narzucone wbrew woli społeczeństwa polskiego, które jest przeciwne przyjęciu tej waluty? PiS także jest przeciw. Za to „za” jest Platforma Obywatelska, niemal tradycyjnie bliska Niemcom. Czy więc za pośrednictwem jakiegoś orzeczenia TSUE ta waluta może nam zostać narzucona?
Orzeczenie TSUE z października, o którym cały czas mówimy, uwalnia wodze prawniczej fantazji. Od dawna wiemy, że TSUE jest nieobliczalny – jeśli zachodzi konkretna potrzeba, może być odpowiednie do niej orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Trybunał jest motorem integracji, a do tego jest potrzebna duża rola nieobliczalności. I tu właśnie „kłania się” zasada pierwszeństwa prawa wspólnotowo- -unijnego nad prawem krajowym. Jest powszechnie uznawana za jedną z naczelnych zasad Unii Europejskiej. Prawo wspólnotowo-unijne pierwotne, czyli zawarte w traktatach, jak i wtórne, zawarte w rozporządzeniach, dyrektywach i decyzjach, w razie sprzeczności z prawem krajowym państw członkowskich, korzysta z pierwszeństwa zastosowania. Rzecz jednak w tym, że ta zasada pierwszeństwa prawa wspólnotowo-unijnego nigdy nie została sformułowana w traktatach. Nie została też wprowadzona w ramach kolejnych reform. Według samego orzecznictwa TSUE zasada ta wynika bezpośrednio ze szczególnej natury Wspólnoty Europejskiej. Zasadę tę próbowano wielokrotnie wprowadzić do traktatów, żeby ostatecznie rozwiązać wątpliwości co do jej obowiązywania.

I tak np. w artykule I-6 niedoszłej Konstytucji dla Europy był zapis, że „Konstytucja i prawo przyjęte przez instytucje Unii, wykonywanie przyznanych jej kompetencji mają pierwszeństwo przed prawem krajów członkowskich”. Po fiasku Konstytucji dla Europy próbowano tę zasadę ponownie zapisać w art. 51 Traktatu o Unii Europejskiej z Lizbony w brzmieniu: „Protokoły i załączniki załączone do Traktatów stanowią ich integralną część”. Gdy pracowano nad Traktatem z Lizbony, nie udało się uzyskać ogólnej zgody co do wprowadzenia zasady pierwszeństwa do Traktatów w formie protokołu. Gdyby się to udało, to zgodnie z przywołanym wyżej artykułem 51, stanowiłoby to część integralną Traktatów. Na skutek oporu państw członkowskich, zasada pierwszeństwa została zapisana w postaci Deklaracji numer 17. A deklaracje nie stanowią integralnej części Traktatów, co wyraźnie stwierdza artykuł 51. W efekcie – zasada pierwszeństwa nie została wpisana do Traktatów unijnych. Jednak stanowisko TSUE jest takie, że brak wpisania tej zasady do Traktatów unijnych nie narusza jej obowiązywania.

Czyli TSUE orzeka o pierwszeństwie prawa unijnego na podstawie zasady, która nie istnieje?
Istnieje w jego orzecznictwie, a nie istnieje w unijnych Traktatach. To jest trwały problem nieobliczalności TSUE i wynikające z tego orzeczenia, które prowadzą do sytuacji – traktaty swoje, polityka państw członkowskich swoje a Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej swoje i właśnie ten Trybunał tworzy fakty. Proszę zwrócić uwagę, co nastąpiło po tym orzeczeniu TSUE z 19 października 2018 r. – zmiany ustawowe w Polsce co do sędziów i co do pierwszej prezes Sądu Najwyższego.

Czyli dzięki reakcji na orzeczenie TSUE poszedł sygnał do Brukseli, a nitki z Brukseli prowadzą często do Berlina, wiedzą, że taktyka narzucania Polsce zasad nieobowiązujących w Traktatach Unijnych okazała się skuteczna i można wprowadzić ją w innych dziedzinach…
To niebezpieczeństwo nie jest wykluczone.

Elementem tego może być ostatnie uderzenie w Narodowy Bank Polski, dokonane poprzez atak na prezesa Adama Glapińskiego i jego współpracowników?
Powiedziałbym, że kampania, tocząca się od kilku miesięcy i widoczna także za granicą – pisze o tym niemiecka prasa, jest politycznie na rękę tym grupom interesów, które działają na rzecz wprowadzenia euro we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej. Uważam, że nad tym trzeba się zastanowić i liczyć z tym, że być może te ataki będą się wzmagały. Pamiętać trzeba, że prezes NBP Adam Glapiński, którego kadencja wynosi 6 lat, jest niejako gwarantem tego, że będzie bronił „do ostatniej kropli krwi” polskiego pieniądza – złotego.

Jeśli wejdziemy do strefy euro, jako kraj stracimy kontrolę nad emisją pieniądza.
Tutaj jeszcze raz nawiążę do książki prof. Rzeplińskiego. On dopuszcza, że zmiana konstytucji przed przyjęciem euro może być konieczna z innego powodu. A to z takiego, że zgodnie z nią to Narodowemu Bankowi Polskiemu przysługuje wyłączne prawo do emisji pieniądza. Po przyjęciu euro stanie się to kompetencją Europejskiego Banku Centralnego, w którym prezes NBP będzie tylko jednym z dyrektorów. Do tego trzeba zmiany Konstytucji, a więc sprawowania władzy przez opcję polityczną, która będzie miała większość umożliwiającą dokonanie tej zmiany i – nie wyobrażam sobie inaczej – za sobą także wolę narodu. Ponieważ jednak Polacy wobec euro są sceptyczni, to istnieje ryzyko, że TSUE w swojej „mądrości” może doprowadzić do odpowiedniej wykładni polskiej Konstytucji, że żadna zmiana nie będzie potrzebna i znajdziemy się w strefie euro.

Może być tak, że atak na NBP ma sprzyjać tej decyzji TSUE, o której Pan mówi?
Któż to wie? Być może przez jeden z polskich sądów zostanie zadane pytanie prejudycjalne do TSUE, a taka możliwość zawsze istnieje, właśnie w kwestii zapisów polskiej Konstytucji dotyczących polskiego pieniądza. To może zostać wykorzystane jako pretekst do dokonania odpowiedniej wykładni polskiej Konstytucji. Podkreślam, w tych sprawach TSUE jest nieobliczalny i z tego musimy w Polsce zdawać sobie sprawę, wręcz musimy się liczyć z taką ewentualnością. Dlatego nie ukrywam, iż liczę na polski Trybunał Konstytucyjny, że w tym zderzeniu z TSUE nie zdezerteruje.

Zatem spór o Trybunał Konstytucyjny z zeszłego roku może mieć i drugie dno? Trybunał tworzą przecież ludzie, którzy mają konkretny pogląd, od którego nie są oderwani. Orzeczenie TK to nie matematyka, ale wykładnia osoby, która w teorii ma dobrze znać prawo. To wciąż jednak tylko opinia…
Oczywiście.

Załóżmy więc, że zostanie nam narzucone euro. Kto na tym najwięcej zyskuje?
Niemcy. Wtedy są ograniczone możliwości interwencji i działania Narodowego Banku Polskiego. Tracimy w ten sposób sporą część swojej suwerenności, polegającą na utracie możliwości ustalania i kierowania polityką pieniężną. Tracimy prawo emisji pieniądza. Wtedy wszystko idzie w ręce Europejskiego Banku Centralnego. A co to oznacza? Spójrzmy na kryzys grecki. Grecy nie mają złudzeń, kto na tym zyskał. Obecnie, częstym gościem są tam politycy niemieccy, ostatnio znowu była kanclerz Merkel. Notabene – Grecy będąc w szalenie trudnej sytuacji, wykorzystali okazję do przypomnienia jej kwestii reparacji wojennych od Niemiec. Wrócę jednak do meritum i powtórzę – jeśli tzw. maszynka do drukowania pieniędzy leży w Polsce, to Polska decyduje. Jest oczywiście zależność i współdziałanie rynków finansowych na całym świecie i banków centralnych, ale tutaj zawsze ostateczna decyzja należy do suwerena, którego reprezentuje Narodowy Bank Polski. Wejście do strefy euro oznacza utratę tej części suwerenności.

Co więc należałoby zrobić, żeby tej pułapki uniknąć?
Przygotować się do ewentualnego natarcia. Wiedzieć, że w każdej chwili może takie natarcie ponownie nastąpić. I w relacjach Polska- -Niemcy przejść do polityki polskiej racji stanu. A polska racja stanu w relacjach z Niemcami to także pokazanie strat i szkód, całego bestialstwa i ludobójstwa niemieckiego z czasu II wojny światowej. To podjęcie tematu reparacji i odszkodowań. Myślę, że w różnych polskich archiwach, także w archiwach NBP, znajdują się dokumenty, które warto zaprezentować w tym kontekście. Ten dyskurs będzie się dział na linii Berlin-Warszawa. W tym roku mamy bardzo dobry czas, żeby to zrobić – 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Warto tę rocznicę wykorzystać i pokazać cały wymiar ludobójstwa dokonanego przez Niemcy w czasie II wojny.

I to ostudzi zapędy Angeli Merkel do wymagania, by państwa Unii oddawały swoją suwerenność?
Jeżeli polskie władze zrozumieją, że te sprawy są bardzo ważne wizerunkowo dla Niemców i zrozumieją, że nadszedł czas, aby to położyć na stole i żeby opinia publiczna nie tylko europejska, ale i światowa z tym się zapoznała, to ja myślę, że Niemcy będą musiały ze względu na swój wizerunek i to, że te sprawy nigdy nie zostały wyjaśnione ani zakończone, brać to pod uwagę.

Autor

Najnowsze