18.7 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Kto następny?

Koniecznie przeczytaj

Aktualizacja hybrydowej agresji Kremla

Im bardziej słabnie władza Władimira Putina, tym pewniejszy staje się nowy Krym lub Donbas. Gdzie i jakimi metodami uderzy Kreml?

4 kwietnia Waszyngton gościł Radę Euroatlantycką, czyli najważniejszy organ polityczny NATO. Okazją posiedzenia był jubileusz siedemdziesięciolecia Sojuszu. Gospodarz szczytu, Mike Pompeo, wygłosił frazę zadającą kłam jakoby izolacjonistycznym nastrojom administracji Donalda Trumpa.

70 lat minęło
Sekretarz stanu oświadczył: „Z dumą pamiętamy o minionych zasługach NATO. Jednak lepszym sposobem okazania hołdu dla geniuszu założycieli Sojuszu będzie gotowość, aby ponownie i z większą determinacją potwierdzić nasze przywiązanie do zasad powstrzymywania, demokracji i zbiorowego bezpieczeństwa”. Tylko tyle i aż tyle, bowiem Pompeo, rozwijając myśl, podkreślił, że NATO musi adaptować się do nowych zagrożeń bezpieczeństwa. Jakich? Oczywiście chodzi o wyzwania współczesności w rodzaju niekontrolowanych potoków migracyjnych lub cyberprzestępczości. Z tym, że według amerykańskiego polityka, najważniejsze są źródła zagrożeń, którymi pozostają rosyjska agresja i strategiczna rywalizacja z Chinami, „niszczącymi ideały naszych narodów i nasze bezpieczeństwo zbiorowe”. Wzywając członków do podniesienia gotowości NATO dla odparcia każdego ataku, Pompeo postawił za wzór reagowanie na sowieckie wyzwanie. „Było realne, ponieważ komunizm stanowił dla Zachodu wspólne niebezpieczeństwo. Przyszło ryzykować, aby powstał Sojusz, co przyniosło nam wszystkim ogromne dywidendy”. Czy głos sekretarza stanu to jedynie retoryczna figura, mająca na celu uspokojenie europejskich partnerów, co do amerykańskiej gotowości wypełnienia litery Waszyngtońskiego przecież Traktatu? Z pewnością nie, o czym świadczy wypowiedź głównodowodzącego siłami NATO w Europie.

Konieczności zwiększenia nakładów obronnych
Podczas niedawnych przesłuchań w Kongresie generał Curtis Scaparrotti oświadczył, że Rosja jest strategicznym przeciwnikiem w długoterminowej perspektywie. „Celem Kremla jest podważenie bezpieczeństwa USA, dlatego Moskwa wpływa na państwa leżące u jej granic, podrywa solidarność euroatlantycką i niszczy ład międzynarodowy oparty na dotychczasowych normach”. Generał, mając na myśli amerykańską armię, podkreślił: „Mówię to w imieniu tysięcy odważnych mężczyzn i kobiet, którzy służą obecnie na operacyjnym kierunku europejskim”. Dodał, że uważa kontyngent USA za niewystarczający ze względu na narastający potencjał militarny Rosji u sojuszniczych granic. Zdaniem Scaparrottiego poprawę sytuacji można osiągnąć jedynie znacznym zwiększeniem liczebności oddziałów naziemnych w Europie, rozmieszczonych na stałe jak i rotacyjnie. Opinię generała poparł prezydent, który w przededniu jubileuszu spotkał się w Waszyngtonie z sekretarzem generalnym NATO Jensem Stoltenbergiem. Obaj politycy osiągnęli konsensus co do konieczności zwiększenia nakładów obronnych europejskich członków Aliansu do 2 proc. PKB rocznie. W ocenach niebezpieczeństwa płynącego ze strony Moskwy Norweg przypomniał, że „Ani Hitlera, ani Stalina, czy też ISIS nie udało się przywołać do porządku pokojowymi metodami lub powstrzymać za pomocą dialogu”. I chyba taka fraza, która natychmiast wywołała wściekłe protesty Kremla, najlepiej oddaje współczesne obawy o przyszłość europejskiego, a zatem światowego pokoju. Jeśli najważniejsze osoby w Sojuszu i waszyngtońska administracja na czele z Trumpem są zgodne w ocenie natężenia, skali i źródeł niebezpieczeństwa, alarmu ostrzegawczego na takim szczeblu zlekceważyć nie można. Podobnym tropem idą zresztą europejskie media, które wzywają do modernizacji struktur oraz uzbrojenia NATO. Nawet Niemcy, zawsze wstrzemięźliwi jeśli chodzi o Rosję, wydają się podzielać taki punkt widzenia. „Koniecznie trzeba przygotować Sojusz, bo jak się wydaje, zachodni politycy mocno nie doceniali gotowości Kremla do nowego podziału Europy”, analizuje „Bild”. „Die Welt” alarmuje: „Putin zbroi się przeciwko NATO”.

Kiedy i dlaczego?
Francuski historyk Philippe Fabre na podstawie retrospektywnej analizy konfl iktów międzynarodowych doszedł do wniosku, że wojna pomiędzy Rosją i NATO wybuchnie z dużym prawdopodobieństwem w latach 2019-2024. Przyczyną, dla której rosyjskie rakiety spadną na Europę. ma być polityka Trumpa. W decydującym momencie USA odmówią implementacji artykułu 5. Traktatu Waszyngtońskiego. Osamotnione Polska, Francja i Niemcy zostaną zmuszone do daleko idących ustępstw wobec Moskwy. Ceną będzie rozwiązanie NATO i finlandyzacja kontynentu. Ukoronowaniem, reaktywacja Układu Warszawskiego, m.in. z udziałem Włoch i Grecji. Francuska prognoza wyraża europejski lęk, który ze stanowczością rozwiali przecież w ostatnich dniach Trump, Pompeo i Stoltenberg. Fabre jest również niekonsekwentny, bo w dalszej fazie wojny przewiduje jednak amerykańską inwazję na Europę. Daleko ważniejsza od scenariusza jest pewna zbieżność z analizą Dmitrija Trenina. Dyrektor Moskiewskiego Centrum Carnegie wystąpił na antenie „Radia Swoboda” z tezą, że obecny kurs Rosji, oparty na zaostrzaniu konfrontacji z Zachodem, potrwa co najmniej pięć lat, czyli również w przedziale 2019-2024. W kolejnych latach, jak prognozuje Trenin, kremlowskie elity władzy mogą dokonać poważnej refleksji na temat miejsca Rosji w świecie, co nie wyklucza głębokiej korekty polityki zagranicznej. Wcześniej jednak Moskwa będzie kontynuowała hybrydowe działania, które mogą przerosnąć w lokalne konflikty militarne. Trenin już w latach ubiegłych ostrzegał, że może dojść do niezamierzonego incydentu zbrojnego, który w niekontrolowany sposób sprowokuje wybuch III wojny światowej. Teraz sytuacja jest groźniejsza. Niedawne wyjście Waszyngtonu i Moskwy z układu o zakazie rakiet średniego i krótszego zasięgu znacząco podgrzało obawy. Jeśli USA rozmieszczą w Europie takie środki przenoszenia głowic jądrowych, postawią Rosję w obliczu braku czasu na militarną reakcję.

Ryzyko wybuchu otwartej wojny
Aby zapobiec takiemu wariantowi, Rosja będzie rozbudowywała arsenał strategiczny, a nawet może wydać rozkaz prewencyjnego ataku na europejski komponent NATO, jednak przede wszystkim na terytorium amerykańskie. Od czasów sowieckich główne przesłanie strategiczne Moskwy brzmi: nie myślcie, że jesteście bezpieczni za oceanem. Was spopielimy w pierwszej kolejności. Lecz ryzyko wybuchu otwartej wojny Rosja-NATO nie wynika jedynie i przede wszystkim z sytuacji geopolitycznej. Jak mówi dyrektor Carnegie, dziś brak ideologicznej podstawy konfliktu, bo USA, Rosja i Chiny są jedynie rywalami w walce o światową hegemonię. Incydenty są prawdopodobne, podobnie jak pewne są uderzenia hybrydowe Rosji, niekoniecznie o charakterze wojskowym. Poważnym czynnikiem hamującym dla wszystkich graczy jest wzajemne uzależnienie handlowe. W przypadku Rosji straty będą ogromne, bo atakując NATO, kremlowskie elity zniszczą własne majątki zainwestowane w USA i Europie Zachodniej. Zatem jeśli nie uderzenie w Sojusz, to gdzie? Łatwo dostrzec, że termin potencjalnego konfliktu w Europie jest zbieżny z datą ostatniej kadencji prezydenckiej Putina. Również Trenin przesuwa ewentualny zwrot międzynarodowy Moskwy na czas zwany przez analityków „po Putinie”. Dlaczego? Na pytanie, czy Rosja sprosta nowemu wyścigowi zbrojeń, Trenin mówi o wewnętrznych komplikacjach, czyli o jej ekonomicznym, finansowym i społecznym potencjale. Rosyjska gospodarka o profilu surowcowym zawsze kuleje, będąc narażona na wahania światowej koniunktury. W takich warunkach budżet napełnia się nieregularnie, co nie pozwala na finansowanie sfery cywilnej i wojskowej jednocześnie. Coraz poważniejszy wpływ wywierają zachodnie sankcje, odcinające przemysł, szczególnie obronny, od niezbędnych technologii.

Putin w pułapce
Putin znalazł się w pułapce bez wyjścia. Nawet symboliczny wzrost gospodarczy nie gwarantuje należytego tempa rozwoju kraju, ani środków niezbędnych do wyścigu zbrojeń. Czyli ani miejsca Rosji w globalnej gospodarce, ani premii w gronie światowych potęg. Dlatego władze podjęły decyzję akumulacji rezerw kapitałowych, ale nie w celu inwestowania lub modernizacyjnych reform, tylko przetrwania skutków międzynarodowej konfrontacji. Drugim i coraz bardziej aktualnym celem jest zniwelowanie ewentualnego wybuchu socjalnego. Rosjanie przystosowali się wprawdzie do kryzysowych warunków, które odbiły się na poziomie życia i konsumpcji, jednak wydłużenie wieku emerytalnego i bezustanne fiskalne drenowanie kieszeni, to trochę za wiele. Jeśli dodać ogromne rozwarstwienie majątkowe, niesprawny aparat państwa oraz powszechną korupcję, czyli brak poczucia sprawiedliwości, Rosjanie mówią dość. I szukają winnego nieszczęść. Nastroje mają odbicie w badaniach opinii publicznej. Ankietowani nie marzą już o stabilizacji, tylko chcą zmian na lepsze. Rankingi popularności Putina są najniższe od czasu ulicznych protestów przeciwko fałszerstwom wyborczym w 2012 r. Dwa lata później wystrzeliły w górę „po powrocie Krymu do macierzy”. Tylko że efekt aneksji już nie działa. Sondaże wskazują, że obywatele mają dość międzynarodowej konfrontacji. Pytają, dlaczego ich pieniądze pochłaniają awantury na Ukrainie, w Syrii, czy ostatnio w Wenezueli? Najważniejsze, że Kreml nie może poprawić parametrów socjalnych bez reform gospodarczych, których politycznym odbiciem będzie powszechna chęć obalenia obecnego systemu. W takich warunkach jeszcze chwila, a Putin stanie się obciążeniem dla własnych elit, które pod groźbą utraty pozycji i miliardowych beneficjów same go usuną lub uczynią zeń kozła ofiarnego. Rzucą na pożarcie ulicy i tak spełni się koszmarny sen ponurego autokraty. Już dziś rosyjscy analitycy porównują Putina nie do Stalina tylko do Mikołaja I. Car panujący niemal 30 lat rozszerzył znacznie imperium, ale społeczeństwo poddał policyjnej kontroli. Zamknął Rosję na świat i postęp, czym wywołał opłakane skutki. Wyhodował radykałów-rewolucjonistów. Zacofany moloch przegrał upokarzającą Wojnę Krymską i cywilizacyjnie już nigdy nie dogonił reszty świata. Ówczesne agresje Rosji na Europę były nieudolnymi próbami zahamowania wewnętrznej degradacji. Czy Putin sięgnie po taką samą metodę?

III czy IV poziom?
Historyk Michaił Heller pisał o terytorialnym nienasyceniu Rosji, co motywowano bezpieczeństwem granic. Tyle że te osiągnięte, nigdy nie spełniały postawionych kryteriów, a to stanowiło pretekst kolejnych, zaborczych wojen. Gdy rozpadł się ZSRR, amerykańscy stratedzy podzieli terytorium byłego imperium na cztery strefy bezpieczeństwa, kluczowe z punktu widzenia Rosji. Do pierwszej zaliczyli Ukrainę i Białoruś oraz Kazachstan. Do drugiej Kaukaz, do trzeciej republiki Azji Środkowej. Czwarty poziom stanowią Litwa, Łotwa i Estonia, które w międzyczasie stały się członkami UE i Sojuszu. Jak wskazuje przegląd „Foreign Policy”, bez odtworzenia buforowej strefy w postaci pełnej kontroli państw postsowieckich, Moskwa nie wejdzie na ścieżkę militarnej konfrontacji z NATO. Będzie zbyt czuła na kilka frontów wojny utworzonych przez USA. Tak naprawdę Putinowi zależy dziś na utrzymaniu władzy i prestiżu relatywnie niewielkim kosztem. Musi podnieść swoje notowania, a przede wszystkim odwrócić nastroje społeczne od fatalnej sytuacji ekonomiczno-socjalnej. Potrzebuje sukcesu, a nie globalnej lub kontynentalnej katastrofy, czyli małej, zwycięskiej wojny. Może nią być kolejna operacja hybrydowa bez znaczącego użycia armii. Przynajmniej w fazie początkowej, o czym przekonuje scenariusz ukraiński. A propos Ukrainy. Rosjanie, podobnie jak Europejczycy, są zmęczeni tym konfliktem. Wyrazem pata jest fakt, że i Zachód, i Rosja wyznaczyły na Ukrainie wzajemnie nieprzekraczalne czerwone linie. Dlatego eskalacja w Donbasie jest możliwa, choć z punktu widzenia Kremla mało atrakcyjna. Może Mołdawia albo Gruzja, przez które przebiegają kolejne nici zachodnio- -rosyjskiej konfrontacji? Są zbyt małymi państwami, aby ich aneksję lub przekształcenie w lenna docenili Rosjanie. Ponadto sytuacja w Tbilisi oraz Kiszyniowie i tak rozwija się korzystnie dla Moskwy. Mołdowa stała się epicentrum korupcyjnego kryzysu politycznego, w którym rolę złego bohatera odgrywają siły proeuropejskie. Dlatego sympatie wyborców powracają na prorosyjską ścieżkę. Podobnie dzieje się w Gruzji, która po wojnie 2008 r., nie rezygnując z członkostwa w NATO, przejawia ostrożności i poszukuje własnego patentu na relacje z Moskwą.

A co powiedzieć o Kazachstanie? Dożywotni prezydent Nursułtan Nazarbajew nieoczekiwanie złożył urząd, czym wywołał obawy Moskwy o kurs jego następców. Ponadto niepokój wyraża miejscowa ludność rosyjska (25 proc. populacji Kazachstanu), a jej obrona jest zawsze wygodnym pretekstem do wojskowej interwencji. Tyle, że Kazachstan to Azja, na dodatek zbyt mocno związana z Chinami. Tymczasem Putin potrzebuje szybszego sukcesu, a nie zadrażnień z Pekinem. Rozwój sytuacji w azjatyckiej republice jest zatem kwestią długodystansową. Na trzecim poziomie bezpieczeństwa pozostaje jedynie Białoruś. Od czterech lat między Moskwą i Mińskiem narastają różnorakie problemy. Od zakazu importu białoruskiej żywności, do rozmiarów rosyjskiej pomocy fi nansowej i energetycznej. Obecnie relacji rosyjsko-białoruskich nie można nazwać inaczej niż zimną konfrontacją, co jest o tyle zaskakujące, że oba kraje tworzą przecież konfederację pod nazwą Państwowego Związku Rosji i Białorusi. Idą za tym wzajemne preferencje gospodarcze, celne i koalicja wojskowa. Eksperci Centrum Carnegie wskazują, że dotychczasowy model egzystencji Moskwy i Mińska właśnie się wyczerpał. Rosja oświadczyła, że będzie dotowała tamtejszą gospodarkę, ale za cenę „ścisłej integracji”. To nic innego, jak propozycja nie do odrzucenia, aby Białoruś stała się kolejną rosyjską prowincją. Na co oczywiście nie ma zgody elit władzy, na czele z prezydentem Aleksandrem Łukaszenko. Tyle, że ich wybór jest żaden. UE nie integruje Białorusi ze względu na koszty i kosmiczne różnice strukturalne, nie mówiąc o tym, że byłby to casus belli dla Putina. Z drugiej strony, bez dotacji z Moskwy gospodarka szybko się załamie. Najlepiej zatem złamać elity białoruskie i do tego zmierza Putin. W razie oporu wystarczą materiały kompromitujące i zachęty korupcyjne. To też wojna hybrydowa. W ostateczności odbędzie się zamach stanu dokonany przez szczerych, promoskiewskich patriotów uważających Białorusinów za takich samych Rosjan, jak ci z Donbasu czy Kazachstanu. Zresztą aparat państwa, w tym służby specjalne i armia, są tak zinfiltrowane przez kremlowską V Kolumnę, że Białoruś sama wpadnie Putinowi do koszyka.

Po co Rosja grozi Zachodowi wojną?
Jeśli teza o ograniczeniu kremlowskich apetytów do obszaru byłego ZSRR jest słuszna, po co Rosja grozi Zachodowi wojną? Po części wynika tak ze szczerego przekonania, że Rosja sama jest ofiarą agresji amerykańskiej. Celem Waszyngtonu jest zniszczenie mocarstwa powstającego z kolan, zabór surowców i likwidacja energetycznej konkurencji. Innym wytłumaczeniem jest globalna niestabilność wyrażona narastającym konfliktem Rosji i Zachodu. Katalizatorem był ukraiński majdan ale dziś Moskwa widzi spore szanse zwycięstwa. Putin jest przekonany, że zachodni model kapitalizmu i liberalnej demokracji znalazły się w jeszcze gorszym kryzysie niż Rosja, a wręcz na grani upadku. Czas gra na jego korzyść, trzeba tylko hybrydowymi metodami zniszczyć główne instytucje bezpieczeństwa: NATO i UE. Klęska zapewni Kremlowi status globalnego mocarstwa i spokojną konsumpcję władzy gdy Rosjanie zobaczą, że jedyna alternatywa rozwoju przestała istnieć. Na krótki dystans szantażowanie NATO wojną jest rodzajem strategicznej dywersji. Odciąga uwagę i siły przeciwnika od zasadniczego celu jakim jest odbudowa hegemonii na obszarze postsowieckim, w tym wchłanianie byłych republik, takich jak Białoruś. Do sabotażu najlepiej nadają się republiki bałtyckie, szczególnie Łotwa i Estonia z liczną ludnością rosyjskojęzyczną. Służby specjalne wykorzystują z powodzeniem hasło Rosyjskiego Świata czyli zjednoczenia wszystkich rodaków w państwie i pod berłem Putina. To wypróbowana metoda dezintegracji państw bałtyckich, ograniczenia ich suwerenności, a wreszcie podkopywania solidarności unijnej i atlantyckiej. W ostatnim czasie wywiad NATO i narodowe siły bezpieczeństwa Litwy, Łotwy i Estonii zgromadziły aż nadto dowodów. Wspólnym mianownikiem jest klęska programów integracji Rosjan w miejscowe społeczeństwa. Pod maskami lojalności kryją się zdrady, szpiegostwo i próby wykorzystania kwestii językowych do wzniecania prowokacji etnicznych. Ludność rosyjskojęzyczna jest dla Putina niczym więcej niż tylko dogodnym, bo naiwnym instrumentem coraz doskonalszej wojny hybrydowej. Czy reszta Europy, Polska i NATO mogą się więc czuć bezpieczne? Tylko na razie. Gdy zajdą sprzyjające okoliczności czyli Zachód okaże najmniejszą słabość lub wahanie wskazujące na brak solidarności, Rosja z Putinem lub bez natychmiast powróci do budowy bezpiecznych granic. Będzie dążyła do rozszerzenia strefy buforowej reaktywując V zewnętrzny poziom imperium, m.in.: PRL, socjalistyczną Czechosłowację i NRD.

Autor

Poprzedni artykułJak nierówna jest Polska?
Następny artykułWojna na platformy

Najnowsze