11.5 C
Warszawa
wtorek, 27 września 2022

Bibi, Beni, czy Awigdor?

Koniecznie przeczytaj

Po raz trzeci Kneset podjął decyzję o samorozwiązaniu, co oznacza, że wyborcy znowu pójdą do urn

Nawet jak na kraj o niestabilnym systemie partyjnym Izrael pogrąża się w oparach absurdu. Czy mamy do czynienia z systemowym kryzysem, czy nadmiernymi ambicjami polityków?

“W Izraelu nastąpił przezabawny kryzys, po raz kolejny idziemy głosować. Nie to, żebym się skarżył. W soboty jak zwykle mamy szabas, a i pensje płacą regularnie. Tylko jedno pytanie: nie możemy w ogóle obejść się bez wyborów?” – tak z mało zabawnej sytuacji kpi publicysta 9 Kanału TV Chaim Brejtermann. No cóż, 12 grudnia izraelski parlament podjął decyzję o samorozwiązaniu. Deputowani Knesetu ustalili datę nadzwyczajnych wyborów na 20 marca 2020 r. Identyczne procedury nie są niczym zaskakującym w demokracji. Tyle że w przypadku Izraela będą to trzecie wybory w ciągu 12 miesięcy, a końca politycznej farsy nie widać.

Przypomnijmy. W grudniu 2018 r. do dymisji podał się gabinet premiera Binjamina Netanjahu. Przyczyną była utrata większości parlamentarnej przez prawicową koalicję Likud, która rządziła dzięki poparciu ugrupowania Nasz Dom Izrael. NDI wycofał również z rządu ministra obrony, którym był przewodniczący partii Awigdor Liberman. Nasz Dom Izrael to partia rosyjskojęzycznych imigrantów, którzy w liczbie miliona osiedli w Ziemi Obiecanej po rozpadzie ZSRR. Ma świecki program, który kłóci się ze wzrastającymi wpływami ultraortodoksów na państwo. Nie chodzi o religijnych syjonistów ani tym bardziej świeckich syjonistów, którzy wspólnie są trzonem korpusu oficerskiego Cahalu (Armii Obrony Izraela) i gwarancją demokracji. Co innego religijni fundamentaliści negujący istnienie państwa żydowskiego i unikający obowiązku służby wojskowej. Ich kanapowe partyjki posiadające kilku deputowanych stały się obecnie języczkiem u wagi Knesetu, również popierając Likud. Formalną przyczyną wyjścia NDI z koalicji rządzącej był zatem projekt ustawy, która objęła uczniów szkół religijnych powołaniem w armii. Taki zapis zablokował Netanjahu w obawie przed utratą poparcia ultraortodoksów.

Naprawdę osią sporu była polityka wobec Palestyńczyków ze Strefy Gazy. W przeciwieństwie do Autonomii Palestyńskiej, którą rządzą zwolennicy pokojowego rozwiązania konfliktu z Izraelem, władzę w Strefie Gazy zagarnęli radykałowie z Hamasu i Islamskiego Dżihadu. Wspólnie kopią tunele pod granicą i prowadzą ostrzał rakietowy Izraela. Latem 2018 r. wpadli na pomysł palenia izraelskich upraw przy pomocy dronów. Liberman zażądał od Netanjahu pacyfikacji Strefy Gazy, a więc wkroczenia dywizji pancernych. Słowem chciał kolejnej wojny z Arabami. Szef rządu tymczasem zgodził się jedynie na punktowe uderzenia w obiekty Hamasu, co doprowadziło do trwającego obecnie kryzysu politycznego.

Pierwsze, kwietniowe wybory miały stać się triumfem Netanjahu, który rządzi od 13 lat, a więc dłużej od ojca-założyciela Izraela Dawida Ben Guriona. Tym bardziej że w jego kampanię włączył się Donald Trump. Biały Dom ogłosił, że USA traktują syryjskie Wzgórza Golan jak suwerenną część izraelskiego terytorium. Bibi zawiódł jednak nadzieje Waszyngtonu. Wprawdzie Likud zwyciężył, ale gabinetu nie utworzył. I tym razem na przeszkodzie stanął NDI Libermana, który po raz kolejny odmówił współpracy z ultraortodoksami. Kneset drugi raz przegłosował samorozwiązanie i ogłosił wybory nadzwyczajne we wrześniu. Jesienna runda nie przełamała pata. Tym razem o jeden deputacki głos wygrała centrowa koalicja Biało-Niebiescy Beni Ganca. Centrowa opozycja jest zwana popularnie „Tylko nie Bibi” lub „partią generałów”, zasadnicze role odgrywają bowiem trzej byli szefowie sztabu Cahalu.

Lider Biało-Niebieskich poczekał, aż Netanjahu zaliczy kolejne fiasko tworzenia rządu, po czym zabrał się do dzieła. I poniósł klęskę, napotykając opór NDI. Mimo zaawansowanych rozmów koalicyjnych Libermann odmówił Gancowi. Uznał za „niedopuszczalne jednoczesne negocjacje z arabskimi wyborcami reprezentowanymi przez partię Wspólna Lista”. W specjalnie wydanym oświadczeniu podkreślił: „Jeśli Netanjahu i Ganc liczyli, że NDI poprze każdą partię oddzielnie, to się pomylili. Interesuje mnie rząd, w którym NDI będzie rządziła wspólnie z obiema koalicjami”. Tylko takie rozwiązanie odsunie od władzy zarówno żydowskich ultraortodoksów, jak i arabską „Wspólną Listę”. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego izraelska scena polityczna przypomina teatr absurdu?

Odpowiedzialność czy ambicje?
„To Netanjahu jest kamieniem u nogi” – przekonuje Agencja Bloomberg, dodając: „Człowiekiem, który zamienił izraelską scenę polityczną w samobójczą spiralę jest premier, a powodem są próby uniknięcia odpowiedzialności karnej”.
Przypomnijmy, że po trzyletnim śledztwie prokuratura sporządziła oficjalny akt oskarżenia przeciwko Netanjahu. Zarzuca politykowi czyny korupcyjne, m.in. przyjmowanie łapówek od biznesu medialnego, niedopełnienie obowiązków podczas zawierania kontraktu na budowę okrętów podwodnych przez niemieckie stocznie oraz nadużycie zaufania publicznego. Dziennik „Haaretz” oskarża: „Wyborczy festiwal to skutek manipulacji Netanjahu, który chce uniknąć odpowiedzialności. Bardzo prawdopodobne, że sąd zakończy się realną karą więzienia. Kroki premiera są w pełni zrozumiałe”.

Tymczasem z powodu kolejnych, nierozstrzygniętych rund wyborczych Netanjahu jest nadal szefem rządu. To jemu prezydent powierza misje formowania gabinetów dlatego, że jest urzędującym premierem. I dopóki nim pozostaje, ma immunitet, co oznacza, że oddanie w ręce wymiaru sprawiedliwości nie jest możliwe bez specjalnej zgody Knesetu, który cofnie przywilej nietykalności. Netanjahu jest więc bezpieczny do marca 2020 r., bo Likud wraz z ortodoksami stoją za nim murem. Natomiast Beni Ganc nie spieszył się ze wzięciem odpowiedzialności z powodów międzynarodowych. Biało-Niebiescy deklarują przyspieszenie rozmów pokojowych z Autonomią, licząc na poprawę relacji z Unią Europejską, która popiera Ramallah, a nie Jerozolimę.

„W przypadku objęcia funkcji szefa rządu Ganc zderzy się ze skutkami amerykańskiej »transakcji wieku«, czyli planem uregulowania konfliktu palestyńsko-izraelskiego, który ci ostatni przyjmują na bagnety, podobnie jak kilka arabskich stolic” – spekuluje popierający Netanjahu „Jedi’ot Acharont”. Czyżby wielkim wygranym miał zostać ten trzeci, czyli Awigdor Liberman? Bardzo prawdopodobne, jeśli można to osądzić po wynikach badań izraelskiej opinii publicznej. „Netanjahu jest uważany za nieodzownego, a z drugiej strony zbrzydł już chyba wszystkim” – komentuje nastroje 9 Kanał. Biało-Niebiescy są bardzo umownym ugrupowaniem centrowym, o poparciu lewicowego elektoratu nie wspominając” – dodaje Centrum Carnegie.

Rzecz w tym, że jak napisał Chaim Brejtmann, „Izraelczycy podzielili się na wrogie plemiona, a każde z nich jest tak samo silne, co wykazują patowe wyniki kolejnych aktów głosowania. (…) Pomiędzy nim zaś jest »wyborcze błoto«: ultraortodoksi lub Arabowie, z którymi każdy kandydat na premiera musi zawrzeć wymuszone układy, bo inaczej nie utworzy rządu”. Zdaniem Bloomberga istnieją jednak trzy wyjścia z sytuacji. Po pierwsze, Likud albo Biało-Niebiescy utworzą mniejszościowe gabinety, co w pełni wpisze się w izraelską niestabilność polityczną. Od 70 lat rzadko który gabinet przetrwał cztery lata. Po drugie, powstanie rząd Jedności Narodowej z udziałem NDI. W obu przypadkach wygranym będzie Liberman, którego ambicje sięgają teki premiera. Nowy człowiek może pociągnąć za sobą Izraelczyków coraz bardziej przerażonych stanem państwa. Szkopuł w tym, że zarówno Aszkenazyjczycy, jak i Sefardyjczycy dyskryminują sowieckich ziomków, twierdząc, że całe życie budowali komunizm, a potem wrócili do Izraela na gotowe. Liberman należy właśnie do nich.

Po trzecie wreszcie, Kneset zmieni ordynację wyborczą, podnosząc próg, przez który muszą przejść partie, aby dostać się do parlamentu. W ten sposób zostaną wyeliminowane ugrupowania posiadające 2–4 deputowanych handlujących poparciem.
„W każdym razie Izraelczycy mają już dość korupcji, drożyzny i drogowych korków. Ktoś wreszcie powinien zająć się problemami zwykłych ludzi” – apeluje do polityków „Haaretz”.

 

Autor

Najnowsze