26.8 C
Warszawa
piątek, 1 lipca 2022

Zaraźliwe spadki

Koniecznie przeczytaj

W ostatnim tygodniu lutego giełdy zanotowały spadki, które w tej skali były widziane po raz ostatnio w pamiętnym 1929 roku.

W ostatnich dniach ponownie przekonaliśmy się o tym, że jednym z filarów globalnej gospodarki jest zaufanie. Choć na koronawirusa zmarło do tej pory zaledwie trzy tysiące osób, a nowa choroba zagroziła na razie bezpośrednio jedynie wybranym krajom na świecie, spadki na światowych giełdach przybrały niepokojące rozmiary. W czwartek 27 lutego indeks Dow Jones spadł aż o 1191 punktów, co stanowi największy jednodniowy spadek w historii tego indeksu. Z analogiczną sytuacją mieliśmy do czynienia na niemal wszystkich parkietach świata, w tym także na warszawskim, gdzie pod koniec tygodnia zanotowano spadki rzędu 3–4 proc.

Niepewność w fabryce świata
W Chinach, które stanowią prawdziwą „fabrykę świata”, produkcja miała się obniżyć w lutym aż o połowę. Odwołane loty oraz rejsy statków handlowych dokonały w krótkim czasie ogromnych zaburzeń w globalnym łańcuchu dostaw, oraz produkcji. Gdy w 2002 r. wybuchła epidemia SARS, chiński produkt krajowy brutto wynosił zaledwie 4,3 proc. w skali całego świata, a o obecnie już ponad 16 proc. Na dodatek liczba odnotowanych zakażeń koronawirusem znacznie przekroczyła liczbę przypadków poprzedniej epidemii, która wprowadziła całkiem spore zamieszanie. Wszyscy przygotowują się więc na duże problemy, które w przypadku kontaktów handlowych z Chinami wnoszą dodatkową komplikację w postaci opóźnionego efektu działania. Statki płynące z Państwa Środka potrzebują na dotarcie do Europy czy też Ameryki Północnej średnio 15−30 dni, dlatego nagłe tąpnięcie, do którego doszło w największej gospodarce świata, będzie wywoływało negatywne skutki z pewnym opóźnieniem. Fabryki, które jeszcze dziś mają zapas części i półproduktów, zaczną odczuwać dolegliwości związane z zaburzeniem łańcucha dostaw dopiero w nadchodzących dniach.

Wspomniane powyżej komplikacje nie wyjaśniają jednak w stopniu wystarczającym gwałtowności zachodzących obecnie wydarzeń. Trudno oprzeć się wrażeniu, że światowa gospodarka od wielu lat znajduje się w stanie wielkiej niepewności, która sprawia, iż wszelkie sygnały świadczące o zbliżających się zawirowaniach mogą wywołać krótkoterminową panikę. W ciągu zaledwie kilka dni ze światowych rynków „wyparowało” aż pięć bilionów dolarów, co pokazuje, że inwestorzy na całym świecie żyją w stanie wielkiej niepewności i gotowi są wycofać swoje środki w obawie przed najgorszym.

Katalizator powszechnej niepewności
Zdaniem Davida Stockmana, który od lat analizuje globalny system finansowy i wskazuje na jego defekty, sprawa koronawirusa pomogła jedynie ujawnić się nastrojowi powszechnej niepewności, w szczególności panującej na europejskich rynkach. Gospodarka niemiecka znajduje się od dłuższego czasu w stanie marazmu i zmaga się nieustannie ze spadającą rentownością korporacji, spadkiem produkcji przemysłowej, a najważniejszym problemom próbuje się zaradzić dokonując wielkich fuzji lub przejęć. Podobnie sytuacja przedstawia się w wielu innych krajach, których gospodarki nie potrafią wejść na ścieżkę dynamicznego wzrostu pomimo stosowania rozbudowanych pakietów mających poprawić „płynność systemu”.

Na początku obecnego tygodnia giełdy na całym świecie dynamicznie odrabiały zeszłotygodniowe straty, lecz wpływ na to miały przede wszystkim zapowiedzi najważniejszych na świecie banków centralnych, które obiecały uruchomienie nowych pakietów stymulujących. Odpowiednie kroki w tym zakresie zapowiedzieli m.in. przedstawiciele Banku Japonii oraz Banku Rezerwy Federalnej. Giełdy w Azji i Europie zareagowały pozytywnie, lecz całe wydarzenie po raz kolejny obnażyło charakter współczesnych rynków finansowych, które są praktycznie uzależnione od polityki taniego kredytu.


Przeczytaj też:

Zarabianie na panice

Świat po koronawirusie …

Chiny, koronawirus i tajemnice …


Prezesi największych banków centralnych zapewne celowo nie określili jeszcze dokładnie, jak duże środki finansowe chcieliby zaangażować ani jak znaczna będzie redukcja stóp procentowych, gdyż sytuacja jest wciąż niezwykle dynamiczna. Niewykluczone, że spadki będą trwały jeszcze przez dłuższy czas, a przedwczesne ogłoszenie nowych pakietów stymulujących mogłoby wywołać jeszcze większą panikę w sytuacji, gdyby okazało się, że na giełdach wciąż nie zanosi się na odbicie. Wszyscy czekają więc na to, aż spływające z całego świata dane pokażą wyraźnie, że rozwój koronawirusa został powstrzymany.

Niechęć do zbyt pochopnego działania wynika także z faktu, że bankom centralnym nie pozostało już w rękach zbyt wiele narzędzi do działania. Główne stopy procentowe Rezerwy Federalnej pozostają obecnie na poziomie 1,5−1,75 proc. oraz 2,75 proc., co stanowi dość skromny pułap wyjściowy w obecnej sytuacji. W chwili, gdy wybuchał kryzys finansowy 2007−2008 roku, stopy ustalane przez Komitet ds. Operacji Otwartego Rynku sięgały nawet 5 proc., dlatego nikt z głównych decydentów nie jest dziś skłonny do tego, aby podejmować zbyt pochopne działania, nawet pomimo niezwykle dramatycznych spadków.

Potrzebny rachunek strat
Światowej gospodarce obecnie najbardziej brakuje przede wszystkim możliwości realnej oceny sytuacji. Współcześnie rzetelne informacje bardzo trudno jest odróżnić od fake newsów, a poczucie niepewności wzmaga dodatkowo fakt, że zagrożenie, które jeszcze niedawno wydawało się lokalną epidemią, stało się problemem ogólnoświatowym. Światowe rynki z pewnością o wiele lepiej przyjęłyby epidemię koronawirusa, gdyby tylko były w stanie dokonać odpowiedniej kalkulacji strat. Z ich perspektywy bardziej pożądaną byłaby sytuacja, w której przedstawiono by nawet skrajnie pesymistyczne prognozy dotyczące spodziewanej liczby ofiar oraz zakresu gospodarczych zawirowań. Obecny system finansowy nie lubi przede wszystkim niepewności, dlatego w przeszłości wybuchowi wojen towarzyszyły często wzrosty na giełdach, gdyż inwestorzy nie tylko spodziewali się zysków w poszczególnych branżach w związku z zamówieniami wojennymi, ale także podzielali wiarę w zwycięstwo jednej ze stron, pomimo wszelkich zawirowań, z którymi wiążę się każdy konflikt wojenny.

Bez względu na to, jak wiele obietnic związanych z „zapewnieniem płynności” nie padłoby z ust finansowych decydentów, światowa gospodarka i tak zaraziła się wirusem zwątpienia i niepewności. Podstawy obecnego systemu finansowego nie są zdrowe, gdyż bazują na mechanizmie, w którym zbyt ważnym czynnikiem jest wiara w to, że ludzkość czeka świetlana i pozbawiona wielkich wyzwań przyszłość. O tym, że światowe finanse znajdują się w zdecydowanie patologicznej sytuacji, świadczy najlepiej fakt, że w ostatnich latach prawdziwą furorę robią tzw. fundusze pasywne, które przyciągają setki miliardów dolarów. Stosowana przez nie metoda inwestowania opiera się na równomiernym lokowaniu środków w akcje spółek głównych indeksów. Choć ryzykowna, przynosiła dotąd ogromne zyski i zagroziła pozycji funduszy hedgingowych inwestujących na podstawie wyrafinowanych sposobów. Fundusze pasywne zarabiają jednak przede wszystkim wtedy, gdy wartość indeksów pnie się nieustannie w górę. Sytuacja taka jak obecnie to dla nich najgorszy z możliwych scenariuszy, gdyż zaraźliwa niepewność sprawia, że spadki będą dotyczyły wszelkiego rodzaju aktywów. Pesymizm może się dla nich okazać zabójczy.

Być może za kilka tygodni lub miesięcy będziemy patrzyli na obecne zawirowania jak na mało znaczący epizod. O wiele bardziej prawdopodobne wydaje się jednak to, że rynki właśnie zaraziły się niepewnością, z której ciężko im będzie się wyleczyć.

Autor

Poprzedni artykułNabici w forex
Następny artykułŚwiat po koronawirusie

Najnowsze