1.5 C
Warszawa
poniedziałek, 25 października 2021

Przyczajony tygrys, ukryty smok

Koniecznie przeczytaj

Koniec krypciochy w internecie?

Niemcy chcą polskich eurofunduszy

Ratunek we francuskim atomie?

Chiny jako jedyne państwo rozwinięte zyskały na pandemii koronawirusa. Czy taki był plan?

W 2020 r. gospodarka Chin wzrosła o 2,3 proc. Był to najsłabszy wynik od 1976 r., gdy zakończyły się rządy słynnego Mao Zedonga. Ale to i tak ogromny sukces. Dla porównania: gospodarki USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec skurczyły się ponad 5 proc. (dokładne dane nie są znane) i wcale nie zakończyły walki z kryzysem. Rzymianie starając się ustalić winnych jakiejś zbrodni patrzyli, komu ona przyniosła korzyść. Tak powstała zasada Is fecit, cui prodest, czyli uczynił ten, kto odniósł korzyść. W gąszczu spiskowych teorii, kto i po co wywołał globalną pandemię koronawirusa, wiemy na pewno jedno. Na koronawirusie zarobiły Chiny. Nie chodzi tylko o to, że ich gospodarka się rozwija, a w reszcie krajów rozwiniętych wciąż trwa kryzys. Chiny aspirujące do zostania równorzędnym hegemonem globalnym, takim jak USA, znacznie zmniejszyły dzielący je dystans. O tym bowiem, kto będzie rządził światem w XXI w., zadecyduje właśnie siła gospodarki.
Na poważnie analizowane są możliwości dochodzenia od Chin odszkodowań za pandemię koronawirusa. Problemem będzie oczywiście windykacja tych roszczeń (państwa mają immunitety sądowe). W każdym razie koronawirus dał Chinom ładnych parę lat spokojnego gonienia krajów zachodnich pod względem siły gospodarki i poziomu życia obywateli.
Przypadek czy plan?
Wywiady krajów zachodnich nie mają dziś dowodów na celowe wypuszczenie przez chińskie władze koronawirusa. Wciąż nie oznacza to, że wirus nie wydostał się ze słynnego laboratorium w Wuhanie (czyli tam, gdzie było pierwsze znane ognisko epidemii) przez przypadek. Na pewno Chiny są winne przemilczaniu zagrożenia, niszczeniu dowodów i dezinformowaniu innych państw, co skutkowowało brakiem właściwych działań na początku pandemii pod koniec 2019 r.
Władze chińskie bardzo mocno reagują na próby szerzenia takich oskarżeń pod swoim adresem. Kwestionują nawet chińskie pochodzenie wirusa. Z raportu amerykańskiego Centers for Disease Control and Prevention (Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom Zakaźnym) wynika bowiem, że koronawirus mógł być obecny we Włoszech już w listopadzie 2019 r. W czerwcu włoski Narodowy Instytut Zdrowia opublikował raport sugerujący, że wirus był obecny w kanalizacji w Mediolanie i Turynie w połowie grudnia 2019 r. Armie chińskich trolli (internautów piszących po angielsku i w innych zachodnich językach tezy chińskiej propagandy, za pieniądze oczywiście) lansują tezę, że nawet gdyby przyjąć chińskie pochodzenie wirusa, to w żaden sposób nie można obciążać władz tego kraju za jego globalną „karierę”.
Nie przeszkadzało to wprost byłemu już amerykańskiemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi oskarżać w 2020 r. kilka razy Chiny o odpowiedzialność za pandemię koronawirusa, a raz nawet o celowe wywołanie globalnego kryzysu.
Chińska sztuka walki
„Usiądź na brzegu rzeki i poczekaj, aż trupy twoich wrogów spłyną z prądem” – ta stara chińska mądrość i wiele innych odróżnia pojmowanie świata przez Chiny i nacje europejskie. Cywilizacja chińska istnieje od ponad 5 tys. lat. Z punktu widzenia Chińczyków prawie 250 lat amerykańskiej historii brzmi jak żart. Chińczycy, w przeciwieństwie do cywilizacji europejskiej, stawiają wyżej ogół niż jednostkę. Nie wywołuje to żadnych buntów, ponieważ takie jest też postrzeganie świata przez samych Chińczyków. Brutalne łamanie praw człowieka przez chińskich urzędników walczących w Wuhanie i innych miastach z pandemią (często przy pomocy tworzenia „więzień” w blokach, do których mieszkańcom wrzucano ryż i wodę, a czasem nawet tego nie, szokuje w Europie i USA, ale nie w Chinach. Tam było to konieczne działanie pozwalające zdusić jak najszybciej epidemię. Właśnie różnica w podejściu do „strat ubocznych” każe cały czas, na serio, brać pod uwagę, iż pandemia nie była dziełem przypadku. Gdyby bowiem chińscy decydenci wiedzieli, że mogą niskim kosztem własnych strat oddalić groźbę konfliktu zbrojnego z USA i zwiększyć swoją siłę, to bez wątpienia by się na to zdecydowali.
„Ten wirus pochodzi z laboratorium w Wuhanie, a laboratorium jest kontrolowane przez rząd Chin” – informowała we wrześniu 2020 r. dr Li-Meng Yan, wirusolog, która uciekła z Hongkongu. „Ten wirus nie pochodzi z natury” – dodawała. Tą opinię podzieliła Aliny Chan, mikrobiolog z prestiżowych uczelni Harvardu i MIT.
Laboratorium w Wuhanie jako jedyne miało tzw. czwarty poziom bezpieczeństwa i znajdowało się kilkadziesiąt kilometrów od lokalizacji pierwszych ofiar COVID-19. Wiadomo też, z oficjalnych publikacji stanowiska kierownictwa laboratorium (m.in. z artykułu w 2015 r. w „Nature Medicine”), że przechowywano tam ponad 1500 szczepów koronawirusa i dokonywano niebezpiecznej inżynierii, czyli tworzono chimery różnych koronawirusów.
Już po wybuchu pandemii część dziennikarzy twierdziła (np. Bill Gertz z „Washington Times”), że te specjalnie preparowane koronawirusy miały służyć niszczeniu populacji niewygodnych mniejszości etnicznych dla Pekinu. Jednak taki scenariusz wcale nie jest obowiązkowy. Równie prawdopodobny jest bowiem nielegalny, z punktu widzenia międzynarodowego prawa, program budowy broni biologicznej.
Musi dawać do myślenia, że pod koniec stycznia 2020 r. władze w Pekinie wysłały „czołowego chińskiego eksperta w dziedzinie broni biologicznej”, generała dywizji Chen Wei, do kierowania laboratorium w Wuhanie. Wielu spekuluje, że Chen został wysłany w celu zniszczenia dowodów wycieku lub istnienia programu zbrojeniowego. To wyraźny sygnał, że choroba nie była, jak twierdzą chińskie władze, wynikiem naturalnej mutacji.
Last but not least, chiński dyktator Xi Jinping, gdy pandemia stała się faktem, zrobił co mógł, aby rozprzestrzenić chorobę na cały świat. To oczywiście zbrodnia przeciwko ludzkości z Rzymskim Statutem Międzynarodowego Trybunału Karnego.
To nie są odosobnione tezy. Na przykład londyński „Daily Mail” w kwietniu 2020 r. donosił, że Henry Jackson Society opublikowało raport, w którym napisano, że Chiny są winne Wielkiej Brytanii 351 mld funtów (jakieś 2 bln zł, tyle co 5-letnie dochody budżetu Polski) za szkody związane z koronawirusem. Think tank poprosił również polityków o „przemyślenie” stosunków z Pekinem. Również w kwietniu 2020 r. hinduscy prawnicy na forum Rady Praw Człowieka ONZ oskarżyli Pekin o „tajne opracowanie broni biologicznej zdolnej do masowego rażenia”.
Odpowiedzią na razie jest zacieśnienie współpracy w ramach Quad, czyli Australii, Indii, Japonii i Stanów Zjednoczonych. To jednak układ bardziej nastawiony na defensywę niż próby zmiany chińskiego reżimu. Ten na razie nie tylko ma dobrze rozwijającą się gospodarkę, ale w cieniu pandemii podporządkował sobie Hongkong, de facto odbierając mu autonomię i spacyfikował wewnętrzną opozycję.
Dlaczego prezydenci i premierzy krajów zachodnich są tak powściągliwi? Po pierwsze boją się reperkusji gospodarczych, na przykład w formie sankcji ze strony Chin. Po drugie łudzą się, że Chiny w końcu zintegrują się z systemem międzynarodowym i staną się łagodne. Pokusa korzyści ekonomicznych ze strony Chin, której politycy metodę kija i marchewki opracowali do perfekcji, z pewnością odgrywa dużą rolę w podejmowaniu decyzji, podobnie jak strach przed chińskim odwetem.

Autor

Poprzedni artykułRuch oporu przedsiębiorców
Następny artykułWeterani murem za Trumpem

Najnowsze

Raje (nie)utracone

Niezatapialny Kurz

Zielony kryzys energetyczny

Afera Pfizera