10.9 C
Warszawa
czwartek, 29 października 2020

Miliardy widmo

Koniecznie przeczytaj

Pełzający lockdown

Nie zrobiono nic...

Górski Karabach. Nowe ludobójstwo Ormian?

Do tej wojny nigdy by nie doszło...

Lockdown w wersji pełzającej

Pod dyktando paniki

Perły polskiego biznesu

25 najbardziej przedsiębiorczych kobiet

Jak to możliwe, że niemiecka firma płatnicza zgubiła 2 mld dolarów?

Niemcy żyją największą aferą finansową w historii. Firma płatnicza Wirecard, jeden z największych fintechów w Europie, ogłosiła upadłość. Władze Wirecard poinformowały, że zgubiły 2 mld dolarów, a dodatkowo firma mogła paść ofiarą oszustwa na wielką skalę. Wartość spółki natychmiast spadła o 10 mld dolarów, a prezes spółki Markus Braun złożył rezygnację ze stanowiska ze skutkiem natychmiastowym. Natomiast miliardy euro, które figurowały w sprawozdaniach finansowych Wirecard, najpewniej nie istnieją.

Gigant z tajemnicą
Stworzony w 1999 r. Wirecard od lat budził wątpliwości finansistów, ale nie przeszkadzało to inwestować w niego kolejnym międzynarodowym gigantom. Dość powiedzieć, że jeszcze w 2019 r. w niemiecką firmę zainwestował najpotężniejszy japoński bank – SoftBank. Niemiecki gigant latami rósł, oferował płatności internetowe, zdobywał licencje (np. na prowadzenie działalności bankowej czy członkostwo w Visie, Mastercard czy JCB). Najbardziej niepokojące sygnały zaczęły pojawiać się ok. 2015 r. Wówczas na blogu „Financial Times” pojawiły się alarmujące materiały dotyczące praktyk księgowych Niemców. Natomiast w 2017 r. niemiecki „Manager Magazin” oskarżył Wirecard o wprowadzanie inwestorów w błąd za pomocą raportów finansowych.

Kolejne publikacje i ostrzeżenia nic nie dawały. Akcje Wirecard rosły z 40 euro w 2017 r. do 195 euro w 2018 r. Dopiero afera wywołana publikacją „Financial Times” z 2019 r. pociągnął kurs giganta do 108 euro. Wówczas, w styczniu 2019 r., burzę wywołała informacja, że jeden z dyrektorów Wirecard jest podejrzewany o fałszowanie danych finansowych i pranie brudnych pieniędzy. Jak przypomniał „Parkiet”, sprawa skończyła się źle dla „Financial Times”. Po przeszukaniu biura Wirecard w Singapurze niemiecki Federalny Urząd Nadzoru Usług Finansowych zamiast na fintech ruszył za dziennikarzem, który ujawnił aferę. Urzędnicy zarzucili autorowi publikacji manipulowanie kursem akcji oraz wprowadzili zakaz krótkiej sprzedaży akcji Wirecard na dwa miesiące. Cenny fintech trafił w ten sposób pod parasol ochronny.

Audytorzy w ogniu
Gdy Federalny Urząd Nadzoru Usług Finansowych zajmował się nieprzychylnymi Wirecard dziennikarzami, fintech postanowił zadbać o swój PR i wynajął audytorów, którzy pomogliby oczyścić się gigantowi z podejrzeń. Wybór padł na KPMG, który miesiącami prowadziło audyt. Czas mijał a raportu nie było. W końcu w marcu 2020 r. Wirecard ogłosił, że nie znaleziono żadnych nieprawidłowości.

Dziennikarze ruszyli za audytorami, a ci po miesiącu nie wytrzymali. 28 kwietnia KPMG przyznało, że nie otrzymało dokumentacji, która pozwalałaby wydać stanowisko w sprawie zarzutów wobec Wirecard. Oświadczenie KPMG uderzyło w fintech jak grom z jasnego nieba. Jednego dnia akcje runęły o 26 proc. Jednak Federalny Urząd Nadzoru Usług Finansowych wciąż zajmował się innymi sprawami. Od kwietnia do czerwca wokół Wirecard zaczęły pojawiać się kolejne wątpliwości. Brytyjscy dziennikarze oskarżali firmę, jakoby wynajmowała hakerów do atakowania mediów, a niemieckich kolegów o unikanie badania tematu spółki. Niemniej wielu analityków rekomendowało akcje spółki aż do czerwca. Wówczas to, 5 czerwca, do siedziby Wirecard wparowała policja i rozpoczęła przeszukania.

W połowie czerwca wybuchł kolejny skandal związany z wieloletnim audytorem Wirecard – Ernst&Young. EY odmówili zatwierdzenia rocznego raportu finansowego firmy. Jak wyjaśniono, audytorzy nie mogli ustalić, gdzie znajduje się ponad 1,9 mld euro, które figurowały w przedstawionym przez firmę sprawozdaniu finansowym za miniony rok. Wiadomość ta załamała akcje giganta. Ze 100 euro w kilkadziesiąt godzin zjechał do poziomu 13 euro. Niemal 90 proc. spadek wartości akcji zmusił Federalny Urząd Nadzoru Usług Finansowych do podjęcia działań.

Prezes się poddaje, dyrektor operacyjny znika
Prezes Markus Braun podał się do dymisji, a w poniedziałek 22 czerwca dobrowolnie oddał w ręce śledczych. Braun, który sam jest największym indywidualnym akcjonariuszem Wirecard, tłumaczył się, że firma padła ofiarą wielkiego oszustwa. 1,9 mld euro, którego poszukiwali audytorzy, miało być ulokowane na kontach dwóch banków w Azji. Te jednak poinformowały, że Wirecard nie jest ich klientem, a dokumenty świadczące o założeniu depozytów to fałszywki. Braun, po wpłaceniu 5 mln euro kaucji, wyszedł z aresztu. Ku zdziwieniu śledczych okazało się, że w międzyczasie wyparował dyrektor operacyjny Wirecard. Jan Marsalek, dyrektor operacyjny i członek zarządu Wirecard, został zwolniony 22 czerwca, gdy prezes Braun podawał się do dymisji. Nikt nie potrafił jednak wskazać, gdzie Marsalek się znajduje.

Po kilku dniach agencja DPA poinformowała, że były już dyrektor najpewniej ukrywa się w Azji, a dokładniej w Chinach. Na trop Marsalka trafiły władze imigracyjne Filipin. Jak ujawniono, Marsalek przybył we wtorek 23 czerwca na Filipiny, by w środę 24 czerwca udać się z portu lotniczego w mieście Cebu do Chin. Niemniej, filipiński minister sprawiedliwości Menardo Guevarra poinformował, że zapisy lotniskowych kamer obserwacyjnych tego nie potwierdzają. Problemów nie uniknęli też audytorzy. Grupa inwestorów złożyła pozew zbiorowy przeciwko EY. Zarzucili audytorom, iż w 2018 r. przymknęli oczy na to, że Wirecard źle zaksięgował 1 mld euro. EY był audytorem niemieckiego fintechu przez blisko dekadę, a o potężnych nieprawidłowościach poinformował dopiero tuż przed jej bankructwem.

Część ekspertów i dziennikarzy zaczęła porównywać aferę Wirecard do afery Enronu. – Mamy początek jednego z największych skandali korporacyjnych w historii Niemiec. Myślę, że Wirecard jest niemieckim Enronem – stwierdził w rozmowie z CNBC Maximilian Weis, prawnik z firmy TILP Litigation. Firma ta już w maju wniosła w imieniu inwestorów pozew przeciwko Wirecard. Jak informuje „Parkiet”, ofiarami afery mogą być nawet 42 polskie funduszy. Z kolei portal analizy.pl wskazuje, że akcje Wirecard mogły posiadać tacy giganci jak Amazon czy Alphabet (Google).

– Polskie fundusze w dłuższym terminie zmniejszały jednak swoje zaangażowanie w Wirecard. O ile na koniec 2017 r. posiadały 432 tys. jej akcji, to na koniec 2019 r. już tylko 211 tys. W większości funduszy ich udział nie przekraczał 1 proc. aktywów – zapewnia Hubert Kozieł

Najnowsze

Górski Karabach. Nowe ludobójstwo Ormian?

Do tej wojny nigdy by nie doszło...

Ruletka z Rosjanami

Rekordowa kara UOKiK

Zamach stanu Hillary Clinton

Russiagate

Boom na crowdfunding

Wydawałoby się, że zbiorki w czasach kryzysu i pandemii COVID-19 bardzo mocno ucierpią. Zamiast tego biją kolejne rekordy.