11.4 C
Warszawa
czwartek, 13 maja 2021

Korowód śmierci wokół Nawalnego

Koniecznie przeczytaj

Nie żyje już dwóch lekarzy, którzy ratując opozycjoniście życie, pomieszali Kremlowi szyki. Trzeci na razie ocalał, ale uciekł z omskiego szpitala. Najlepiej ma się dyrektor placówki, który zrobił wszystko, aby dobić Aleksieja Nawalnego.

Ech, te zawały serca!
Tragizm sytuacji nie sprzyja kpinom. Jednak w rosyjskiej tradycji skrytobójstw zawał serca bezapelacyjnie wygrywa. Nieoczekiwane zatrzymanie akcji serca było oficjalną przyczyną śmierci carów Piotra III i Pawła I. Naprawdę zostali zamordowani przez pałacową lejb-gwardię.
Z kolei ZSRS był ojczyzną morderczych zastrzyków z rycyny o działaniu pozorującym zawał serca. Ich twórca nazywał Grigorij Majranowski. Był naczelnym trucicielem NKWD i zasłużył w historii na miano sowieckiego doktora Mengele.
W latach 70. XX w. od zastrzyku rycyny umarł w Londynie bułgarski dysydent Georgi Markow, skrytobójczo zamordowany przez komunistycznego agenta. W czasach nam współczesnych zawały serca stały się wizytówkami FSB i GRU. Lista dziennikarzy, opozycjonistów i biznesmenów, którzy odeszli z tego świata jest naprawdę długa.
Najwidoczniej historia lubi się powtarzać. W krótkim, bo miesięcznym odstępie czasu zmarło dwóch lekarzy omskiego szpitala, którzy uratowali życie Nawalnemu. Epikryzy obu medyków, jako przyczyny nagłych zgonów wskazały zawały serca.
W lutym przypadłość spotkała zastępcę szefa placówki nr 1, Siergieja Maksymiszyna, który decydował o zaordynowanych środkach farmakologicznych i wprowadzeniu ofiary w stan śpiączki. Nic dziwnego, bo jego podstawową specjalnością była anestezjologia.
Doktor liczył sobie dopiero 55 lat, ale ponoć cierpiał na poważne nadciśnienie. Choć wykładał kardiologię w Omskiej Akademii Medycznej, a więc powinien najlepiej wiedzieć, jak przeciwdziałać schorzeniom wieńcowym. Mimo tego nie zapobiegł własnej śmierci.
Miesiąc później nie wytrzymało serce doktora Rustama Agiszewa. Niewiele starszy od zmarłego szefa, bo 62-letni specjalista od ratowania nagłych przypadków był medycznym guru placówki. Ogromna praktyka sprawiała, że stał na pierwszej linii, kierując szpitalnym OIOM. Ze wspomnień kolegów wynika, że żaden skomplikowany przypadek nie był leczony bez konsultacji Agiszewa.
Do zbawców Aleksieja Nawalnego należy także zastępca głównego lekarza Anatolij Kaliniczenko. To on feralnego dni pełnił dyżur i wraz z załogą karetki pojechał na omskie lotnisko, gdzie właśnie lądował awaryjnie samolot z otrutym opozycjonistą.
Można nawet powiedzieć, że Kaliniczenko odegrał główną rolę w dramacie. Już w karetce zaordynował umierającemu od jadu Nawalnemu zastrzyk adrenaliny. Tym samym utrzymał polityka przy życiu, aż został podłączony do aparatury reanimacyjnej.
Jako jedyny z lekarskiego trio jeszcze żyje. Jednak po przewiezieniu Nawalnego do Berlina, czując pismo nosem, natychmiast zwolnił się ze szpitala i rozpoczął praktykę w prywatnej klinice. Jak powiedział dziennikarzom, poczuł się zmęczony administracyjnymi obowiązkami związanymi z pełnionym stanowiskiem.
Jest także czwarty bohater dramatu, który w przeciwieństwie do kolegów ma się świetnie. To główny lekarz placówki Aleksander Murachowskij. Zasłynął odmowami. Po pierwsze, nie wpuścił do szpitala żony i współpracowników opozycjonisty, odmawiając konsultacji toksykologicznej. Po drugie, powołując się na ciężki stan, przez dwie doby blokował przewiezienie nieprzytomnej ofiary do niemieckiej kliniki. Ustąpił, dopiero gdy zgodę wydał sam Putin.
Do tego czasu był głuchy na apele rodziny, a przede wszystkim zagranicznych konsultantów, twierdzących, że pacjent w sztucznej śpiączce idealnie nadaje się do przewiezienia. Tym bardziej że silniki grzała specjalistyczna maszyna, a właściwie latający szpital, o którego wyposażeniu szpitalny oddział ratunkowy w Omsku mógł tylko pomarzyć.
Za to w nagrodę za wykonywanie rozkazów Murachowskij zasłużył na awans. Został mianowany dyrektorem ochrony zdrowia całego obwodu omskiego.
Zbrodnia i kara
W fatalny stan zdrowia zmarłych lekarzy, a tym bardziej w zbieg okoliczności nie wierzą nawet rosyjskie media. Z powodu cenzury Kremla, zamiast komentarza zgodnie przekazują czytelnikom zakodowaną informację. Do obu śmierci w żaden sposób nie przyczynił się COVID-19.
Na czym jednak polegała zbrodnia? Z pewnością głównym punktem oskarżenia jest uratowanie życia Aleksiejowi Nawalnemu. Kremlowskie służby specjalne przestały się bawić w ostrzeżenia. Takie sygnały opozycjonista otrzymał wcześniej. Najpierw był wyrok w zawieszeniu za domniemane wyłudzenie pieniędzy. Nie powstrzymał Nawalnego w ujawnianiu korupcyjnych szwindli ludzi Putina. Wtedy nieznany sprawca oblał mu twarz żrącymi chemikaliami. Politykowi wzrok uratowali niemieccy okuliści.
Tym razem pomogli rosyjscy lekarze, którzy jak ich kolega Murachowskij nie sprzeniewierzyli się przysiędze Hipokratesa. Podobnie jak bez wahania, w zgodzie z procedurami bezpieczeństwa zareagował pilot. Na sygnał o ciężkim stanie pasażera natychmiast sprowadził samolot na ziemię. Takich zachowań sprawcy zbrodni najwidoczniej nie przewidzieli.
Kolejne miejsce na liście zarzutów zajmują działania lekarzy po udanej reanimacji. Na życzenie rodziny zespół ratowniczy przekazał informację niezbędne dla bezpiecznego transportu do Niemiec. Zatem ujawnił procedury i leki wskazujące na toksykologiczne podłoże.
Dzięki omskim medykom ich berlińscy koledzy zastosowali odpowiednią terapię. Co ważniejsze, z pomocą laboratorium Bundeswehry zidentyfikowali substancję wprowadzoną do organizmu Nawalnego.
Bardzo ciężkim grzechem było początkowe zachowanie lekarzy. Ujawnili mediom swoje przypuszczenia, a raczej pewność, że opozycjonista uległ zatruciu, oczywiście bez wskazania, jak do niego doszło.
Jednak ucieczka informacji wystarczyła do wywołania najpierw medialnej, a następnie politycznej, burzy na całym świecie. Na równi z prawidłowym leczeniem był to drugi klucz otwierający Nawalnemu szansę przeżycia.
Skrytobójstwa nie udało się zamieść pod dywan. Putin, robiąc dobrą minę do złej gry, włączył zielone światło transportowi do Berlina. A może liczył na to, że opozycjonista tak się wystraszy, że pozostanie na emigracji? Jeśli takie były kalkulacje, powstały dlatego, że zawiódł plan główny, a nawet scenariusz zapasowy. „The Sunday Times” ujawnił, że kilerzy najprawdopodobniej próbowali dokończyć morderstwa w szpitalu.
Dlaczego obwodowy toksykolog oficjalnie zaprzeczył, że dostęp do Nawalnego miały osoby postronne, a treść oświadczenia opublikowała kremlowska agencja TASS? – pytał dziennik.
„The Sunday Times” oparł hipotezę na informacjach zachodnich ekspertów. Konsultanci mieli z kolei stały kontakt z lekarzami omskiego szpitala. Za wymianę informacji odpowiadali Maksymiszyn i Kaliniczenko.
Brytyjski dziennik nie daje odpowiedzi, dlaczego kolejny zamach skończył się fiaskiem. Jednak wspólnym mianownikiem międzynarodowych przypuszczeń jest prawdopodobny powtórny zastrzyk adrenaliny.
Otwarte jest pytanie, czy lekarze byli świadomi nowej próby morderstwa, której przeszkodzili? Czy też stan pacjenta pogorszył się na tyle, że nie znając przyczyny, zdecydowali się podać znowu antidotum? W każdym razie Nawalny przeżył, a dwóch z trzech medyków nie. Zresztą ich wina nie ogranicza się do przedstawionych faktów i hipotez.
Gdy w 2006 r. truciciele z FSB zamordowali Aleksandra Litwinienkę polonem, kremlowskie służby natychmiast rozpoczęły medialną operację „Chaos”. Jej celem była totalna dezinformacja na temat ofiary.
Rosyjskie tytuły i agencje ścigały się, wyliczając uwikłania Litwinienki w znajomości ze światem przestępczym, skorumpowanymi oligarchami i bodaj wszystkimi służbami specjalnymi świata. Chodziło o maksymalne rozszerzenie kręgu potencjalnych sprawców, który rozmywał odpowiedzialność Kremla. Takie działania wspierały setki hipotez medycznych od Sasa do Lasa.
Tymczasem omscy medycy od razu wypuścili w świat informację: „Nawalny padł ofiarą otrucia”, deprecjonując z góry zaprzeczenia, których rosyjskie agencje informacyjne nie nadążały publikować. Jak mantra powielały fałszywą diagnozę Murachowskiego, o tym, że przyczyną stanu Nawalnego są zaburzenia metaboliczne.
Ponadto kłamstwa zdemaskowała doktor Anastazja Wasiljewa stojąca na czele opozycyjnego wobec Kremla stowarzyszenia lekarskiego. Czarno na białym udowodniła, że problemy metaboliczne, to nie przyczyna, tylko skutek zastosowania trucizny.
Niestety korowód wokół Nawalnego prawdopodobnie jeszcze się nie zakończył. Z kolonii karnej, w której przebywa opozycjonista, dochodzą wieści świadczące o tym, że Putin chce jednak zabić swojego wroga. Czego nie dokonała trucizna, dokończą warunki pobytu, zakaz pomocy medycznej i represje straży więziennej.
W związku z tym 20 rosyjskich medyków opublikowało apel o pomoc do społeczności międzynarodowej. Inicjatorką listu otwartego kompromitującego Kreml jest doktor Anastazja Wasiljewa.

Autor

Najnowsze