-2.1 C
Warszawa
piątek, 2 grudnia 2022
Advertisement

Marksizm klimatyczny

Koniecznie przeczytaj

W poniedziałek 6 grudnia Polskie Sieci Elektroenergetyczne zmuszone zostały poprosić ościennych operatorów z Niemiec, Szwecji, Litwy i Ukrainy o pomoc międzyoperatorską w celu utrzymania rezerw mocy. Jak podał branżowy portal wysokienapiecie.pl, uruchomiono w trybie awaryjnym import mocy trwający aż 15 godzin i osiągający w szczycie wartość 1,2 GW (przy zapotrzebowaniu na 2 GW rezerw).

Był to jak dotąd największy import mocy w historii spowodowany, jak podają PSE, postojami remontowymi i awaryjnymi w kilku elektrowniach, z czym zbiegła się „niska generacja wiatrowa”. Tłumacząc z polskiego na nasze: wystarczy, że część elektrowni węglowych z jakichś względów nie może normalnie pracować, a do tego przestaje wiać wiatr – i ocieramy się o groźbę wyłączeń, albo zgoła blackoutu. Proszę sobie teraz wyobrazić, że podporządkowaliśmy się kretyńskiemu orzeczeniu TSUE i wyłączyliśmy Turów.

Incydent sam w sobie nie był może groźny, zadziałała bowiem współpraca transgraniczna, lecz jest on sygnałem ostrzegawczym: oto, do czego prowadzi przestawianie energetyki na kapryśne OZE, szczególnie w naszych warunkach klimatycznych. O ryzyku wiążącym się z uzależnieniem od wiatraków i fotowoltaiki przekonały się zimą tego roku Niemcy i Szwecja – wystarczył krótki okres pochmurnej i bezwietrznej pogody, by kraje te musiały ratować się analogicznym importem energii pochodzącej m.in. z francuskiego atomu (Niemcy) i polskiego „brudnego” węgla (Szwecja). Zresztą Polska dzięki wciąż działającej energetyce węglowej była w 2020 r. eksporterem energii elektrycznej – do Niemiec, Szwecji i na Litwę wyeksportowaliśmy łącznie ponad 65 GWh netto. Problem w tym, że rosnący udział OZE w miksie energetycznym i wygaszanie węgla w najbliższych latach sprawi, iż to nasze względne bezpieczeństwo energetyczne będzie topniało i w kryzysowych sytuacjach skazani zostaniemy na import. Ten jednak będzie możliwy jedynie wtedy, gdy nasi sąsiedzi sami będą mieli nam co sprzedać – a wszak nie ma gwarancji, że w Szwecji czy Niemczech akurat będzie wiało.

Ta energetyczna niestabilność dotykać będzie w coraz większym stopniu całą Europę – nie dziwi więc, że austriacki rząd uruchomił kampanię społeczną instruującą obywateli, jak mają się przygotować na blackouty – zapas konserw, wody, apteczka, świece, latarka… Nie, to nie jest wojna – to efekt obłąkańczej „polityki klimatycznej” i „zielonej transformacji”. Zideologizowanym euro-klimatystom z Brukseli ubzdurało się bowiem, że ocalą planetę, popełniając energetyczne i gospodarcze samobójstwo, wtrącając przy okazji blisko pół miliarda Europejczyków w sztucznie wygenerowaną biedę. To ma już nawet swoją nazwę: marksizm klimatyczny. Dawną „klasę robotniczą” zastąpiono „klimatem”, który należy wyzwolić spod ludzkiego ucisku symbolizowanego przez złowrogie gazy cieplarniane. Zarazem cała ta poroniona „transformacja energetyczna” podszyta jest pychą godną sowieckich planistów zawracających rzeki (przodujący ustrój eurokołchozu ujarzmia siły natury) – i przyniesie ten sam efekt. Ach, zapomniałbym: w „okresie przejściowym”, nim urzeczywistnimy wiatrakowo- -panelową utopię, mamy stawiać na gaz. Pod warunkiem, że będziemy grzeczni i Putin łaskawie nie zakręci nam kurka, a gazowce będą płynąć do Europy, a nie do Chin.

Tymczasem w sobotę 4 grudnia padł europejski rekord w „konwergencji” cen prądu. W ponad 20 państwach UE trzeba było zapłacić równo 243 euro za megawatogodzinę. W Polsce jedną z przyczyn była wspomniana „niska generacja” prądu z elektrowni wiatrowych, które pracowały na 10 proc. mocy.

A więc tak: budujemy farmy wiatrowe, do których potrzeba ton stali (a więc również węgla!), betonu, tworzyw sztucznych, pierwiastków ziem rzadkich. Wszystkie te surowce trzeba wydobyć – często na drugim końcu świata – przewieźć, wyprodukować z nich te wszystkie słupy, śmigła, turbiny i w końcu zamontować np. na Bałtyku. Całość tego procesu generuje olbrzymi „ślad węglowy”, którym przy innych okazjach bez przerwy epatują nas ekologiści. Następnie zaś te wiatraki raz się kręcą, a raz nie, powodując notoryczne przeciążenia sieci energetycznych i skoki mocy – w efekcie czego, by przepuścić generowany przez nie prąd, trzeba bez przerwy wyłączać i włączać tradycyjne elektrownie będące stabilizatorem systemu.

To się nie ma prawa spinać pod żadnym względem – ani ekologicznym, ani ekonomicznym, ani energetycznym. Jest jednak futrowane z ideologicznych i biznesowych względów miliardowymi dotacjami przy jednoczesnym obciążaniu energetyki węglowej cenami emisji CO2 (akurat pękła granica 84 euro za tonę), co składa się na „zielony dumping”. Przy okazji – operatorzy wybudowanych przed 2016 r. i zamortyzowanych już wiatraków, korzystając z „zielonych certyfi katów”, sprzedają energię za 800 zł/MWh przy kosztach własnych rzędu 100 zł/MWh. Obłęd. Na koniec zostaje pytanie: czy nadal zamierzamy pchać głowę w pętlę samobójczej

Autor

Poprzedni artykułKanada z liścia obita
Następny artykułEnergetyczna wojna światowa

Najnowsze