23.1 C
Warszawa
wtorek, 6 czerwca 2023
Advertisement

Wielkie wywłaszczanie

Koniecznie przeczytaj

Jeżeli ktoś potrzebował dowodu na to, kto realnie rządzi Unią Europejską i w czyim interesie miały w zamyśle działać te wszystkie „zielone łady”, „transformacje energetyczne” i „Fit for 55”, to kwestia ostatnich zawirowań z obligatoryjnym przejściem na elektromobilność po 2035 r. musiała rozwiać wszelkie wątpliwości. 

Oto bowiem Niemcy doznały nagłego ataku zdrowego rozsądku i zmontowały na forum Rady Europejskiej (z udziałem Polski i Włoch) koalicję blokującą głosowanie nad stosowną dyrektywą uchwaloną przez Parlament Europejski. I co? I ze strony brukselskich gremiów zapanowała cisza. Nie burzą się eurodeputowani, nie protestuje Komisja Europejska, wody w usta nabrał również tak na co dzień wyrywny Frans Timmermans, który zasłynął zapowiedzią, iż europejczycy będą musieli zmienić swój styl życia o 180 stopni. Bo to, wiadomo, Niemcy.

Co się stało? Otóż Niemcy miały nadzieję na zdominowanie światowego rynku samochodów elektrycznych, na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Jeżeli to niemiecki przemysł jako pierwszy zająłby pozycję lidera, budując moce produkcyjne ze stosownymi łańcuchami dostaw, to później innym graczom trudno by już było ich z tego miejsca strącić. Tymczasem okazało się, że były to mrzonki. Ciosy przyszły z dwóch stron. Po pierwsze, administracja Joe Bidena ogłosiła w 2022 r. wart 369 mld dol. Inflation Reduction Act zakładający inwestycje w energię odnawialną oraz elektromobilność. W jego ramach każdy nabywca „elektryka” mógłby liczyć na 7500 dol. dofinansowania – pod warunkiem że samochód zostanie wyprodukowany w Stanach. Wywołało to groźbę przenoszenia się przemysłu z Europy do USA i Niemcy uświadomiły sobie, że mimo lewarowania swojego potencjału przez UE, nie będą w stanie z Ameryką konkurować.

Drugie uderzenie nadeszło z Chin. Nie wiem jakim cudem, ale niemieckie elity polityczno-biznesowe ignorowały dotąd oczywisty fakt, że w ostatnich latach Chiny położyły rękę na światowym wydobyciu i przetwórstwie kobaltu, produkcji baterii litowo-jonowych (70 proc. udziału w rynku) i że już dziś to właśnie one są liderem w produkcji i eksporcie samochodów elektrycznych. Do tego Chiny na potęgę inwestują w elektrownie węglowe, nie przejmując się żadnymi „ETS-ami”, co przekłada się na tanią energię. Wszystkie te czynniki razem wzięte sprawiły, iż Chiny odsadziły Niemcy już na starcie i zagwarantowały sobie trwałą przewagę konkurencyjną. Teraz Niemcy kombinują w inną stronę – postulują, by do obrotu zostały dopuszczone samochody napędzane paliwami syntetycznymi, produkowanymi z „zielonego” wodoru i odzyskanego z atmosfery CO2, co z kolei ustawiłoby na głównej pozycji niemiecki przemysł chemiczny. Zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie, jednak potwierdza się stara prawda, iż Niemcy skrupulatnie planują na dziesięciolecia, po czym wali ich w głowę twarda rzeczywistość i mocarstwowe urojenia idą się czochrać. Tak było z planami hegemonii opartej na rosyjskim gazie – i miejmy nadzieję, będzie tak również z utopią elektromobilności.

Niemniej, Unia Europejska nie odpuszcza i ze sklerotycznym uporem brnie w „zeroemisyjny” obłęd, coraz bardziej upodabniając się do nieboszczki RWPG zarządzanej przez zapiekłe w ideologicznym dogmatyzmie politbiuro. Parlament Europejski przyjął dyrektywę zakładającą osiągnięcie zeroemisyjności w budownictwie. I tak od roku 2028 zeroemisyjne mają być wszystkie nowe budynki w UE, a już od 2026 r. nowe budynki publiczne. Co więcej, do 2032 r. gruntownym remontom termomodernizacyjnym mają być poddane wszystkie budynki mieszkalne. Ze względu na ogrom nakładów, dyrektywa ta doczekała się miana „dyrektywy wywłaszczeniowej” i sporo w tym racji. Tak radykalne obostrzenia w tak krótkim czasie oznaczają skokowy wzrost kosztów budownictwa (a więc i cen mieszkań) oraz gigantyczne wydatki remontowe – nie do udźwignięcia zarówno dla indywidualnych właścicieli, jak i spółdzielni, wspólnot mieszkaniowych czy mieszkalnictwa komunalnego. Co więcej, dyrektywa wymusza zakaz obrotu nieruchomością z budynkiem niespełniającym standardu „emisyjności”.

Dyrektywa wprawdzie zachęca państwa do stosowania rozmaitych dopłat, „hamulców czynszowych” i ochrony mniej zamożnych obywateli – lecz nawet biorąc pod uwagę środki z KPO (których nie mamy) i unijnego Społecznego Funduszu Klimatycznego, spełnienie wyznaczonych celów jest kompletnie nierealne bez eksplozji zadłużenia zarówno publicznego, jak i prywatnego. To zaś prosta droga do bankructw, upadłości konsumenckich i w konsekwencji utraty domów i mieszkań przez niewypłacalnych dłużników. Mówiąc obrazowo – emerytowi z emeryturą w okolicach 2760 zł (polska średnia), mieszkającemu w kilkudziesięcioletnim domku postawionym metodą gospodarską, wszelkie dopłaty pomogą jak umarłemu kadzidło, bo wymuszona termomodernizacja będzie często przekraczała wartość nieruchomości.

Widzę tylko jednego beneficjenta tego procederu – banki i fundusze, które już zapewne przygotowują się na wielkie, wywłaszczeniowe żniwa. Klaus Schwab lubi to.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Najnowsze