1.6 C
Warszawa
wtorek, 6 grudnia 2022
Advertisement

Zapomoga dla oligarchów

Koniecznie przeczytaj

Władze UE zaproponowały szersze otwarcie europejskiego rynku dla ukraińskich produktów rolnych oraz nawozów – i to niejako „obok” obowiązującego już od stycznia układu o pogłębionej i całościowej strefie wolnego handlu (DCFTA).

W umowie tej obowiązują bowiem kontyngenty na bezcłowy import bądź przewidziane są okresy przejściowe zakładające stopniową eliminację ceł. Obecnie Komisja Europejska pragnie zwiększyć możliwości importowe m.in. dla pszenicy, jęczmienia, kukurydzy, miodu czy przetworów pomidorowych. Co istotne, KE postuluje, by nowe regulacje weszły w życie w nadzwyczajnym, ekspresowym trybie, bez przyjętej w takich sytuacjach oceny skutków wprowadzanych przepisów. Motywowane jest to trudną sytuacją ekonomiczną Ukrainy i stanowić ma formę pomocy dla tamtejszej gospodarki.

Oczywiście, postulaty unijne wywołują niepokój polskich rolników, wskazujących na niższe w tym roku ceny płodów rolnych – dodatkowy import z Ukrainy mógłby jeszcze bardziej zachwiać rynkiem. W wypowiedziach szefa rolniczej „Solidarności”, Jerzego Chróścikowskiego, pojawia się też wątek asymetrii – Ukraina bowiem chroni swój rynek, dodatkowo mając przewagę w postaci mniejszych kosztów produkcji, na co składa się tańsza robocizna, nawozy, środki ochrony roślin czy stosowanie substancji zakazanych w UE. Prócz tego, ze względu na sąsiedztwo, należy zakładać, że to Polska stałaby się pierwszoplanowym odbiorcą ukraińskiego eksportu, na czym ucierpieliby nasi producenci. W tym kontekście zadziwia swoją nonszalancją wypowiedź Czesława Siekierskiego z PSL (szefa komisji rolnictwa i rozwoju wsi w Parlamencie Europejskim): „Polscy rolnicy narzekają, ale każde otwarcie rynku przynosi problemy”. Ot i wszystko.

Czy jest się czego obawiać? I to nie tylko doraźnie, lecz także w perspektywie dalszej integracji Ukrainy ze strukturami europejskimi? Jest. Aby sobie uzmysłowić skalę zagrożeń, warto sięgnąć do opracowania Ośrodka Studiów Wschodnich pt. „Transformacja ukraińskiego rolnictwa: od kołchozów do agroholdingów” z lutego 2014 r. Otóż w przeciwieństwie do naszego, rozdrobnionego rolnictwa, na Ukrainie dominuje wielkoobszarowa, przemysłowa produkcja – co ciekawe, wskutek zamrożenia obrotu ziemią, oparta na systemie dzierżawy. W latach 90., po rozwiązaniu kołchozów, dotychczasowym robotnikom rolnym prócz niewielkich działek przyzagrodowych przydzielono również tzw. paje – czyli początkowo udziały w ziemi prywatyzowanych kołchozów, które z czasem zmieniono na akty własności. Średnia wielkość „paju” to ok. 4 ha – takie miniareały posiada 6,4 mln osób.

I w tym momencie na arenę wkraczają agroholdingi. Otóż wielcy przedsiębiorcy rolni, czyli w warunkach ukraińskich po prostu oligarchowie, zaczęli na potęgę dzierżawić pokołchozowe „paje” od ich nominalnych właścicieli, co w praktyce poskutkowało, mimo formalnego rozdrobnienia, komasacją ziemi na ogromną skalę. W efekcie niemal połowa użytków rolnych zarządzana jest przez 50 tys. przedsiębiorstw funkcjonujących właśnie na podstawie dzierżawy. Prowadzi to m.in. do swoistej wtórnej „feudalizacji” stosunków na ukraińskiej wsi i paradoksu polegającego na tym, że drobni „właściciele” ziemi są uzależnieni od swych wielkich dzierżawców. Na dodatek, stosunkowo niepewna forma użytkowania, jaką jest dzierżawa skutkuje ekstensywnym, rabunkowym wręcz modelem rolnictwa na zasadzie – maksimum zysku w jak najkrótszym czasie i degradacją gleb.

To jednak na marginesie. Istotne jest to, że ukraińskim rolnictwem trzęsą, niczym za dawnych czasów, wielcy latyfundyści – „królewięta”. Innymi słowy – odżyła tam magnateria znana z I Rzeczypospolitej. Dość powiedzieć, że 10 największych agroholdingów kontroluje 3,1 mln ha, czyli 15 proc. całej ziemi uprawnej (stan na początek 2014 r.). Rozpiętość areałów waha się tu od 150 tys. ha należących do Sintal Agriculture Mykoły Tołmaczewa po 670 tys. ha użytkowanych przez Ukrlandfarming Ołeha Bachmatiuka. W efekcie Ukraina stała się jednym z czołowych światowych producentów i eksporterów produktów rolnych, rolnictwo zaś– kluczowym sektorem ukraińskiej gospodarki.

Tyle że postmajdanowe zawirowania odbiły się również na kondycji agroholdingów. Inne opracowanie OSW – „Okręt na mieliźnie. Pogłębiające się problemy ukraińskiej gospodarki” z 2015 r. wskazuje, iż szereg posunięć władz w Kijowie (cła importowe na produkty wykorzystywane w kampanii siewnej, zwiększenie kosztów kredytów, podwyższenie podatku z 6 do 150 hrywien za użytkowanie 1 ha) w połączeniu z deprecjacją hrywny skutkującą trudnościami z obsługą kredytów, doprowadziło latyfundystów na skraj bankructwa. Zatem proponowane przez KE rozwiązania to nic innego jak zapomoga dla ukraińskich oligarchów – tyle że jej konsekwencje poniosą polscy drobni rolnicy zmuszeni do nierównej konkurencji z tamtejszymi producentami. I teraz pytanie: czy nasz rząd ośmieli się zablokować rozporządzenie w Radzie UE, czy po staremu będziemy dobrymi wujkami, tym razem kosztem interesów polskiej wsi?

Autor

Poprzedni artykułImperium Rosatom
Następny artykułRząd na wojnie z wiatrakami

Najnowsze