29.2 C
Warszawa
sobota, 25 czerwca 2022

Upadek gazowego giganta

Koniecznie przeczytaj

Kremlowscy decydenci nazywają Gazprom najcenniejszym dobrem narodowym. O jego kapitalnym znaczeniu dla budżetu państwa nie warto nawet przypominać. Tymczasem obiekt kremlowskiej dumy ledwie zipie i nie ma gwarancji, że za chwilę nie stanie w obliczu krachu. Upadek Gazpromu może zakończyć polityczną karierę Putina, a być może zaważy na losie całej Rosji.

Jak najtrafniej przybliżyć wieloraką i wychodzącą poza ramy ekonomiczne rolę gazowego giganta? Chyba parafrazując hasło kremlowskiej propagandy, które głosi, że bez Putina nie ma Rosji. Otóż bez Gazpromu nie ma i Putina, i Rosji. Publiczne Towarzystwo Akcyjne PAO Gazprom (spółka akcyjna) jest ponadnarodowym holdingiem, w którym 50 proc. akcji ma rosyjski skarb państwa.

W latach 1960–1990 na Syberii, Powołżu i Uralu rozpoznano i częściowo zagospodarowano olbrzymie złoża gazu ziemnego. Wówczas narodził się pomysł eksportu gazu, który doprowadził do tzw. kontraktu stulecia. Na początku lat 80. przez europejską część ZSRR i satelicką Europę Środkową pociągnięto rurociągi, zaopatrujące w paliwo energetykę zachodniej części kontynentu.

Aby zarządzać perspektywicznym i coraz bardziej dochodowym sektorem infrastruktury już w 1965 r. powstało radzieckie ministerstwo przemysłu gazowego. Gdy w 1990 r. imperium wstrząsnął kryzys, partyjna nomenklatura resort zlikwidowała, przemianowując w koncern wydobywczy Gazprom.

W 1992 r. ówczesny prezydent Rosji Borys Jelcyn przekształcił państwowego molocha w spółkę akcyjną. Sprzedaż akcji nominalnie podlegała ścisłej kontroli rządowej. Między innymi postanowiono, że zagraniczni inwestorzy nie mogą przejąć więcej niż 9 proc. udziałów. Gwarantem dyscypliny miał być pierwszy prezes Gazpromu, a zarazem premier Wiktor Czernomyrdin.

W trudnych warunkach ustrojowej transformacji wpływy z eksportu gazu były głównym źródłem dochodów rosyjskiego budżetu. Mimo to Czernomyrdin zadbał o to, aby Gazprom uzyskał nadzwyczajne ulgi podatkowe, a państwo utraciło stopniowo kontrolę nad jego akcjami. Tak zaczęła się budowa suwerennego państwa Gazprom w dekoracyjnych ramach Federacji Rosyjskiej. Gdy w 1998 r. Jelcyn pożegnał się z prezydenturą, desygnując na następcę Władimira Putina, rosyjski rząd był właścicielem 38,7 proc. akcji i stanął przed groźbą utraty większości w radzie nadzorczej koncernu.

Putin był pomysłodawcą koncepcji państwowego kapitalizmu. Jego filarami miały być wielkie holdingi surowcowe. Tak nowy prezydent postrzegał rolę Rosji w światowej gospodarce. Dochodowy eksport gazu i ropy naftowej miał nie tylko napełniać budżet, ale powodować napływ zachodnich technologii i dóbr konsumpcyjnych. Na początku XXI w. rola Gazpromu tylko wzrosła. Sprzedaż mniejszościowych pakietów akcji na zachodnich giełdach i emisja obligacji koncernu, wydawały się gwarantować pozyskiwanie łatwych i tanich środków inwestycyjnych.

Umiędzynarodowienie Gazpromu obiecywało jednak dużo większe korzyści. Takie projekty jak North Stream czy South Stream tworzyły pajęczynę oficjalnych i nieformalnych powiązań biznesowych. Jeśli jednak dla zachodnich partnerów nadrzędnym celem był zysk, to dla Kremla ważniejsza była polityka. W ten sposób Gazprom przeistoczył się w instrument strategii zagranicznej. Od surowca Gazpromu zależał przecież rozwój gospodarek szeregu państw Unii Europejskiej.

W 2001 r. zręcznymi ruchami kadrowymi Putinowi udało się wykurzyć z koncernu poprzednie kierownictwo. Na czele koncernu stanął Aleksiej Miller, podwładny Putina z czasów, gdy obaj pracowali w zarządzie miejskim Petersburga.

Do 2003 r. nowy prezes aktywnie reformował strukturę koncernu, w czym aktywnie pomagał Hermitage Management Capital. Najważniejszym skutkiem zmian było wyjście Gazpromu na zachodnie rynki finansowe. Dziś państwo ma w koncernie kontrolny pakiet 50 proc. akcji. Sam Gazprom jest właścicielem 72 proc. zasobów gazu w Rosji i 17 proc. na świecie. Produkuje 11 proc. płynnego paliwa w skali globalnej. Tylko jego struktura dawno przestała odpowiadać definicji koncernu. Dziś bardziej trafną jest nazwa holding, bo Gazprom jest nie tylko producentem, ale także dysponentem sieci przesyłowych oraz rosyjskim monopolistą w dziedzinie eksportu gazowego. Ponadto stworzył dziesiątki firm – córek, bardzo odległych od surowcowego profilu.

W 2006 r. marka Gazprom była wyceniana globalnie na 257,7 mld dol. Koncern wchodził do grona czterech najdroższych firm świata, ustępując jedynie Exxon Mobil (390 mld); General Electric (354 mld) i Microsoft (280 mld). W 2017 r. notowania rosyjskiego monopolisty gazowego obniżyły się pięciokrotnie do kwoty 56,6 mld. Co więcej, niepokryta dziura kredytowa Gazpromu sięga obecnie 15 mld dol. Z zapowiedzi kierownictwa, popartych decyzjami rosyjskiego rządu, czyli głównego akcjonariusza, wynika, że w kolejnych trzech latach dochodowość koncernu będzie ujemna. Mimo fatalnych sygnałów finansowych zarząd przyznał sobie rekordową premię wynoszącą łącznie 1,2 mld rubli. Nie zważając na pogarszającą się gwałtownie kondycję, Aleksiej Miller został ponownie wybrany prezesem koncernu, otrzymując od Putina order za Zasługi dla Ojczyzny I Klasy.

Niewiarygodne, a jednak możliwe

Na tak znaczącą przecenę notowań Gazpromu wpłynął spadek sprzedaży u tradycyjnych odbiorców rosyjskiego gazu. W latach 2008–2014 zbyt surowca w państwach tzw. dalekiej zagranicy zmniejszył się o 14 proc. z 184 mld metrów sześciennych do 159 mld. W tym samym czasie sprzedaż paliwa dla strefy poradzieckiej (państwa b. ZSRR) spadła o połowę, z 98 mld metrów do 47 mld.

Obecne straty są jeszcze większe, a przyczyną jest wojna na Ukrainie. Kijów traktując Moskwę jako agresora, zrobił wiele, aby uniezależnić się od rosyjskiego gazu. Jeszcze w 2013 r. ukraińska gospodarka kupowała ok. 50 mld metrów paliwa Gazpromu. Dziś odbiera równo zero metrów, gdyż gaz napływa z tańszych dostaw rewersowych, czyli z obszaru UE.

Gdy Europa zorientowała się, że holding jest politycznym narzędziem Kremla, intensywnie dywersyfikuje kierunki importu gazu. Początkowo konkurencję Gazpromu stanowił jedynie surowiec norweski i katarski koncentrat LNG. Obecnie do gry wkroczyły USA z kondensatem pochodzącym ze złóż łupkowych. „Niezawisimaja Gazieta” radzi Millerowi, aby wybudził Gazprom z błogiego snu. Artykuł stawia tezę, że USA wzięły kurs na wypchnięcie rosyjskich dostaw z europejskiego rynku. To prawda, bo jak wynika z danych amerykańskiego departamentu skarbu, cena gazu łupkowego wciąż spada, co czyni dostawy koncentratu do UE coraz bardziej atrakcyjnymi. „The Wall Street Journal” twierdzi, że cenowa różnica pomiędzy gazem z Rosji i amerykańskim zmniejszyła się do 30 proc., dlatego pierwsze tankowce z USA zawinęły do Portugalii, Turcji i Hiszpanii, która ma 9 terminali służących tzw. regazyfikacji, czyli ponownemu uzdatnianiu surowca. Przy tym amerykański biznes nie śpi, robiąc Europie awanse w postaci planów gratisowej budowy pływających terminali odbiorczych. Z takiego rozwiązania skorzystała właśnie Chorwacja, która podpisała z USA umowę o budowie odpowiedniego zakładu na wsypie Krk. Natomiast Polska i Litwa poszły jeszcze dalej, inwestując we własne gazoporty umożliwiające nie tylko uzdatnianie, ale także gromadzenie olbrzymich zapasów gazu na potrzeby własne i reeksportu w skali całego regionu.

Według rosyjskich analityków już dziś Gazprom sprzedaje Europie surowiec po cenie niższej od łącznych kosztów wydobycia i transportu. Co prawda Kreml wysyła obywatelom pocieszające komunikaty, że przez następne trzy lata konkurencja nie zagrozi rosyjskiemu eksportowi, ale taka perspektywa to żaden bonus. Za trzy lata cena tysiąca metrów sześciennych spadnie do 120 dol. podczas gdy koszty produkcji Gazpromu już ją przewyższają. Można powiedzieć, że wprost proporcjonalnie do innowacyjnych dostaw z konkurencyjnych rynków. Na przykład w samej Rosji produkcja i sprzedaż innych firm wydobywczych zwiększyła się z 33 mld metrów do 288 mld. Europejski import z Kataru wzrósł z 5 mld metrów w 2006 r. do 44 mld metrów w 2011 r. Gdy do gry na poważnie wejdą USA ceny gazu w Europie runą, a tego Gazprom na pewno nie wytrzyma.

Kolejnym czynnikiem wpływającym negatywnie na wyniki Gazpromu jest spadek wydobycia gazu. Co prawda koncern raportuje, że tegoroczny eksport jest rekordowo wysoki, ale z jednego powodu. Gazprom kupuje surowiec od innych producentów z Rosji i WNP, po czym korzystając z praw monopolisty, sprzedaje go za granicę. Tymczasem wydobycie z własnych złóż ciągle maleje. W dekadzie lat 2004–2014 poziom produkcji spadł z 553 mld metrów do 444 mld. Jest to związane z wyeksploatowaniem odkrytych w latach 80. XX w. pól Jamburgskiego i Urengojskiego. Tymczasem w ostatnich latach wydobycie na pierwszym obniżyło się o 24 proc. a na drugim o 21 proc.

W tym miejscu zasadnym jest pytanie o inwestycje, bo przecież w dekadzie hossy surowcowej Gazprom na brak funduszy nie mógł narzekać. Tymczasem uruchamianie nowych złóż idzie jak po grudzie. Do eksploatacji wprowadzono tylko jedno pole przynoszące 38 mld metrów urobku. Z drugiej strony, tylko w latach 2003–2007 koncern zainwestował ponad 50 mld dol. Tyle że w produkcję własną 18 mld dol. a w skupowanie aktywów ponad 30 mld. Łupem niepohamowanych ambicji właścicielskich holdingu padły m.in. Sibnieft iTomsknieft. Gazprom nie gardził aktywami energetycznymi, czego przykładem jest stołeczne Mosenergo, czy pośrednikami w sprzedaży, na przykład znanego z korupcji Rosukrenergo.

W każdym razie pogoń za aktywami niezwiązanymi bezpośrednio z wydobyciem gazu zakończyła się katastrofą. Po pierwsze, jak ocenia opozycyjna „Nowaja Gazieta” nietrafione inwestycje, kosztowały Gazprom fantastyczną kwotę 4 bilionów rubli (ok. 60 mld dol.) Dla porównania część wydatkowa budżetu Rosji w 2017 r. została oszacowana na 15 bln rur, a deficyt na 3 bln rur. Jak mówi były minister energetyki Władimir Miłow, są to tzw. uśmiercone pieniądze, które zostały włożone w nierentowne projekty. Ważny jest także skutek, którym pozostaje rosnący dług. Przez 10 lat wzrósł trzykrotnie z 500 mld rubli do 1,56 bln rur. I to wszystko na tle rosnących cen gazu, bo zwiększenie zadłużenia nastąpiło podczas światowej hossy na surowce energetyczne. W takim razie sytuację finansową koncernu można wytłumaczyć tylko skupem złych aktywów oraz równie nietrafionymi z ekonomicznego punktu widzenia projektami międzynarodowymi.

Należą do nich z pewnością North Stream i South Stream. Pierwszy kosztował oficjalnie ok. 10 mld dolarów, ale jak jest wykorzystany jedynie w 80 proc. Tymczasem Kreml prze do budowy drugiej nitki bałtyckiego gazociągu. Z południową odnogą gazową wyszło jeszcze gorzej. Pod naciskiem Komisji Europejskiej z projektu wycofali się zachodni partnerzy, formalnie uznając plan za zbyt kosztowny. Putin chciał jednak obejść odmowę poprzez tzw. Turecki Strumień, którego los ze względu na napięcia pomiędzy Moskwą i Ankarą jest nadal więcej niż niepewny. W sumie jak podliczyła „Nowaja Gazieta”, koncern utopił w projektowanie, lobbing i prace przygotowawcze więcej niż 4 mld dol.

Obecnie na włosku wisi druga nitka bałtycka, która została objęta amerykańskimi sankcjami i polskimi sprzeciwem. Warszawa od kilku lat blokuje budowę nowego gazociągu po dnie Bałtyku, skutecznie wykorzystując prawo UE i argumenty ekonomiczne oraz ekologiczne. Tylko upór Warszawy sprawił, że do protestu przyłączył się cały region Europy Środkowej oraz Ukraina, a także państwa skandynawskie wraz z Danią. Nasze władze z pełną odpowiedzialnością bronią niezależności energetycznej Europy oraz chronią nasze interesy narodowe. A te polegają na dywersyfikacji dróg i źródeł importu gazu oraz zachowaniu roli pośrednika, bo przez Polskę przebiega gazociąg jamalski.

Pod wpływem polskich zastrzeżeń, protestów i skarg prawnych na forach unijnych instytucji, z projektu wycofało się dziesięciu potencjalnych udziałowców z całej Europy. Powołując się na zapisy trzeciego pakietu energetycznego UE, Warszawa żąda, aby Gazprom na rynku europejskim podlegał prawu europejskiemu. Nie może być więcej monopolistą, czyli dostawcą, operatorem gazociągów i sprzedawcą równocześnie. A to oznacza ciąg dalszy zażartej batalii prawnej o zmianę statusu już działającego gazociągu bałtyckiego, tak aby dostęp do rury zyskali niezależni producenci. Podobnie jak do nowej nitki, o ile ta powstanie, co jest ogromnym problemem dla Gazpromu i prawdziwym bólem głowy dla Putina. Znaczenie drugiej nitki wynika z tego, że jej istnienie zagrozi gazowej konkurencji rynkowej.

Polski sprzeciw zyskał ostatnio potężnego sojusznika. USA kierując się interesami politycznymi i ekonomicznymi, wpisały tę inwestycję na listę sankcji. Zapis mówi dokładnie, że bezpieczeństwo USA i ich sojuszników w Europie wymaga, aby drugi gazociąg bałtycki nie powstał. Waszyngton zrobi zatem wszystko, aby uniemożliwić rosyjską ekspansję gazową i ochronić Europę przed monopolem Gazpromu. Aby dowieść swojej determinacji, Kongres uznał, że na listę embarga zostaną wpisani wszyscy zachodni partnerzy rosyjskiego koncernu, którzy zdecydują się na udział w projekcie. A nawet wezmą się za jakąkolwiek współpracę przy modernizacji i rekonstrukcji obecnie działającego systemu przesyłowego Gazpromu.

Agonia czy restrukturyzacja?

W opinii zachodnich ekspertów jedynym sposobem uratowania Gazpromu jest restrukturyzacja koncernu, co jest niemożliwe z prostej przyczyny. Monopol jest złotą żyłą rosyjskiej korupcji i miejscem dochodowych synekur dla zaufanych ludzi Kremla. Tylko w szeregi centralnego aparatu urzędniczego koncernu wchodzi 4 tys. osób.

Jednak nie jest to wynik bałaganu, a raczej celowa praktyka. Tylko w ten sposób można ukryć rozrzutność, z której zyski czerpią przyjaciele Putina. Przykładem jest ekskluzywny system podwykonawców inwestycji Gazpromu. Kontrakty inwestycyjne są przyznawane firmom należącym do kremlowskich oligarchów. I tak ogromne środki pochłania Strojgazmontaż i Strojgaztrans – dwie spółki córki budujące i serwisujące infrastrukturę przesyłową. Tymczasem do podwykonawstwa wybiera się podmioty zewnętrzne w rodzaju Strojtransnieftiegazu należącego do prezydenckiego zaufanego, oligarchy Giennadija Timczenko. To jego firma została wybrana do przedłużenia gazociągu Sachalin – Chabarowsk – Władywostok za kwotę 51 mld rubli. W ocenie magazynu ekonomicznego RBK firma Timczenko nie ma na Dalekim Wschodzie Rosji potrzebnego sprzętu ani personelu, a ich sprowadzenie lub wynajęcie podwoi faktyczne koszty. I o to chodzi, bo naciąganie kosztorysu to bodaj najbardziej rozpowszechniona metoda kradzieży publicznych środków.

Eksperckie media wskazują, że rozdzielenie Gazpromu na część wydobywczą i transportową to jedyny środek ratunkowy. Władimira Putina interesuje jednak lojalność Gazpromu pod kierownictwem Millera, co oznacza gotowość uczestnictwa w strategii politycznej Kremla, wbrew zdrowemu rozsądkowi biznesowemu. Rząd zapowiedział już, że monopol eksportowy Gazpromu zostanie zachowany.

Obecnie jako środek sanacyjny jest rozważana sprzedaż zagranicznym inwestorom małego pakietu akcji Gazpromu. Tyle że jest to metoda na krótką metę, a ponadto obecna przecena aktywów koncernu nie wróży odpowiedniego zysku. Odpada też azjatycki kierunek eksportu gazu. Roztrąbiony zwrot ku Azji okazał się jeszcze jedną nietrafioną decyzją Kremla. Chińczycy zgodzili się wprawdzie na budowę gazociągu Siła Syberii, ale na takich warunkach cenowych, że budowa i dostawy stały się nieopłacalne. Uruchomienie projektu przesunięto na 2019 r. Przekleństwo łupkowe zawisło i na tym kierunku eksportu Gazpromu. Zwiększając pozyskiwanie własnego surowca taką metodą, Chiny planują wypełnić swoje potrzeby energetyczne.

Można się więc spodziewać, że niedługo narodowa duma Rosji stanie się własnym cieniem. Najbardziej świadczy o tym ciągła przecena akcji koncernu na londyńskiej giełdzie.

Autor

Poprzedni artykułKoniec immunitetu Kulczyków
Następny artykułWielka rewolucja bankowa

Najnowsze