-0.7 C
Warszawa
piątek, 9 grudnia 2022
Advertisement

Koniec demokracji

Koniecznie przeczytaj

Kiedy elektorat udławi się kiełbasą wyborczą?

„Demokracja skończy się wtedy, kiedy rząd zauważy, że może przekupić ludzi za ich własne pieniądze” – pisał o amerykańskim „eksperymencie” z demokratyczną formą rządów Alexis de Tocqueville, francuski myśliciel polityczny, socjolog, polityk. Polska obecnie dotarła do tej patologicznej sytuacji, o której pisał niegdyś de Tocqueville.

Politycy rządzącego PiS zaczęli właśnie głośno rozpuszczać plotki, że pracują nad „500 plus” dla emerytów. Cała sprawa ma pobudzić wyobraźnię, bo tym razem z tej chmury deszczu (pieniędzy) nie będzie. Rządzący mogą bowiem dać jednorazową zapomogę, ale w budżecie zwyczajnie nie ma pieniędzy na radykalne podwyżki dla emerytów. Rozdawanie pieniędzy przez państwo zasypało trochę nierówności społeczne i zlikwidowało patologiczne ubóstwo, jednak nie zmieniło to nic na korzyść w polskiej gospodarce.

Polska jako państwo choruje dziś na tę samą chorobę, którą mają rodzime firmy medialne. Otóż w latach 90 gdy powstawały rodzime media, pieniędzy było nieskończenie wiele. Dziś, gdy branża ma ich coraz mniej, a do podziału doszedł cały nowy segment internetu, głównym problemem starych dużych graczy są archaiczne struktury kosztowe dopasowane do ogromnych przychodów. Tymczasem takich wpływów już dawno nie ma, a struktury zostały. Tak działa też państwo polskie. Politycy rządzącego PiS zdają się nie przyjmować do wiadomości nadciągającej katastrofy demograficznej.

O ile Platforma Obywatelska miała pomysł na ratowanie finansów publicznych, polegający na złamaniu umowy społecznej i podniesieniu wieku, od którego można pobierać emeryturę (złośliwi twierdzą, że kolejna „reforma” miała uzależniać wpłatę emerytury od pisemnej, aktualnej, zgody obojga rodziców), to PiS zwyczajnie przywrócił poprzedni wiek emerytalny i udaje, że problemu nie ma. Po cichu zaś stara się realizować program „Uchodźca plus” i ściąga do Polski setki tysięcy emigrantów. Tylko w pierwszej połowie 2018 r. legalnie do Polski przyjechało do pracy ok. 350 tys. ludzi. Myślenie, że importując nowych podatników, da się utrzymać stary nieefektywny system kosztowy państwa, to duża naiwność. Prawda jest taka, że polskie państwo wymaga gruntownej reformy.

Podstawą finansowania wypłaty emerytur nie może być opodatkowanie pracujących na bieżąco. Praca, która jest dziś w Polsce obłożona haniebnym podatkiem, droższym niż akcyza na alkohol, musi potanieć. Zapewne jest wiele dobrych modeli państwa, które można zastosować. Pewne jest w zasadzie tylko jedno, jeżeli nadal nasi politycy będą licytować się w tym, kto rozda więcej państwowej kasy, to w końcu po trzech dekadach wzrostów gospodarczych czeka nas kryzys. I nie będzie to bynajmniej stagnacja, a regres.

Mężowie stanu ponoć tym się różnią od polityków, że ci ostatni myślą o nadchodzących wyborach, a ci pierwsi o przyszłych pokoleniach. Pewne jest jedno: dalsze objadanie się kiełbasą wyborczą przez elektorat, będzie skutkowało albo bolesnymi problemami zdrowotnymi, albo zwyczajnie zadławieniem. Demokracja i wolność nie jest dana raz na zawsze. Jeżeli nie rozwiążemy systemowych problemów polskiej gospodarki, to wraz z jej upadkiem zakończy się również wolność. Przykład Wenezueli, która 70 lat temu była czwartym najbogatszym państwem świata (licząc dochód na mieszkańca), a na początku XXI wieku była jeszcze najbogatszym krajem Ameryki Południowej, a dziś jej mieszkańcy głodują, powinien działać jak przysłowiowy „zimny prysznic”.

Autor

Poprzedni artykułBez wyjścia
Następny artykułPlus tygodnia

Najnowsze