18.7 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Turcja zadaje Gazpromowi śmiertelny cios

Koniecznie przeczytaj

W styczniu 2020 r. Putin i Erdogan z pompą odkręcili kurek gazociągu do Turcji.

Po pięciu miesiącach Ankara zadała projektowi śmiertelny cios. Ten sam Erdogan zakontraktował w USA tańszy koncentrat gazowy. Putin może uroczyście zakręcić kurek „Tureckiego Strumienia”, tyle że Gazprom staje na progu bankructwa.

Trudno nie nazwać „Tureckiego Strumienia” projektem na wskroś politycznym, a więc nieopłacalnym z ekonomicznego punktu widzenia. Wiedzieli o tym zarówno Putin, jak i Erdoğan, gdy 9. stycznia tego roku z pompą odkręcali kurek gazociągu. Dlaczego?

Nieekonomiczna polityka
„Symbolicznie uruchamiając gazociąg, Putin postawił kropkę w projekcie, który powstał na gruzach większego planu o nazwie »Południowy Strumień« – tak skomentował uroczystość branżowy portal finanz.ru. Południowa macka gazowa Rosji wraz z północną odnogą Nord Stream miała jedno politycznie zadanie. Chodziło o wykluczenie Ukrainy z tranzytu rosyjskiego surowca do Europy. Dziś Putin znajduje się w sytuacji przysłowiowego słonia w składzie porcelany. Nord Stream działa, ale ze zgrzytem, ponieważ ma zbyt wielką moc przesyłową w stosunku do gazowych potrzeb UE, a szczególnie Niemiec. Co więcej, nad budową jego drugiej nitki NS2 zawisły czarne chmury międzynarodowej reakcji na próbę surowcowego szantażu. W styczniu amerykańskie sankcje wymusiły przerwanie inwestycji przez zachodnie firmy układające rury na dnie Bałtyku. W maju niemiecki regulator odmówił Gazpromowi wyłączenia Nord Stream-2 z ograniczeń Europejskiej Dyrektywy Gazowej, a więc spod kontroli III Pakietu Energetycznego Unii Europejskiej. Rosyjski koncern stracił pozycję monopolisty, dowolnie sterującego wielkością, kierunkami dostaw, a przede wszystkim ceną samego paliwa i taryf przesyłowych.

„South Stream” nie powstał, bo w 2016 r. wycofał się kluczowy odbiorca – Włochy. A miało być pięknie, bo Kreml planował ułożenie na dnie Morza Czarnego aż pięciu nitek gazociągu. Każda o rocznej przepustowości 15 mld metrów sześciennych surowca. Pomocną rękę wyciągnęła wówczas Ankara. Putin i Erdoğan dogadali się co do budowy „Tureckiego Strumienia”. Na papierze wszystko wyglądało zachęcająco. Na gazociąg do Turcji pracowałaby rosyjska infrastruktura przygotowana zawczasu na potrzeby „South Stream”: 2,5 tysiąca km rur pociągniętych na południe ze Złoża Jamalskiego oraz 10 stacji kompresorowych. Całość kosztowała Gazprom 10 mld dolarów, które mogłyby się zwrócić. Nieoczekiwanie Ankara zmieniła zdanie. W 2017 r. ograniczyła wielkość kontraktu głównie do ilości surowca na własne potrzeby. Zamiast proponowanych 56 mld metrów sześciennych rocznie pięcioma nitkami, ograniczyła import do ok. 14 mld metrów i tylko jedną nitką.

Tymczasem według rosyjskiego ministerstwa energetyki budowa „Tureckiego Strumienia” kosztowała Gazprom kolejne 7 mld dol. Jak oceniają analitycy Sbierbanku, łączna wartość niedoszłego „Południowego Strumienia” i mocno ograniczonej odnogi tureckiej obeszła koncern na 20 mld dol. Według finanz.ru nawet przy pracy na pełną moc koszty zwróciłby się nie wcześniej niż za 50 lat. Gdyby, ponieważ, jak się okazuje, pieniądze wypuszczono na wiatr. W 2020 r. kalkulacje Putina radykalnie zmieniły następujące czynniki: cena kondensatu gazowego, konkurencyjna wobec rosyjskiego surowca, polityczny konflikt z Ankarą i w największej mierze epidemia. Koronawirus postawił zapotrzebowanie energetyczne wszystkich odbiorców Gazpromu z nóg na głowę.

Śmiertelny cios LNG
Ale po kolei. Jak się okazuje, zawarcie gazowego kontraktu dało Ankarze idealne narzędzie polityczne, czego Kreml w swojej pysze lub głupocie zupełnie się spodziewał. Mimo że „Turecki Strumień” uruchomiono symbolicznie w styczniu tego roku, faktycznie dostawy gazu trwają już od dwóch lat. Okres eksploatacji powinien dać Putinowi wiele do myślenia. Jak odnotowuje bułgarski portal branżowy Ekspert.bg, dostawy Gazpromu dla tureckich odbiorców wyniosły w marcu jedynie 210 mln metrów sześciennych. Chodzi zarówno o państwowego operatora BOTAŞ, jak i prywatnych importerów. Tymczasem rok wcześniej wielkość przesyłu gazu wyniosła 1,49 mld metrów, podczas gdy w 2018 r. 2,93 mld. Tajemnica kryje się zarówno w polityce, jak i w rachunku ekonomicznym. Przełom 2019/2020 r. upłynął pod znakiem rosnącego napięcia w relacjach Ankary i Moskwy.


Przeczytaj też:

Spór wobec Nord Stream przybiera na sile mimo epidemii …

Putinowi puszczają nerwy

Berlin i Paryż walczą o Europę


Powodem są rozbieżności interesów na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce. Mówiąc wprost, Rosja i Turcja popierają w Syrii oraz w Libii klientów stojących po dwóch stronach frontów wojen domowych. Kreml wspiera militarnie reżim w Damaszku, podczas gdy Ankara zbroi antyasadowską opozycję. Turcja nie raz ostrzegała Moskwę, że próby zdobycia opozycyjnej prowincji Idlib zakończą się militarną reakcją. Mimo tego Kreml, rękami reżimowej armii syryjskiej, niejednokrotnie łamała ustalenia podejmowane przez Putina i Erdoğana. Identyczny pat dotyczy Libii. Moskwa wspiera zbrojnie swojego klienta, generała Haftara. Turcja udziela takiej samej pomocy legalnemu rządowi w Trypolisie, uznawanemu przez USA i UE. Oczywiście Moskwa i Ankara ostrzą sobie apetyt na libijskie złoża naftowe i Syrię. Ze względu na geograficzne położenie, ta ostatnia ma kluczowe znaczenie w ewentualnym lądowym tranzycie gazu i ropy naftowej z Zatoki Perskiej do Turcji i dalej do UE.

Stawki są wysokie, po co więc Ankara ma wspierać konkurenta, płacąc Moskwie dolary za gaz? Tym bardziej, że Erdoğan znalazł tańszą alternatywę dla paliwa Gazpromu. Są nią dostawy LNG z Algierii, Kataru, a obecnie z USA. Według bułgarskiego portalu, przez cztery miesiące 2020 r. Ankara o 44 proc. zwiększyła zakupy kondensatu gazowego, z czego 40 proc. to amerykański LNG. Nic dziwnego, skoro milion jednostek BTE (miara handlowa gazu) od Gazpromu kosztuje Turcję 6,5 dolara, podczas gdy ta sama wielkość w postaci amerykańskiego koncentratu to koszt 1,5–2 dolarów. Różnicę widać jeszcze lepiej na przykładzie kwot importu z Rosji. W ubiegłym roku Ankara odebrała od Gazpromu o 35 proc. surowca mniej w porównaniu z zakontraktowaną wielkością. Niedobory w wysokości 9,1 mld metrów uzupełniła tańszymi dostawami LNG. Dziś można powiedzieć, że Erdoğan czeka spokojnie na zakończenie umowy z Gazpromem. Termin upływa w przyszłym roku. Albo wiec Gazprom zredukuje cenę do poziomu amerykańskiego LNG, albo pożegna się z tureckim rynkiem gazowym. Tylko jaki będzie wówczas los rurociągów wartych 20 mld dolarów?

Gazprom na skraju bankructwa
„Epidemia załamała rynek gazowy Europy. Malejące ceny z ledwością pokrywają koszty produkcji surowca przez Gazprom”, informuje konsultingowa firma Fitch Ratings. Jak można przeczytać w raporcie: „Na największych giełdach gazowych TTF i NBP cena tysiąca metrów sześciennych obniżyła się ze 194 do 123 dolarów”. Dlatego, jak wskazuje Fitch Ratings, kapitałowa wartość Gazpromu spadła z 98,1 mld dolarów w styczniu do 56 mld dol. w marcu. To już krach, ale z pewnością nie koniec obniżki cen akcji rosyjskiego koncernu. W kwietniu holenderska giełda gazowa kontraktowała spoty w cenie 53 dolarów za tysiąc metrów rosyjskiego gazu. Prognozy na czerwiec mówią o 44 dolarach. Skutek jest taki, że jak oszacował Fitch „bieżące ceny surowca tylko w połowie pokrywają operacyjne koszty Gazpromu, takie jak eksploatacja złóż, konserwacja infrastruktury oraz transport gazu do Europy”.

Dlatego rosyjski monopolista eksportowy spodziewa się jeszcze gorszego scenariusza. „W drugim kwartale 2020 r. nasze dostawy po raz kolejny zmaleją”. Nie chodzi tylko o turecką nitkę, bo chmury gęstnieją również na północy. Główny odbiorca, Niemcy ograniczyły prognozę zużycia rosyjskiego gazu o 45 proc. Drugi z największych partnerów, Austria, planuje ograniczenie importu o 25 proc. Tymczasem już w pierwszym kwartale Gazprom zredukował dostawy gazu do Europy o 19,2 proc. Jakie są skutki? Polityka wykorzystania gazu jako broni energetycznej w mocarstwowej polityce Kremla poniosła fiasko. Ukrainy nie udało się wyeliminować z systemu tranzytu rosyjskiego surowca do Europy. Kolejne państwa przechodzą do zakupów LNG. Koncentrat jest po pierwsze tańszy, po drugie uniezależnia od politycznych kaprysów Moskwy. Po trzecie, umożliwia renegocjację kontraktów z Gazpromem, prowadząc do zmniejszenia i obniżenia kosztów rosyjskich dostaw.

Kreml stanął pod ścianą, podobnie jak jego „złoty fundusz budżetowy” Gazprom. Według Fitch, zarówno Nord Stream, jak i „Turecki Strumień” transportują obecnie surowiec na 10 proc. maksymalnej przepustowości. A miało być tak pięknie, bo poziom dostaw obu nitek został obliczony na 120 mld metrów sześciennych gazu rocznie! Tymczasem Kreml żegna się z miliardami dolarów, których nie zobaczy w rosyjskim budżecie.

Autor

Poprzedni artykułCena odrodzenia
Następny artykułPiłkarski poker z koronawirusem

Najnowsze