18.7 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Waluta równoległa ucieczką z “niemieckiej klatki”?

Koniecznie przeczytaj

Czy poza strefą euro też istnieje życie?

Gdyby projekt został wcielony w życie, mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek. Kto wie, może okazałoby się, że poza strefą euro też istnieje życie?

We Włoszech powraca temat wprowadzenia waluty równoległej do euro. Piszę „powraca”, bo nie jest to nowa koncepcja. Od wielu lat otwarcie głosi ją prof. Paolo Savona, bynajmniej nie żaden „populista”, lecz ekonomista z uznanym dorobkiem, mający w swoim CV pracę na ważnych stanowiskach w instytucjach publicznych i prywatnych (m.in. w ministerstwie finansów, bankowości i organizacjach biznesowych). Savona jest zadeklarowanym przeciwnikiem eurowaluty (strefę euro nazywa „niemiecką klatką”) i uważa ją za głównego sprawcę nieszczęść włoskiej gospodarki. Jak wspominałem w marcowym felietonie „Niemiecka strefa euro”, włoski ekonomista stwierdził wręcz, że euro jest spełnieniem planu Walthera Funka (szefa Banku Rzeszy) z 1940 r., zakładającego, że w Europie waluty narodowe mają się znaleźć pod wpływem niemieckiej marki. Dziś ta „marka” nazywa się euro i służy dokładnie temu samemu, co chciał osiągnąć Walhter Funk:, drenowaniu przez Niemcy europejskich gospodarek, z tą różnicą, że państwa Eurolandu nie mają nawet symbolicznych, własnych walut pozostających „pod wpływem” marki (euro), lecz wprost uzależnione są od wspólnego pieniądza, którego niepodzielnym władcą jest mieszczący się we Frankfurcie Europejski Bank Centralny, działający w interesie swego kraju-gospodarza.

Prof. Paolo Savona po zwycięstwie Ligi i Ruchu 5 Gwiazd typowany był na ministra finansów. Wtedy to właśnie po raz pierwszy na porządku dziennym stanął realnie projekt równoległej waluty, co spotkało się z histeryczną reakcją „rynków” i brukselskich decydentów, przyczyniając się do fiaska powołania pierwszego rządu nowej koalicji, a przed Włochami stanęła perspektywa kolejnych wyborów. Do annałów przeszła otwarta groźba eurokomisarza ds. budżetu, Güenthera Oettingera: „Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”. Po wielu korowodach rząd Ligi i R5G jednak powstał, tyle że prof. Savona objął w nim tekę ministra ds. europejskich. Nie wygasiło to jednak napięć na linii Bruksela–Rzym. Niedawno Jean-Claude Juncker wystosował gniewny list krytykujący włoskie podejście do deficytu budżetowego. Domaga się w nim wdrożenia polityki „zaciskania pasa”, grożąc karą 3,5 mld. euro i w ultymatywnym tonie dając włoskiemu rządowi 48 godzin na odpowiedź.

I tu wracamy do waluty równoległej. Pomysł ten zakłada wprowadzenie do obiegu pewnego rodzaju rządowych skryptów dłużnych („bonów”) mających charakter IOU („I Owe yoU” – jestem ci winien), którymi rząd spłacałby swoje zobowiązania. Instrument ten ma tę zaletę, że z jednej strony byłby honorowanym przez państwo środkiem płatniczym, a z drugiej (w przeciwieństwie do obligacji denominowanych w euro) nie wliczałby się do zadłużenia finansów publicznych. Takim quasi-pieniądzem rząd mógłby regulować należności wobec swoich kontrahentów, ci zaś puszczaliby go dalej w obieg. Można by nim płacić podatki i inne daniny publiczne, uiszczać rachunki za usługi komunalne typu woda, prąd, gaz, płacić za komunikację zbiorową itp. Słowem, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z sektorem publicznym, nowa waluta miałaby pełną akceptowalność. Oczywiście, jedynie kwestią czasu byłoby uznanie (przynajmniej w znacznej części) rządowych „bonów” również przez sektor prywatny. Nowy pieniądz byłby bowiem „tani”, w odróżnieniu od „drogiego” euro i stopniowo wypierałby z wewnętrznego obrotu eurowalutę. Trochę przypomina to pamiętane z PRL-u „bony PeKaO”, stanowiące odpowiednik dolara i innych „walut wymienialnych”. Jak łatwo zauważyć, masowa emisja alternatywnej waluty oznaczałaby w konsekwencji powrót Włoch do lekko tylko zakamuflowanego lira, który automatycznie byłby z miejsca poddany dewaluacji, elastycznie dostosowując się do specyfiki włoskiej gospodarki, poprawiając jej konkurencyjność i zdolności eksportowe, znów w odróżnieniu od „sztywnego” i krojonego na potrzeby Niemiec euro. W ten sposób Włochy stopniowo, tylnymi drzwiami, „wymiksowałyby się” z „niemieckiej klatki”, co niewątpliwie jest docelowym zamiarem Paolo Savony.

W pierwotnym zamyśle emisja rządowych „bonów” miała stanowić odpowiednik nawet 100 mld euro. Dziś plany są skromniejsze: mówi się o równowartości 50 mld euro. Tak czy inaczej, oznacza to potężny zastrzyk gotówki i to w postaci „pieniądza suwerennego”, stanowiąc jednocześnie rodzaj postulowanego przez część ekonomistów „luzowania ilościowego dla ludzi” (czyli trafiającego do realnej gospodarki, a nie pompującego rynki finansowe). Na dodatek nowy pieniądz nie nosiłby „garba” międzynarodowego długu, co szczególnie musi boleć wspomniane „rynki” przyzwyczajone do żerowania na deficytach budżetowych. Gdyby projekt został wcielony w życie, mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek. Kto wie, może okazałoby się, że poza strefą euro też istnieje życie?

Autor

Poprzedni artykułMatołki z dyplomem
Następny artykułWłoski problem Brukseli

Najnowsze